Zastanawiam się nad czymś, bo ostatnio rozmawiałem ze znajomą i palnąłem coś w stylu 'no to teraz masz Hagalaz w swoim życiu', mając na myśli, że wszystko jej się posypało. Ona na mnie spojrzała jak na kosmitę. I pomyślałem - czy w ogóle normalne jest używanie nazw run w codziennej rozmowie? Czy to nie jest jakieś naruszenie, nie wiem, świętości tych znaków? Albo czy po prostu brzmi to pretensjonalnie dla kogoś kto nie siedzi w temacie?
Ciekawe pytanie, bo sama o tym myślałam. Moim zdaniem jest ogromna różnica między użyciem nazwy runy jako skrótu myślowego między osobami które wiedzą co to jest, a próbą tłumaczenia tego komuś z zewnątrz. Twoja znajoma po prostu nie miała kontekstu i stąd ten wzrok. Ale czy to naruszenie? Nie sądzę. Runy to był żywy alfabet, ludzie ich używali na co dzień, nie chowali za szkłem.
Przepraszam że się wtrącam, ale chciałam zapytać - czy są runy które lepiej wymawiać na głos, a może jakieś których nie powinno się mówić przypadkowo? Czytałam gdzieś że niektóre mają bardzo mocne wibracje i nie wiadomo co się uruchamia przez samo wypowiedzenie nazwy. Czy to prawda czy przesada?
Ja bym tu rozróżniła kilka warstw. Jedna sprawa to używanie nazw w rozmowie jako pojęć, jak mówię 'Fehu' mając na myśli kwestię pieniędzy albo zasobów. Inna to robienie z tego ozdobnika żeby brzmieć mądrze. A jeszcze inna to celowe przywoływanie energii runy przez wypowiedzenie jej nazwy w określony sposób. To są trzy zupełnie różne sytuacje i mieszanie ich ze sobą powoduje właśnie takie pytania jak tu padają.
Intencja jest kluczem, tak to działa we wszyskich praktykach magicznych. Jak mówisz Hagalaz żeby opisać chaos w czyimś życiu to to jest metafora. Jak mówisz Hagalaz i skupiasz na tym swoją wolę i wizualizujesz jej działanie, to juz co innego. Przynajmniej tak to rozumiem po kilku latach pracy z symboliką. Choć uczciwie przyznam że nie jestem specem od run konkretnie.
Myślę że to interesujący wątek, ale trochę odpłynęliśmy od pytania które tu padło. Chodzi raczej o to czy w ogóle wypada używać tych nazw potocznie, nie o mechanikę galdr. A co do tego pierwotnego pytania - mnie bardziej zastanawia coś innego. Czy używając run jako metafor nie zubażamy ich znaczenia? Jeśli Hagalaz stanie się po prostu synonimem 'kiepski okres', to gubimy całą resztę tego co ten symbol niesie.
To ciekawe co piszesz, bo ja nigdy nie myślałam o tym w ten sposób. Ale wracając do pytania z początku - sama czasem używam słowa 'Fehu' albo 'Uruz' w rozmowach z koleżanką która też interesuje się runami i jakoś naturalnie nam to weszło. Nie czujemy że robimy coś złego, ale może dlatego że obie rozumiemy o czym mówimy?
Słuchajcie, ja się tu trochę gubię bo dopiero zaczynam się interesować tematem. Mam podstawowe pytanie - czy runy mają swoje polskie odpowiedniki znaczeniowe, jakieś słowa które by je zastępowały? Bo rozumiem że to jest alfabet germański i te nazwy są staronordyckie albo coś podobnego, i zastanawiam się czy kiedykolwiek w Polsce były używane albo to jest całkiem importowana praktyka.
Właśnie mnie to zawsze trochę zastanawiało - czy można mieszać tradycje? Czyli czy ktoś kto jest zakorzeniony w słowiańszczyźnie powinien raczej zostawić runy dla tych ze skandynawskim backgroundem, że tak powiem? Nie pytam złośliwie, naprawdę nie wiem jak to działa.
Okej, ale wracając do mojego pierwotnego dylematu - bo tutaj zaczęła się ta rozmowa. Czy powinienem był jakoś inaczej opisać sytuację tej znajomej zamiast używać nazwy runy? Bo teraz myślę że może to był błąd komunikacyjny z mojej strony, nie żadne naruszenie energetyczne.
Błąd komunikacyjny to dobre określenie. Każda specjalistyczna terminologia, czy to runologiczna, czy medyczna, czy z jakiejkolwiek innej dziedziny, wymaga rozmówcy który zna kod. Bez tego to szum. Pytanie jest inne - czy chciałeś jej coś przekazać czy chciałeś mówić w swoim języku? Bo to dwie różne potrzeby.
Okej, rozumiem ten argument z kodem i z rozmówcą. Ale to rodzi kolejne pytanie - skąd masz wiedzieć zanim zaczniesz mówić, czy ta osoba zna ten kod? Zapytać wprost 'hej, czy znasz runy?' też brzmi dziwnie w środku normalnej rozmowy.
To chyba tak samo jak z każdym innym językiem specjalistycznym. Nie pytasz kolegi 'czy znasz terminologię medyczną?' tylko po prostu rozmawiasz i jak widzisz pusty wzrok, to parafrazujesz. Runy nie są tu wyjątkiem.
Właśnie! Ja jak powiedziałam koleżance że coś w jej sytuacji 'wygląda jak Hagalaz' to ona się pytała czy to znaczy że jej kląłam 🙂 Musiałam tłumaczyć przez pół godziny że to tylko interpretacja, nie rytuał.
Mam wrażenie że gdzieś po drodze przestaliśmy rozróżniać dwie rzeczy. Jedno to czy możemy mówić nazwy run w potocznej rozmowie, drugie to czy powinniśmy. Pierwsze jest oczywiste - oczywiście można. Drugie zależy od kontekstu. Chyba nie ma tu jednej odpowiedzi dla wszystkich sytuacji.
Ja bym wskazał Thurisaz. To jest runa bardzo dynamiczna i w tradycji jest kojarzona z Thorem ale też z mocami które są trudne do okiełznania. Nie twierdzę że wymawianie jej niszczy świat, ale z moją praktyką zauważyłem że ludzie rzucają ją dość lekko nie wiedząc co niesie. A niesie dużo więcej niż 'burza'.
Thurisaz to jest thorn, cierń, olbrzym. Jest w tym siła obronna ale też destrukcyjna jeśli skierowana źle. W galdr bywa używana ostrożnie. Ale tak jak Mistralka pisała wcześniej - samo wymówienie to nie zapalenie lontu. Po prostu warto wiedzieć o czym się mówi.
Właściwie Bogumił trafnie to ujął. Dodałabym tylko że to nie są wyłącznie zagrożenia czy coś do unikania. Każda runa ma swój cień i swoje światło. Thurisaz jako ochrona jest czymś zupełnie innym niż Thurisaz jako destrukcja. Ale żeby to rozróżnić, trzeba ją po prostu znać.
Ale wracając do rozmowy potocznej, bo trochę schodziliśmy na teren odczytu. Zastanawia mnie jedna rzecz. Czy ktoś z was miał sytuację odwrotną - że ktoś spoza środowiska użył przy was nazwy runy, ale źle, i to było irytujące albo śmieszne? Bo to też jest element tej rozmowy o tym czy tak robić.
A mnie ciekawi co wy byście zrobiły w tej sytuacji? Powiedziałabyś jej że używa tego źle, czy zostawiłaś temat?
Czytam ten wątek od początku i mam takie wrażenie że właściwie dyskutujecie o czymś szerszym - o tym kto 'ma prawo' używać tych słów i w jakim kontekście. I to jest naprawdę ciekawe. Bo z jednej strony runy to alfabet, z drugiej to coś więcej dla tych którzy z nimi pracują.
Turmalinka dobrze to nazwała. I chyba nie ma jednej odpowiedzi, bo to zależy właśnie od tego po której stronie tej granicy stoisz. Jak dla mnie to był po prostu skrót myślowy, dla kogoś innego może to być coś ważniejszego. Może powinienem był to po prostu powiedzieć normalnym językiem i uniknąć nieporozumienia.
Mam takie porównanie - jak uczysz się języka obcego, pierwsze słowa to tylko dźwięki. Z czasem zaczynają nieść coraz więcej. Tak samo może być z runami. Na początku 'Thurisaz' to po prostu słowo, potem to już cos innego. Czy to zmienia odpowiedź na pytanie z tematu? Pewnie tak - zalezy kto mówi.
Lubię to porównanie Bogumił, ale mam wątpliwość. Auto nie uruchamia się samo przez przypadek. Tymczasem tu mówimy o sytuacjach gdzie ktoś rzuca nazwą runy w rozmowie bez żadnej intencji magicznej - jak Danusia z tą koleżanką. Czy naprawdę myślicie że coś się wtedy 'uruchamia'?
Ale z drugiej strony czy to nie jest argument za tym żeby właśnie używać ich w potocznej rozmowie? Jeśli samo słowo może kierować uwagę na pewne energie albo skojarzenia, to może to jest sposób żeby wprowadzać je stopniowo do codziennego myślenia?
Mam wrażenie że przez całą tę dyskusję kręcimy się wokół jednego pytania którego nikt wprost nie zadał: czy runa w nazwie to wciąż runa, czy już tylko słowo? I chyba każdy odpowiada na to inaczej bo ma inne podejście do samych run jako takich.
Danusia, a jak ty teraz na to patrzysz po tej rozmowie z koleżanką? Bo chyba miałaś taki moment kiedy zobaczyłaś że te słowa działają na ludzi inaczej niż myślałaś.
