Zastanawiam się od jakiegoś czasu nad czymś, co mnie trochę kręci w głowie przy czytaniu o różnych tradycjach indyjskich. Mamy z jednej strony ascetów, takich jak dżinijscy mnisi czy dawni brahmańscy tapasvinowie, którzy dosłownie wyniszczają ciało głodówkami, staniem na jednej nodze, siedzeniem w słońcu - a z drugiej strony jogini, zwłaszcza w tradycji tantry, którzy twierdzą, że ciało jest świątynią i trzeba je pielęgnować, żeby w ogóle coś osiągnąć. I obydwa obozy mówią o wyzwoleniu. Jak to jest możliwe, że dwie tak różne drogi prowadzą do tego samego miejsca? A może jednak nie prowadzą do tego samego? Bo mam wrażenie, że samo słowo 'wyzwolenie' znaczy co innego w każdej z tych tradycji.
To jest właściwie jedno z najstarszych napięć w indyjskiej filozofii religijnej. Zanim ktokolwiek wymyślił klasyczną jogę w sensie Patańdżalego, przez wieki trwał spór o to, czy ciało jest przeszkodą na drodze do wyzwolenia czy jego wehikułem. Asceza w tradycji dżinijskiej ma zupełnie inną logikę niż ta z Upaniszad - tam chodzi o dosłowne odcięcie karmy, bo karma jest dla dżinistów czymś niemal materialnym, lepką substancją przyczepiającą się do duszy. Więc im mniej działasz, im mniej jesz, im mniej poruszasz ciałem, tym mniej karmy przyczepiasz. To nie jest metafora, to dosłowna kosmologia. Natomiast jogini - szczególnie ci z nurtu hatha jogi czy tantrycznej - mają zupełnie odwrotną intuicję: energia seksualna, oddech, ciepło ciała, to wszystko jest paliwem, które można przemienić. Nie odrzucasz, tylko przekształcasz.
A to dżinijskie rozumienie karmy jako substancji materialnej - to nie jest przypadkiem wynalazek późniejszy? Bo pamiętam, że gdzieś czytałem, że pierwotna nauka Mahawiry była jednak bardziej etyczna niż tak dosłownie fizyczna.
Właśnie tu leży nieporozumienie, które moim zdaniem wynika z tego, że na Zachodzie słowo 'joga' wylądowało jako synonim ćwiczeń rozciągających. Tantra w sensie klasycznym - nie w tym new age'owym - to system, w którym świat materialny nie jest złudzeniem do odrzucenia, tylko manifestacją boskiej energii, Śakti. Praktyka polega na pracy z tą energią, nie na jej wygładzaniu czy tłumieniu. Stąd na przykład używanie w rytuałach elementów, które w ortodoksyjnym hinduizmie byłyby uznane za nieczyste - mięso, wino, pewne praktyki seksualne. To nie jest rozpasanie, tylko celowe przekraczanie dualności czysty/nieczysty.
Przepraszam, może głupie pytanie, ale czym w takim razie jest to 'wyzwolenie' w jednej i drugiej tradycji? Bo słucham tej rozmowy i mam wrażenie, że to słowo oznacza za każdym razem coś innego, i chyba nie jestem jedyna która się tu gubi.
To co mówisz o jivanmukti - wyzwoleniu za życia - bardzo mnie uderzyło. Bo w praktykach, które ja znam głównie przez medytację mindfulness, jest taki element uważności na codzienne działania, bycia tu i teraz, i zawsze mi to bardziej odpowiadało niż wyobrażenie o ucieczce od świata. Czy to jest jakoś powiązane z tą tantryczną ścieżką? Czy to zbyt odległe porównanie?
Tu jest właśnie ciekawy problem - czy mamy porównywać doktryny czy doświadczenia? Bo jeśli porównujemy doktryny, to dżinizm, wedanta i tantra są radykalnie różne. Ale badacze mistyki, jak Katz czy z drugiej strony Stace, kłócą się o to od dekad - czy jest coś takiego jak 'rdzeń mistyczny' wspólny wszystkim tradycjom, czy każde doświadczenie jest nierozerwalnie utkane w swoją tradycję. To nie jest rozstrzygnięte.
A mam pytanie praktyczne, bo ta dyskusja robi się bardzo abstrakcyjna. Który z tych modeli - ascetyczny czy joginowy - faktycznie daje jakieś efekty w realnym życiu? Nie pytam o filozofię, tylko o to co ludzie rzeczywiście czują i doświadczają gdy idą którąś z tych dróg.
No właśnie, jak odróżnić, że ktoś naprawdę coś osiągnął duchowo, a nie po prostu zaszkodził sobie głodówką? Przepraszam, że tak przyziemnie, ale to mnie naprawdę zastanawia.
Ale ta rola guru to jest też coś, co mnie osobiście niepokoi. Bo przez historię takie relacje były bardzo podatne na nadużycia - guru ma absolutny autorytet, uczeń ma nie kwestionować. Czy w tych tradycjach ascetycznych i jogicznych jest jakaś wbudowana ochrona przed tym? Bo jeśli jedynym kryterium jest ocena mistrza, to jak uczeń ma wiedzieć, że mistrz sam nie jest w błędzie?
Wróćmy może do samej różnicy między ascezą a jogą, bo mam wrażenie, że trochę odpłynęliśmy. Mam konkretne pytanie: czy w tradycji jogicznej jest w ogóle miejsce na ascezę? Bo gdzieś czytałam, że Budda najpierw próbował skrajnej ascezy i odrzucił ją jako ślepą uliczkę - ale to jest buddyzm, nie klasyczna joga. A co z Patańdżalim?
świetne że wróciłaś do sedna. U Patańdżalego asceza - tapas - jest jedną z nijam, czyli wewnętrznych dyscyplin, ale to jest asceza jako wytrwałość i samodyscyplina, nie wyniszczanie ciała. To zupełnie inne rozumienie słowa. Budda faktycznie był radykalnym ascetą przez lata przed przebudzeniem, i właśnie to doświadczenie doprowadziło go do odrzucenia tej drogi i sformułowania 'środkowej ścieżki'. To jest historyczny punkt zwrotny, bo Budda doskonale znał ascetyzm dżinijski od środka - jego nauczycielami byli prawdopodobnie właśnie asceci bliżsi tej tradycji - i świadomie powiedział: nie, to nie działa.
Niesamowite, ile tu mądrości w tej rozmowie. Dziękuję każdej i każdemu z was za te wyjaśnienia, bo naprawdę otworzyłam dziś oczy na coś, o czym w ogóle nie miałam pojęcia. Zawsze myślałam, że joga to coś jednolitego, a tu się okazuje, że to kilka zupełnie różnych tradycji ze sobą skonfliktowanych. Czy ktoś mógłby powiedzieć, która z tych dróg - ascetyczna czy jogiczna - jest częściej praktykowana dziś, w nowoczesnym hinduizmie?
To jest zresztą stary problem w samych Indiach, nie tylko dla turystów. Tradycja rozróżnia prawdziwego sannjasina od tego, kto po prostu nosi ochrę i bierze ofiary. W tekstach wedyjskich pojawia się wątek, że prawdziwy wyrzecznik poznaje się nie po wyglądzie, lecz po tym, że nie szuka nawet uznania za swoje wyrzeczenie. Paradoks jak widać jest wbudowany w samą tradycję.
Wracam do pytania, które mnie started ten temat, bo po tej całej rozmowie mam wrażenie, że wciąż gdzieś mi umyka sedno. Czy jogini - ci klasyczni, Patańdżali i spółka - czy oni w ogóle uważali ascezę za coś złego? Bo miałam takie wyobrażenie, że joga kontra asceza to jak dwie konkurujące szkoły, a tu wychodzi, że to chyba nie takie proste.
To brzmi pięknie, ale mam z tym problem praktyczny. Bo ile osób czeka na tego mistrza i po prostu traci czas albo trafia na kogoś złego? Czy te tradycje mają jakieś wyjście dla tych, którzy nie mają dostępu do autentycznej linii przekazu?
Teksty to jest jeden kanał, ale tradycje mocno podkreślają, że sama lektura nie zastąpi żywego przekazu. To nie jest ezoteryczny snobizm - chodzi o to, że pewne techniki pranajamy czy określone formy medytacji mają być przekazywane ustnie właśnie dlatego, żeby uniknąć błędów, które mogą być szkodliwe. To nie jest mit, są udokumentowane przypadki błędnych praktyk oddechowych.
No właśnie, to jest coś co mnie też zastanawia. Czy to oznacza, że ścieżka jogiczna bez mistrza jest po prostu zamknięta? A asceza? Asceta chyba może działać sam, to jest chyba indywidualne - poszczę, siedzę w ciszy, ograniczam ciało. Czy tu też potrzebny jest ktoś, kto nadzoruje?
to jest bardzo dobre rozróżnienie i chyba jedyna prawdziwa strukturalna różnica między tymi drogami. Asceza teoretycznie może być samotna - historycznie eremici na pustyni chrześcijańskiej, dżinijscy mnisi, hinduscy tapasviowie często działali bez mistrza albo po krótkim początkowym wtajemniczeniu. Joga w sensie klasycznym jest systemem na tyle precyzyjnym technicznie, że przekaz ustny jest traktowany jako niezbędny.
Ale chwila - czy asceta działający sam też nie ryzykuje? Psychika człowieka który przez miesiące pości i siedzi w samotności może zrobić z nim różne rzeczy. Skąd wie, że to co widzi czy czuje to jest duchowy postęp, a nie halucynacje z niedoboru snu i kalorii?
Czy ktoś tu w ogóle miał jakieś doświadczenie z praktyką, która była prowadzona przez kogoś z takiej tradycji? Nie mówię o weekendowym warsztacie, tylko o czymś bardziej długofalowym. Ciekawi mnie jak to wygląda w praktyce, nie tylko w teorii.
Ja może zapytam inaczej, bo ta rozmowa jest bardzo bogata, ale trochę mi się wszystko miesza. Czy można powiedzieć tak prosto: asceta mówi że ciało jest przeszkodą, jogini mówi że ciało jest sposóbm, i dlatego te drogi są inne? Czy to zbyt duże uproszczenie?
Czyli może ta różnica, o której mówi tytuł tego wątku, nie jest tak naprawdę różnicą między dwiema oddzielnymi drogami, tylko różnicą w stosunku do tego samego problemu - co zrobić z ciałem i zmysłami na drodze do wyzwolenia? I każda tradycja odpowiada inaczej, ale pytanie jest jedno?
Czyli jak dobrze rozumiem to, co napisała Rozmarynek na końcu - ta różnica między ascetą a joginem to nie jest różnica cel, tylko różnica strategii wobec tego samego wroga, którym jest ciało i zmysły? Bo jeśli tak, to mnie zastanawia jedno: czy w ogóle jest tradycja, która mówi że ciało NIE jest problemem? Bo może to jest właśnie trzecia droga, o której tu jeszcze nie mówiliśmy?
To bardzo dobre pytanie i właśnie to przeoczamy w całej tej rozmowie. Tantryzm - zarówno hinduski jak i buddyjski - stoi na stanowisku, że ciało jest właśnie tym, przez co można osiągnąć wyzwolenie, nie pomimo ciała, nie kosztem ciała, ale dosłownie przez nie. To jest radykalne odwrócenie logiki ascetycznej. Tapasvin mówi: wyniszcz ciało. Tantryk mówi: przemień ciało. Jogini Patańdżalego gdzieś pośrodku: zdyscyplinuj ciało. Więc mamy trzy pozycje, nie dwie.
To skoro tantra mówi że ciało jest boskie, a asceza mówi że ciało jest więzieniem - to jak te dwie drogi mogą prowadzić do tego samego celu? Mam wrażenie, że tu nie chodzi o różnicę metody, tylko o zupełnie różne rozumienie tego, czym w ogóle jest człowiek.
Właśnie to mnie teraz uderza. Przez cały ten wątek zakładałam, że mówimy o różnych drogach do tego samego miejsca. Ale może cel też jest inny? Wyzwolenie w dżinizmie chyba wygląda zupełnie inaczej niż wyzwolenie w tantrze? Ktoś może to rozwinąć?
