Wybaczcie że się wtrącam bo śledzę ten watek od początku i nie bardzo się odzywałam, ale mam pytanie do Pentagramy - czy próbowałaś kiedy losować z tych run na jakiś neutralny temat, nie związny z tą osobą ani z całą tą sytuacją? Ciekawi mnie czy ten chłod który czujesz jest cały czas czy tylko gdy myślisz o kontekscie.
To odkładanie szybciej niż zaczynałaś - ja to rozumiem. Miałam tak z jedną książką do tarota po kimś i długo nie wiedziałam co z nią zrobić. Ostatecznie ją oddałam bibliotece i poczułam ulgę której się nie spodziewałam. Może to głupie porównanie bo książka to nie runy, ale to odkładanie mówi chyba więcej niż jakikolwiek odczyt.
I tu wracamy do sedna tytułu tego wątku, bo Pentagrama właśnie dotknęła czegoś ważnego. To poczucie 'powinnam' - czy to jest właśnie ta forma bronienia się run, o której mówiłyśmy na początku? Nie fizyczny opór, nie zimno, ale właśnie ten wewnętrzny ciężar który sprawia że człowiek nie może się z nimi rozstać, nawet jeśli ewidentnie nie pasują?
Karrot pyta o to co ja sobie też zadałam kiedy czytałam. I nie mam gotowej odpowiedzi, ale mam analogię. Z kartami tarotowymi bywa tak że talia sprawia wrażenie 'zablokowanej' przez miesiące, a potem nagle zaczyna dawać czytelne odpowiedzi. Nikt nic nie zrobił. Po prostu coś się zmieniło - albo w kartach, albo we mnie, albo w tym co między nami. I do dziś nie wiem gdzie.
Sybilka a jak to czułaś ze to sie odblokwało? Chodzi mi o czy byl jakis konkretny moment czy to było stopniowe? Bo Pentagrama wspominała że chłód jest ciągły, bez przerw - i zastanawiam się czy to w ogóle może samo przejść.
Jest jeszcze jedna rzecz której nie powiedzieliśmy wprost. Runy jako system różnią się od tarota tym, że tradycyjnie były bardzo osobiste - wycinane pod konkretną osobę, konsekrowane jej oddechem, krwią w starszych praktykach. Karta to karta, można ją oddać i wziąć nową. Runa wycinana ręcznie niesie wyraźny ślad twórcy. Jeśli te runy Pentagramy były robione własnoręcznie przez tę kobietę, to mówimy o czymś innym niż zwykła obcość energetyczna.
moim zdaniem tak. Intencja i czas pracy to są dwie drogi do tego samego miejsca. Kupny zestaw po dwudziestu latach intensywnej pracy to już nie jest ten sam przedmiot co ze sklepu.
Wróćmy do tego co powiedział Edek86 bo to jest istotne - długoletnia praca z runami przez osobę która odeszła nagle. To nie jest tylko kwestia energi, to jest kwestia niedomkniętego procesu. Tej pani prawdopodobnie nie udało się zamknąć swojej pracy, pożegnać z tymi runami. I one teraz są... zawieszone miedzy właścicielką a nową posiadaczką.
Czytam ten wątek od dłuższego czasu i chciałam zapytać - czy to pożegnanie o którym mówi Chiromantka92 powinno być zrobione przed oddaniem run do ziemi, czy można to zrobić jednocześnie? Zastanawiam się czy kolejność ma znaczenie.
Słucham tego wszystkiego i coś we mnie odpuszcza. Serio. Nie wiedziałam że ta rozmowa pójdzie w stronę uhonorowania tej kobiety, a nie tylko pozbycia się problemu. To zmienia całą moją perspektywę na te runy. Może dlatego tak długo nie mogłam się ruszyć - bo podchodziłam do tego jak do problemu do rozwiązania, a nie jak do czegoś co wymaga uznania.
To znaczy, to jest wzruszające i rozumiem, ale chcę zapytać na trzeźwo - czy to poczucie że 'czegoś nie domknęłaś' może być też zwykłym poczuciem winy wobec osoby która odeszła? I czy rytuał naprawdę coś tu zmienia, czy po prostu daje ramy do przeżycia tego emocjonalnie?
Mam wrażenie że Karrot i Indaphoros kręcą się wokół tego samego pytania od paru stron i ani jeden ani drugi nie chce go postawić wprost. Więc powiem sama: czy runy mają jakąkolwiek własną sprawczość, czy są tylko lustrem dla naszych stanów? Bo to jest sedno tego całego wątku od początku.
Mnie bardziej interesuje tu watek niedomkniętych spraw niż historia tradycji. Ta kobieta odeszła niespodziwanie. Nie zdązyla zamknąc swojej pracy. I teraz te runy są gdzieś pośrodku - ani oddane, ani zatrzymane przez Pentagramę świadomie. Czy ktoś poza mną ma wrażenie że to jest ważniejsze niż pytanie o sprawczość?
A jak Pentagrama miałaby wyglądać ta rozmowa na głos, o której pisała Chiromantka92? Czy to powinno być w jakimś konkretnym miejscu, o konkretnej porze? Czy to może być gdziekolwiek?
Zastanawiam się czy w tym pożegnaniu Pentagrama powinna mieć runy przy sobie fizycznie. Czy one powinny 'słyszeć' to co mówi, czy to bez znaczenia?
Pentagrama a ten chłód który opisywałaś wcześniej - czy on jest cały czas, czy są momenty kiedy go nie ma? Bo zastanawiam sie czy on sam w sobie nie jest takim sygnałem że coś czeka na domkniecie, a nie że runy są złe.
To co Pentagrama napisała jest dla mnie naprawdę ważne. Chłód jako oczekiwanie, a nie jako odrzucenie. Miałam podobnie z talią którą dostałam po osobie która odeszła nagle - przez długi czas karty dawały mi odpowiedzi które 'nie pasowały', jakby mówiły o kimś innym. Dopiero kiedy zrozumiałam że może mówią o niej, a nie o mnie, coś się przestawiło.
Nie chcę odciągać od tematu, ale właśnie o to chciałam zapytać - czy to mówienie do osoby która odeszła to jest coś co robicie regularnie przy pracy z narzędziami czy raczej jednorazowo, żeby zamknąć? Bo Pentagrama ma specyficzną sytuację, ale zastanawiam się czy to jest szerzej stosowane.
To pytanie Sybilki o regularne mówienie do osoby która odeszła - ja właśnie zastanawiam się nad tym samym. Czy to jest coś co się robi przy każdym rozkładzie, tak jakby ona nadal była częścią tej pracy? Czy raczej raz i już? Bo mam wrażenie że nie ma na to prostej odpowiedzi i każdy musi to rozgryźć sam, ale chciałam wiedzieć jak wy to czujecie.
Odpowiem na swoje pytanie, bo chyba źle je postawiłam. U mnie to mówienie do niej nie było regularne - to był jeden moment, ale świadomy. Potem już nie było potrzebne. To tak jakbyś zamknęła drzwi, które stały otwarte. Nie musisz ich co rano zamykać od nowa, wystarczy raz porządnie.
Siedzę z tym co Sybilka napisała i myślę, że rozumiem. Może dlatego ten chłód jeszcze jest - bo te drzwi cały czas stoją otwarte. Nie zamknęłam ich celowo, bo nie wiedziałam że powinnam. Myślałam że to samo minie.
Pentagrama właśnie to jest sedno. Takie rzeczy rzadko mijają same. Nie dlatego że runy są złe albo że coś poszło nie tak - tylko dlatego że niezamknięte zostaje niezamknięte dopóki ktoś tego świadomie nie dotknie. Czy czujesz że jesteś gotowa żeby to zrobić? Nie pytam o technikę, pytam o gotowość.
Chcę tu wejść z boku, bo wróciłem myślami do pierwotnego pytania wątku. Czy runy mogą się bronić. Mieliśmy dwa tory - jeden o właściwości run samych w sobie, i teraz ten o niedokończonych relacjach między ludźmi. Zastanawiam się czy w przypadku Pentagramy to jedno i drugie nie jest tym samym. To znaczy - chłód może nie być ani obroną run, ani przypadkiem. Może być śladem tej konkretnej więzi. I wtedy pytanie o 'bronienie się' dostaje zupełnie inny wymiar.
Dobra, przyjmuję to. Ale czy to nie oznacza że każda runa od każdej osoby niesie w sobie ślad tej osoby na zawsze? Że jeśli Pentagrama dostała runy po tamtej kobiecie, to one zawsze będą trochę 'jej'? I że nie da się tego rozwiązać żadnym pożegnaniem?
Nie zgodziłabym się z tym. Z moich doświadczeń z kartami wynika coś innego - sposób może zmienić 'właściciela' energetycznie, ale to wymaga czasu i świadomego działania. Pożegnanie które opisywałam nie wymazało poprzedniej właścicielki, ale zmieniło relację. Talia przestała należeć do niej, a zaczęła należeć do mnie. To nie jest wymazanie, to jest... przekazanie.
A czy to przekazanie musi być za zgodą obu stron? Rozumiem że ta kobieta odeszła niespodziewanie, ale może właśnie dlatego to jest takie trudne - że ona tej zgody nie zdążyła wyrazić? Czy można to zrobić za kogoś, kogo już nie ma?
To co Chiromantka92 napisała jest piękne, ale mam pytanie praktyczne - jak Pentagrama ma wiedzieć jaka była intencja tamtej kobiety przy tworzeniu run? Czy to jest coś co można poczuć, czy raczej trzeba znać tę osobę żeby to wiedzieć?
