Danusia, ale to jest super że tak to przemyślałaś! Ja bym w ogóle nie wiedziała jak powiedzieć to inaczej, serio. I teraz będę pamiętać że lepiej tłumaczyć obrazem niż samą nazwą, bo to naprawdę działa 🙂
Słucham tej dyskusji i zastanawia mnie jedno - mówimy o tym jak odbierają to inni, ale czy ktoś z was miał sytuację gdzie sam poczuł że użył nazwy runy za lekko? Nie chodzi o reakcję rozmówcy ale o swoje własne odczucie po tym.
Wracając do pytania Krwawnika - bo to naprawdę ważne. To poczucie że 'nie tak miało być' jest dla mnie właśnie dowodem że gdzieś głęboko wiemy kiedy używamy nazwy runy na serio a kiedy ją trywializujemy. Jak cieknąca bateria - energia idzie, ale nie tam gdzie trzeba i potem zostaje taki dziwny posmak. Ktoś inny miał coś podobnego?
Słuchajcie, wracam do Strzaski i tego Fehu w żartach. Mnie bardziej ciekawi nie sam efekt zewnętrzny, tylko to czy to poczucie dyskomfortu po takim użyciu jest sygnałem ostrzegawczym który warto uszanować, czy raczej to tylko wyrzut sumienia osoby która przyjęła pewne zasady pracy z runami. Bo to są bardzo różne rzeczy.
A ja mam inne pytanie do tej całej rozmowy. Mówimy o tym żeby nie trywializować run, ale kto właściwie ustala co jest trywializowaniem? Bo dla kogoś z zewnątrz całe wróżenie runami to może być 'trywializowanie' czegoś sakralnego. Linia jest chyba mocno subiektywna.
Słucham was i mam takie skojarzenie - nie wiem czy trafne. Imiona. Mam na myśli że niektóre kultury bardzo serio traktują wymówienie czyjegoś imienia, bo imię niesie esencję osoby. Może nazwy run działają podobnie - nie chodzi o to czy chciałeś czegoś dokonać, ale o to że wprawiłeś coś w ruch samym faktem wymówienia?
To co Orlikowa pisze o imionach wydaje mi się ważne. Zawsze słyszałem że w magii słowa mają moc, ale nie do końca rozumiałem jak to przekłada się na takie codzienne rzeczy. Czyli jakby nie ma znaczenia w jakim kontekście powiem 'Thurisaz' - i tak coś się dzieje?
Nie powiedziałbym że zawsze i za każdym razem, ale to porównanie z imionami Orlikowej jest chyba najbliżej. Raczej chodzi o to że jest jakiś próg - przy pewnym stopniu zaangażowania czy relacji z systemem runicznym samo słowo może już coś nieść. Ale to nie jest tak że każdy kto przypadkiem użyje nazwy runy coś uruchamia. Przynajmniej tak to rozumiem.
Ale zaraz zaraz. Jeśli przyjmiemy że tak to działa - że próg zależy od relacji mówiącego z runami - to wychodzi że ci którzy pracują z runami muszą być bardziej ostrożni w potocznej mowie niż ci którzy w ogóle ich nie znają. Co jest trochę paradoksalne. Im więcej wiesz, tym mniej możesz swobodnie mówić?
Zastanawiam się czy ktoś z was w ogóle próbował świadomie używać nazw run w potocznej rozmowie jako czegoś pozytywnego - nie żartem i nie przez pomyłkę. Mam na myśli coś w stylu celowego wprowadzania energii runicznych do codziennych sytuacji przez same słowa. Czy to ma sens jako praktyka?
A mnie zastanawia coś innego po tym wszystkim - czy moja koleżanka która zareagowała na 'Hagalaz' reagowała na samą nazwę, na moją energię kiedy to mówiłam, czy na coś całkowicie innego czego w ogóle nie bierzemy pod uwagę? Bo może ona po prostu nie lubi słów które brzmią obco i trochę złowrogo? I wyciągamy za duże wnioski z jednej sytuacji?
Danusia, to jest naprawdę uczciwa obserwacja i myślę że trochę wszystkie wnioski powinniśmy traktować z rezerwą. Jedna anegdota to za mało żeby budować teorie. Ale z drugiej strony - ta rozmowa pokazała że ludzie mają bardzo różne intuicje co do tego gdzie jest granica między 'runą jako słowem' a 'runą jako czymś więcej'. I to samo w sobie jest ciekawe, bez względu na to co wywołało reakcję koleżanki.
Dobra, ale wracając do tego co Strzaska napisała na końcu - że mamy różne intuicje co do granicy. To mnie zastanawia czy ta granica jest w ogóle gdzieś zapisana, czy każdy ją sobie ustala sam? Bo jeśli każdy sam, to jak można komukolwiek zarzucić że używa run 'nieprawidłowo' w codziennej mowie?
Ha, to jest śmieszne ale poważne zarazem. Myślę że 'egzekwowanie' odbywa się wewnętrznie - właśnie przez ten dyskomfort który opisywała Strzaska. Tradycja nie ma policji, ale ma coś w rodzaju wewnętrznego systemu sprzężeń zwrotnych. Chyba.
Słucham tej rozmowy o oporności i zastanawiam się czy to nie jest po prostu efekt nastawienia. Jeśli wchodzę w system z założeniem że wymaga szacunku, to każde nieszanujące użycie będzie budzić opór - bo sama tak zdecydowałam. Nie kwestionuję waszych odczuć, ale jak odróżnić opór 'runiczny' od własnej psychologii?
Ja się tu trochę odnajduję jako ten 'z zewnątrz'. Szczerze mówiąc czytam ten wątek od początku i nadal nie wiem czy jak powiem 'Algiz' do kumpla żeby się z nim przywitać na wesoło, to coś zrobię czy nie. Może ktoś po prostu odpowie na to wprost?
Genek, rozumiem frustrację, ale myślę że brak jednoznacznej odpowiedzi to nie jest unik - ona po prostu nie istnieje. To zależy od ciebie, od twojej relacji z systemem, od kontekstu. Mogę ci za to powiedzieć co ja bym zrobiła: nie użyłabym nazwy runy jako powitania, bo dla mnie to jak używanie modlitwy jako żartu.
A ja wcześniej pytałam o celowe pozytywne użycie i trochę temat uciekł. Genek właśnie daje przykład użycia żartobliwego - ale co z używaniem nazwy runy świadomie, żeby coś wnieść do rozmowy? To jednak coś innego niż żart.
To co Krwawnik opisuje brzmi dla mnie podobnie do tego jak ludzie używają słów-kluczy w medytacji. Nie jestem ekspertem od run, ale znam przypadki gdzie jedno słowo staje się punktem skupienia. Czy to jest podobny mechanizm?
Wracając do pytania Genka - myślę że jest jakaś różnica między 'Algiz' jako żartem-pozdrowieniem a 'Algiz' wymówionym z myślą o ochronie. Pierwsze to trochę jak mówienie 'Amen' żeby zakończyć zdanie, drugie to coś więcej. Ale Genek, żeby odpowiedzieć na twoje pytanie: przy jednorazowym żartobliwym użyciu bez żadnej relacji z runami - moja intuicja mówi że raczej nic dramatycznego się nie stanie. Tylko po co to robić?
Okay, Strzaska, dzięki za próbę odpowiedzi. Ale to 'od ciebie zależy' mnie trochę kręci w kółko. Znaczy - czy chodzi o to, że jeśli nie mam żadnej relacji z runami, to mogę mówić co chcę i nic się nie stanie? Bo wtedy to by znaczyło, że system działa tylko jeśli się w niego wierzy.
A co by było złego w takim wniosku? Że system działa dla tych, którzy w nim pracują? To nie jest słabość tradycji - to jest jej logika. Większość systemów ezoterycznych zakłada że relacja i intencja mają znaczenie. Brak relacji = brak efektu, niekoniecznie brak ryzyka, ale inny rodzaj interakcji.
Ten komputer to akurat dobra metafora. Chociaż mnie bardziej pasuje porównanie do języka - możesz powiedzieć słowo w obcym języku bez znajomości jego znaczenia i być może nic się nie stanie, ale możesz też nieświadomie powiedzieć coś obraźliwego w danej kulturze. Nie dlatego że słowo jest magiczne, ale dlatego że kontekst istnieje niezależnie od twojej wiedzy o nim.
Wracam do wątku Genka bo myślę że za dużo filozofujemy, a jego pytanie było dość konkretne. Genek - jak rozumiem - chcesz wiedzieć czy możesz powiedzieć 'Algiz' do kumpla jako żart. I mam wrażenie że odpowiedź jest prosta: tak, możesz, i nic się nie stanie. Ale pytanie drugie - po co? Co ci to daje?
A to juz inne pytanie niz na poczatku. Bo pytac ile czasu do 'dobrze' to troche jak pytac ile czasu do dobrego gotowania - nie ma momentu gdzie sie nagle wie. Ja pracuje pare lat i nadal mam momenty gdzie czuje ze robie cos nie do konca. Ale to chyba norma, nie przeszkoda.
Zastanawiam się czy w ogóle istnieje jakaś 'granica' między używaniem nazw run w rozmowie a pracą z nimi. Pytam serio, bo może to jest całe spektrum, a nie dwa odrębne tryby.
Ale czy to spektrum jest dla każdego takie samo? Bo słucham opisu Mistralki i brzmi to bardzo organicznie - stopniowe budowanie. A co jeśli ktoś zaczyna od głębokiego zanurzenia, intensywnego kursu albo pracy z kimś doświadczonym? Czy ta droga jest inna?
