Czytam ten wątek od dłuższego czasu i właśnie ta wymiana między Shangie a Dominisia01 mnie zatrzymała. Bo myślę, że obie macie rację, ale w różnych przypadkach. Jeśli jesteś w dobrej formie psychicznej - przefiltrowanie jest możliwe. Jeśli jesteś w kryzysie, symbol może cię dosłownie poprowadzić, bo sama nie masz zasobów, żeby oceniać. I o tej drugiej sytuacji powinniśmy mówić więcej.
Zostają tylko własne założenia - i tu widzę połączenie z tym, co Wandka opisywała wcześniej. To 'dokończenie' sesji przez runę było jej autorską interpretacją tego, co terapeuta celowo zostawił otwarte. Wandka, mam pytanie: jak wyglądały te odczyty po czasie? Czy runa faktycznie coś dopowiedziała, czy raczej zamknęła temat, który miał pracować?
Właśnie to mnie w tym wątku najbardziej przesuwa. Zaczęłam notatki z odczytów porównywać z notatkami z różnych innych momentów swojego życia i widzę, że runy, które ciągam w trudnych tygodniach, interpretuję dużo ciaśniej. Jakby w kryzysie cały słownik się kurczył do pięciu znaczeń. Czy ktoś zauważył coś podobnego?
To, co Shangie mówi, jest dla mnie kluczowe, choć chciałem to rozwinąć od strony tarotowej. W Tarocie też mamy to samo zjawisko - czytający sam dla siebie rzadko widzi karty obiektywnie. Dlatego wypracowałem zasadę, żeby w tygodniach naprawdę trudnych w ogóle nie robić odczytów dla siebie. Pytanie do osób tu - czy ktoś próbował podobnej reguły z runami?
Próbowałem. Nieformalna zasada: jeśli przez dwa dni z rzędu pytam o to samo, odkładam woreczek na tydzień. Bo to już nie jest wróżba, to jest pętla. I właśnie z tego wyrosło moje pierwotne pytanie w tym wątku - bo terapia uczy rozpoznawać te pętle, a runy mogą w nich utrzymywać, jeśli nie ma żadnej kontroli.
Ta 'pętla' to jest coś, co rozumiem zbyt dobrze. Pytasz o to samo, dostaniesz inną runę, reinterpretujesz i tak w kółko. Ale jak się wyrywa z takiej pętli samemu, skoro właśnie jesteś w niej po uszy? Czy terapeuta w ogóle by rozumiał, że to jest pętla a nie po prostu 'hobby'?
Słucham tej rozmowy i chcę dodać coś, o czym rzadko się mówi. W starszych tradycjach, z którymi pracuję, runy nie były zadawane samemu sobie bez przygotowania. Był rytuał, było oczyszczenie, była intencja stawiana na trzeźwo. To nie była spontaniczna odpowiedź na lęk. Dzisiejsze podejście - ciągam, bo mi źle - jest dość odległe od tego źródła.
Przepraszam, że wchodzę, bo dopiero zaczynam z runami, ale chciałam zapytać o to przygotowanie, o którym mówi Dziewanna. Co to konkretnie znaczy w praktyce? Bo jak mam rozumieć 'oczyszczenie' przed pytaniem - to jest coś rytualnego, czy raczej po prostu wyciszenie się?
To mnie cofa do pytania z tytułu wątku, bo właściwie to jest jeden z argumentów za tym, żeby terapia była podstawą, nie runami. Bo terapeuta pomaga obniżyć tę panikę do poziomu, z którego pytanie jest już spokojniejsze. Nie wiem, czy to było zamierzone, ale ta kolejność, o której mówiła Gienia98 wcześniej - najpierw sesja, potem ewentualnie odczyt - ma tu swoje uzasadnienie.
Ja powiedziałam. Nie wszystko, ale tyle, żeby moja terapeutka wiedziała, że mam taką praktykę. Nie skomentowała ani krytycznie, ani entuzjastycznie. Zapytała tylko: 'co ci to daje?' I to było chyba najlepsze pytanie, jakie mogła zadać, bo sama nie miałam wtedy dobrej odpowiedzi.
To jest mocne. Poczucie, że nie jesteś sama z pytaniem - to nie jest funkcja runy, to jest funkcja relacji. I jeśli runa ją zastępuje, to sygnał, że gdzieś tej relacji brakuje. Nie oceniam, sama przez to przechodziłam.
Dla mnie ta granica to było pytanie: czy po odczycie czuję się spokojniejsza, czy tylko mniej głośno się boję? Bo to są dwie różne rzeczy. Spokój zostaje na kilka dni. 'Mniej głośny strach' wraca wieczorem i pytasz znowu.
Ale chwilę - czy my nie za bardzo psychologizujemy te praktyki? Runa to runa, jej znaczenie wynika z tradycji, nie z tego, jak się czuję po odczycie. Jeśli wyciągnę Berkano, to Berkano niesie swoje treści niezależnie od mojego stanu. Interpretacja może być skrzywiona, ale symbol jest stały.
Przepraszam, że dopytam, bo chcę dobrze zrozumieć - jeśli ktoś zadaje to samo pytanie kilka razy, to jak w ogóle decyduje, która odpowiedź jest 'ta'? Czy jest jakaś zasada, czy to też intuicja?
U mnie to zawsze była pierwsza. Taką miałem zasadę od początku - pierwsza runa w dniu, pierwsza odpowiedź. Ale to działa tylko wtedy, kiedy naprawdę jej słuchasz. Jak zaczynasz negocjować z pierwszą, to znaczy, że już za bardzo chcesz konkretnego wyniku i żadna kolejna ci nie pomoże.
Właśnie dlatego w starszych praktykach zasięganie runy w tej samej sprawie dwa razy pod rząd było czymś, czego się po prostu nie robiło. Nie dlatego, że 'runy się złoszczą', tylko dlatego, że powtórzenie pytania pokazuje, że pytający nie był gotowy pytać - jeszcze nie przerobił tego, co dostał.
Wróciłem do tego wątku po przerwie i widzę, że rozmowa doszła do miejsca, do którego zmierzałem kilka postów wcześniej. Ta dziura po zewnętrznym punkcie odniesienia - to jest chyba centralny problem całego pytania z tytułu wątku. Runy mogą wspierać terapię wtedy, kiedy terapeuta lub choćby własna refleksja pełni właśnie tę funkcję. Inaczej obie praktyki kręcą się bez zakotwiczenia.
To jest dobre pytanie i szczere. Forum ma swoje ograniczenia - nie widzimy siebie, nie wiemy, w jakim stanie ktoś pisze, nie ma ciągłości. Ale jest jedna rzecz, którą forum robi dobrze: wprowadza różne głosy. I czasem jeden z tych głosów trafi na coś, czego sami byśmy nie zauważyli. Czy to wystarczy zamiast terapii? Nie. Ale jako element - może.
Wracając trochę do tego, co powiedziała Dziewanna o zewnętrznym czynniku stawiającym granicę - mam wrażenie, że my jako praktykujące osoby rzadko rozmawiamy o tym, jak w ogóle budować taką granicę samodzielnie, jeśli nie mamy mistrza ani grupy. Czy ktoś ma jakieś konkretne praktyki, nie zasady, ale rzeczy, które robi, żeby nie pytać runy po raz trzeci w tej samej sprawie?
To, co pisze Jarzyna, jest dla mnie nowe i trochę mnie rozbija. Bo ja właśnie tak robiłam - wracałam do tego samego odczytu i 'doprecyzowywałam'. I szczerze mówiąc, myślałam, że to jest praca z runą, a nie unikanie odpowiedzi. Jak to w ogóle odróżnić?
Dokładnie to. I tu wchodzi znowu kwestia nastroju - bo jeśli wracam do odczytu w niepokoju, to jest praktycznie pewne, że wyciągnę z niego co innego niż rano. Nie dlatego, że runa ma inne znaczenie, tylko dlatego, że ja jestem gdzie indziej. I to jest trochę odpowiedź na tytuł tego wątku - psycholog może pomóc zobaczyć, skąd ten niepokój, zamiast dać mu wpłynąć na kolejny odczyt.
Właśnie powiedziałaś Celestyna coś, o czym rozmawiałam z terapeutką w kontekście wahadła. Ona zapytała mnie, w jakim stanie siadam do pytania. I ja zdałam sobie sprawę, że nigdy tego nie sprawdzałam - po prostu siadałam, bo miałam potrzebę. To był moment, kiedy zobaczyłam, że mój stan emocjonalny był praktycznie zawsze wejściem do praktyki, a nie czymś, co sprawdzam przed wejściem.
To, co opisuje Wandka, jest bliskie temu, co miałem na myśli, mówiąc o 'słuchaniu pierwszej odpowiedzi'. Bo jeśli zanim sięgniesz po runę, już wiesz, czego szukasz - to masz właściwie gotową odpowiedź i runa może tylko potwierdzać albo otwierać. Problem jest wtedy, kiedy szukasz potwierdzenia czegoś, czego się boisz, albo czegoś, czego bardzo chcesz. Te dwa stany wyglądają podobnie z zewnątrz.
Ale chwila - czy nie zakładamy zbyt wiele, że każdy, kto sięga po runę, jest w jakimś stanie emocjonalnego chaosu? Ja też zadaję pytania z ciekawości, z rutyny, bez żadnego ładunku emocjonalnego. Czy to oznacza, że takie odczyty są bardziej 'czyste'? Bo z tej rozmowy wychodzi, że praktyka bez silnego kontekstu emocjonalnego jest rzadkością, a nie sądzę, żeby tak było.
Czytam ten wątek od dłuższego czasu i chcę zapytać o coś może naiwnego - jeśli runa daje nam odpowiedź, której się boimy, a terapeuta mówi coś zupełnie innego, to co robimy? Bo to brzmi jak konflikt, który mógłby być bardzo dezorientujący. Czy ktoś miał taką sytuację?
I to jest chyba najważniejsza rzecz w tym wątku, którą można zabrać ze sobą - runa i terapeuta nie odpowiadają na to samo pytanie, nawet jeśli pozornie pytamy o to samo. Jedna pokazuje symbol, drugi rozmawia z człowiekiem. Konfliktu nie ma, jeśli nie stawiamy ich w jednym rzędzie. Ale to wymaga świadomości, której nie ma się automatycznie - i może właśnie o tym jest ten temat.
Mnie też to dotyczyło i długo nie umiałam tego rozdzielić. Dopóki nie zaczęłam traktować runy jako pytania do siebie, a nie odpowiedzi. Terapeuta daje mi język, runa daje mi obraz. I te dwie rzeczy mogą współistnieć bez walki.
