Przepraszam, że pytam tak wprost, ale jak można wyrządzić szkodę przez powiedzenie partnerowi o czytaniu? Rozumiem że można go przestraszyć albo zaniepokoić, ale to nie jest 'szkoda', to jest informacja. On może z nią coś zrobić albo zignorować.
Mój były partner raz zapytał mnie co tak bardzo ogladam w tych kartach i runach i powiedziałam mu że sprawdzam 'energię' między nami. On potem przez długi czas się mnie pytał przed ważnymi decyzjami 'i co, co wyszło?', jakby runy były wyrocznia. Skończyło się na tym, że on de facto oddał mi odpowiedzialność za kierunek relacji. To nie był dobry kierunek.
Okay, to mam pytanie praktyczne do osób, które dłużej pracują z runami. Czy istnieje w ogóle sposób na to, żeby powiedzieć partnerowi o czytaniu i żeby to wyszło dobrze? Bo z tej rozmowy wynika, że albo milczysz, albo ryzykujesz.
To brzmi jak rozsądne podejście. Ale właśnie zastanawiam się, czy ja bym tak potrafiła. Bo kiedy siadam do run z jakimś lękiem, to po czytaniu ten lęk albo rośnie albo maleje, rzadko zostaje 'neutralny'. I ciężko mi potem powiedzieć partnerowi o tym neutralnie.
ale właśnie to jest ciekawe co mówisz - że lęk albo rośnie albo maleje. Bo to znaczy, że czytanie nie jest neutralnym procesem. Ono cię zmienia zanim cokolwiek powiesz partnerowi. Pytanie brzmi - skąd wiesz, czy ta zmiana to przybliżenie do prawdy, czy tylko wzmocnienie tego co już czułaś?
Moim zdaniem właśnie o to chodzi w pracy z runami - że one nie mówią ci co jest, tylko wyciągają to co już gdzieś w tobie siedziało. Więc jeśli po czytaniu lęk rośnie, to może on tam był cały czas, a runy tylko mu dały przestrzeń?
Ale wracając do pytania które zadałam - to znaczy czy jest sposób żeby powiedzieć partnerowi o czytaniu bez ryzyka? Bo ta rozmowa jest ciekawa, tylko cały czas kręcimy się wokół tego czy runy działają, a nie jak z tego korzystać w praktyce.
A jak w ogóle odróżnić jedno od drugiego? Mówię serio, pytam bo sama nie jestem pewna jakie mam intencje kiedy myślę o tym żeby powiedzieć partnerowi.
O. To jest chyba opis mojej sytuacji. Że zamiast powiedzieć wprost 'nie podoba mi się jak się zachowujesz w kwestii X', szukam w czytaniu potwierdzenia, a potem planuje mu to jakoś przekazać jakby to był wyrok z zewnątrz a nie moje zdanie.
Ale to jest chyba bardzo ludzkie. Łatwiej powiedzieć 'Ehwaz wskazuje na brak synchronizacji w ruchu' niż 'czuję że nie idziemy w tym samym kierunku'. Jedno brzmi mistycznie i neutralnie, drugie brzmi jak pretensja.
Czytam ten wątek od jakiegoś czasu i mam wrażenie, że ta rozmowa dotyczy czegoś szerszego niż tylko runy. Każda praktyka wróżbiarska - tarot, astrologia, cokolwiek - stwarza ten sam dylemat. Czy używasz jej żeby zrozumieć siebie, czy żeby uzasadnić przekonania które już masz?
Przepraszam że wrócę do praktycznego pytania ale skoro Hagalaz może oznaczać też oczyszczenie, to jak w ogóle wiadomo co runa 'chce powiedzieć' w konkretnym kontekście? Czy to jest wyczucie, intuicja, czy są jakieś zasady?
To właściwie tłumaczy czemu mi tak ciężko mu to powiedzieć. Bo nawet jeśli próbuję wytłumaczyć kontekst, to i tak będę tłumaczyć przez kilkanaście minut, a on i tak nie będzie miał tego samego 'czucia' co ja w trakcie czytania. I cokolwiek powiem, on usłyszy coś innego.
I tu moze jest clue - nie chodzi o to żeby mu dokładnie przekazać czytanie, tylko żeby powiedzieć co ty z nim czujesz. 'Czytanie wywołało we mnie niepokój i chcę o tym pogadać' jest szczere i nie wkłada mu do głowy żadnej przepowiedni. Może zamiast tłumaczyć runy, warto mówić o sobie?
No właśnie nie wiem czy mi wstyd, czy po prostu wiem że nie zrozumie. To chyba jest różnica. Wstyd zakłada że sama uważam że to głupie, a ja tak nie myślę o runach. Po prostu wiem że dla niego to będzie brzmiało jak 'kurciaki, patyczki mi powiedziały że coś jest nie tak'.
A czy on w ogóle wie że się tym zajmujesz? Bo jeśli nie wie, to ujawnianie czytania i ujawnianie całej praktyki to dwa różne kroki naraz.
Dobre pytanie. Ja mam tak że mój wie że 'coś tam robię z kartami', ale nie zagłębia się. I to jest taka strefa ciszy z wyboru. Zastanawiam się czy to zdrowe czy nie.
Wrócę do tego co powiedziała Ksiezycnaa wcześniej - że szuka w czytaniu potwierdzenia zamiast powiedzieć wprost. To jest naprawdę ważny moment w tej rozmowie. Czy ktoś z was miał tak że czytanie stało się wymówką do NIE powiedzenia czegoś? Serio pytam bo to jest coś innego niż kwestia czy mówić czy nie.
Trochę inaczej na to patrzę. Runy mogą pokazywać różne warstwy tej samej sytuacji, więc kilka czytań nie musi być ucieczką. Ale jeśli ciągniesz aż do skutku czyli do momentu kiedy wyjdzie to co chcesz, to tak, to jest problem. I partner w takiej sytuacji dostaje wybiórczą wersję całości.
Właśnie tak u mnie wygląda. Ciągnę aż wyjdzie coś co mogę mu pokazać jako 'dowód'. A jak wychodzi coś co mi się nie podoba, to mówię sobie że to nie ten moment, zła pora, musiałam źle sformułować pytanie.
To co teraz napisałaś jest bardzo szczere. Ale zastanowiam się - czy gdybyś powiedziała mu to bez run, czyli dosłownie 'szukam potwierdzenia dla swoich obaw i nie wiem jak je wyrazić', czy to byłoby łatwiejsze czy trudniejsze niż tłumaczenie czytania?
Myślę że trudniejsze. Bo to jest przyznanie się do niepewności wprost, bez żadnego bufora. Runy dają taki bufor - możesz powiedzieć 'czytanie wskazuje' zamiast 'ja się boję'.
Mam pytanie do całej dyskusji bo trochę się gubię - czy wy mówiąc 'powiedz mu o czytaniu' macie na myśli że trzeba tłumaczyć runy, czy że wystarczy powiedzieć 'robiłam czytanie i chcę porozmawiać o nas'? Bo to naprawdę brzmi inaczej.
Czytam ten wątek od dłuższego czasu i zastanawiam się nad jedną rzeczą. Czy nie jest tak że ten dylemat istnieje bo sami nie jesteśmy pewni co runy nam mówią? Jakbyśmy były stuprocentowo pewne odczytu, to może łatwiej byłoby o tym powiedzieć?
Nie wie. To znaczy może słyszał nazwę runy jako takiej, ale nie ma pojęcia o znaczeniach. I właśnie to jest ten mur - nie mogę mu powiedzieć 'wyszła Nauthiz' bo to dla niego będzie zupełnie puste słowo. Musiałabym tłumaczyć od podstaw a wtedy rozmowa przestaje być o nas, a zaczyna być o runach.
A czy to w ogóle jest problem? Znaczy - czy nie można powiedzieć po prostu tyle ile potrzeba do tej konkretnej rozmowy, bez całego kursu? Coś w stylu: robiłam coś w rodzaju wróżby i wyszło mi że w naszej relacji jest jakiś zablokowany przepływ. I tylko tyle.
Blanka_D ma rację i to jest coś o czym myślę od jakiegoś czasu. Kiedy opowiadam mężowi o tym co mi wyszło w horoskopie, nie tłumaczę mu pozycji planet. Mówię mu co to dla mnie znaczy. Czemu z runami miałoby być inaczej?
