Mam pytanie, które mnie od jakiegoś czasu nurtuje i nie wiem, czy dobrze to rozumiem. Chodzi o sytuację, gdy ktoś, na kogo chcemy zrobić rytuał, sam jest w bardzo złym miejscu emocjonalnie. Mówię o takim prawdziwym kryzysie — depresja, rozpad, coś poważnego. Czy rytuał miłosny w ogóle ma sens w takiej sytuacji? Bo z jednej strony myślę sobie, że może by mu pomógł, a z drugiej mam takie dziwne przeczucie, że to może nie być dobry moment. Nie wiem, czy to tylko moje obawy, czy jest w tym jakaś głębsza logika. Znacie takie przypadki?
To jest właśnie jedno z tych pytań, które nie mają prostej odpowiedzi, bo zależy od bardzo wielu rzeczy naraz. Ja bym najpierw zapytała, co rozumiesz przez 'zrobić rytuał' w tym kontekście — czy mówisz o rytuałach przyciągania, o połączeniu energetycznym, o czymś jeszcze innym? Bo to naprawdę zmienia całą perspektywę.
Szczerze? Moim zdaniem rytuał zrobiony na osobę w kryzysie psychicznym to proszenie się o kłopoty. Nie dlatego, że jest to niemożliwe energetycznie, ale dlatego, że pole energetyczne takiej osoby jest totalnie niestabilne. To trochę jakbyś próbowała coś zasadzić w rozjeżdżonej, rozmokłej ziemi. Technicznie możesz wrzucić ziarno, ale nie masz pojęcia, co z tego wyrośnie.
No nie całkiem tak bym to ujął. Ja miałem case, gdzie ktoś bliski był w bardzo ciężkim stanie po rozstaniu, i rytuał oczyszczający — nie stricte miłosny, ale energetyczny — zrobił swoje. Znaczy, nie twierdzę, że to zmieniło wszystko, ale po kilku tygodniach ta osoba jakby zaczęła wychodzić z tego dołka. Oczywiście nie wiem, czy to zasługa rytuału czy po prostu czasu, ale jakoś to poskutkowało.
Ja mam z tym osobiste doświadczenie, tyle że po drugiej stronie. Na mnie ktoś kiedyś zrobił rytuał — przynajmniej tak mi powiedziano znacznie później. Byłam wtedy w naprawdę złym miejscu, po stracie kogoś bliskiego, rozsypana całkowicie. I pamiętam, że przez kilka tygodni miałam absolutny chaos w głowie, który trudno mi opisać. Obsesyjne myśli, które nie były moje. Nie mogę udowodnić związku, ale gdy dowiedziałam się o rytuałe, powiązałam to w czasie.
I tu wchodzi kwestia etyki, bo przy rytuałach miłosnych bez zgody osoby docelowej w ogóle wchodzimy w bardzo szarą strefę. Gdy ta osoba jest jeszcze w kryzysie, ta szara strefa robi się ciemniejsza. Bo pytanie nie jest tylko 'czy to zadziała', ale też 'czy mam prawo'. Ja wiem, że nie wszyscy się z tym zgadzają na tym forum, ale tak to widzę.
No dobra, ale to jest filozofia, nie praktyka. Każdy rytuał przyciągania robi się bez zgody drugiej osoby, bo gdyby ta osoba się zgodziła, to po co rytuał. To argument, który idzie w kółko.
To jest chyba najważniejsze pytanie w tym wątku — jak to rozróżnić zanim. Mam wrażenie, że wiele osób robi rytuały nie zastanawiając się nad tym rozróżnieniem, bo po prostu chce efektu. A tu wychodzi, że intencja i forma naprawdę mają znaczenie, szczególnie gdy po drugiej stronie jest ktoś wrażliwy psychicznie.
Czytam ten wątek i zastanawiam się, czy ktoś miał takie doświadczenie, że zrobił rytuał na osobę w kryzysie i ta osoba potem faktycznie jej stan się pogorszył? Pytam, bo chcę wiedzieć, czy to są tylko teorie, czy ktoś rzeczywiście to obserwował.
To wyczerpanie po rytualne na osobę w kryzysie — to jest coś, o czym mało się mówi. W pracy z czakrami jest taka zasada, że jeśli pracujesz energetycznie z kimś bardzo chorym albo w głębokiej depresji, możesz nieświadomie przejąć część tego, co ta osoba 'wypuszcza'. Nie wiem, czy to tłumaczy co opisuje koleżanka Runomiraa, ale coś tu gra.
No dobra, ale wróćmy na chwilę do Kaplanki, bo ona napisała coś ważnego — że chce żeby to się stało, ale nie jego kosztem. I to jest chyba clue całej sprawy. Bo pytanie brzmi: czy w ogóle da się zrobić rytuał przyciągający na osobę zagubioną emocjonalnie tak, żeby to nie było jego kosztem? Mam poważne wątpliwości.
Właśnie to mnie gryzie najbardziej. Bo jak czytam wszystko, co tu piszecie, to zaczynam myśleć, że może to nie jest dobry moment. Ale jednocześnie nie wiem, czy dobry moment w ogóle nadejdzie, bo on wydaje się być w tym stanie od bardzo długiego czasu.
Weszłam tu właściwie przez przypadek, ale zostałam. Mam pytanie do Ewelinka — czy te myśli, które opisywałaś wcześniej jako obce, miały jakiś konkretny charakter? Znaczy, były sentymentalne, natrętne, cokolwiek? Pytam, bo z perspektywy astrologii bardzo ciekawe jest, kiedy to się zaczęło względem jej tranzytu.
Przepraszam, że wchodzę, ale czytam i mam pytanie. Skąd wiadomo, że te myśli były od rytuału, a nie po prostu od tęsknoty? Mam na myśli, że po stracie kogoś bliskiego myśli o konkretnych osobach to chyba norma?
Słucham tego wszystkiego i zaczynam rozumieć, że to pytanie, które zadałam na początku — czy rytuał pomoże czy pogorszy — to nie jest pytanie tylko o efekt. To jest pytanie o to, czy mam w ogóle prawo cokolwiek robić. I to mnie zatrzymuje.
Ale czy to znaczy, że jeśli masz wątpliwości, to automatycznie nie powinnnaś działać? Bo wątpliwości mogą być też z lęku, nie tylko z sumienia. Skąd wiadomo, co czym jest?
A może ona pyta obydwa na raz i dlatego jest w tym miejscu? Bo wcale nie wydaje mi się żeby te dwa pytania się wykluczały. Można się bać i jednocześnie mieć skrupuły.
Chyba tak. Siedzę i czytam i widzę, że właściwie sformułowałam to pytanie źle od początku. Pytałam o rytuał, a tak naprawdę pytam o niego. O to, czy on w ogóle jest teraz w miejscu, gdzie cokolwiek nowego może do niego dotrzeć.
To jest bardzo ważne rozróżnienie. Bo rytuał to jedno, ale gotowość osoby po drugiej stronie to zupełnie coś innego. I z mojego własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że kiedy byłam w takim miejscu jak on — żadna energia z zewnątrz nie trafiała tam gdzie powinna. Szła gdzieś obok.
Ta metafora z oknami jest dobra, ale chcę dopytać — bo w numerologii jest coś takiego jak rok osobisty i pewne cykle, które pokazują kiedy ktoś jest otwarty na wpływ zewnętrzny, a kiedy zamknięty. Kaplanka, wiesz może kiedy on się urodził? Data urodzenia wystarczy.
Mam pytanie do Ewelinka — ta metafora z oknami i szparami. Mówiłaś, że coś mogło wejść przez szparę. Czy to znaczy, że czułaś jakiś wpływ z zewnątrz który cię destabilizował, czy raczej że byłaś podatna na wszystko i nie umiałaś odróżnić co skąd pochodzi?
Przepraszam że wchodzę w to, ale właśnie to zdanie o zasobach — to chyba klucz? Bo jeśli ktoś jest w kryzysie, to ma mało zasobów dla siebie. A rytuał wymaga od niego żeby te zasoby jakoś zagospodarował, nawet jeśli nie wie że coś się dzieje?
No ale przecież są rytuały ochronne, oczyszczające — czy nie można zrobić najpierw czegoś takiego dla niego, żeby go ustabilizować, a dopiero potem czegoś przyciągającego? Czy to się w ogóle robi?
No dobra, ale to trochę bez sensu — czyli nie możemy zrobić nic? Ani rytuału przyciągającego, ani ochronnego, ani oczyszczającego? Bo wychodzi na to, że jak ktoś jest w kryzysie, to wszystko jest zakazane i siedzimy z rękami złożonymi.
Właściwie to jest bardzo konkretna ścieżka. Zamiast kierować cokolwiek w jego stronę, możesz pracować nad tym co ty wysyłasz — nie jako rytuał na niego, ale jako praca z własnym polem przyciągania. Czy to jest rytuał miłosny? Formalnie tak. Czy ingeruje w niego? Nie.
No ale jak pracujesz nad swoim polem przyciągania, to i tak chcesz żeby on do ciebie przyszedł, więc intencja jest ta sama. Nie wiem czy ta granica jest taka ostra jak ją tu malujecie.
To co teraz napisałaś jest ważniejsze niż cała reszta tej rozmowy. Kiedy byłam po tej stronie — jako cel, nie jako ta co wysyła — to czułam coś co opisałabym jako rodzaj niepokoju bez źródła. Nie wiedziałam skąd, po prostu byłam bardziej spięta. I dopiero dużo później dowiedziałam się, że ktoś na mnie 'pracował'. Nie mówię że to był związek przyczynowy. Ale zbieżność była.
