To, co mówi Celestyna, jest dla mnie bliskie. Ale mam jedno 'ale' - czy to nie jest zbyt komfortowe wytłumaczenie? Bo jeśli zawsze możemy powiedzieć, że runa i terapeuta działają na innym poziomie, to nigdy nie muszę konfrontować się z tym, że może po prostu szukam potwierdzenia jednego albo drugiego.
Dokładnie to miałem na myśli, kiedy pisałem o szukaniu układu, który by potwierdził terapeutę. To nie jest współpraca dwóch systemów - to jest używanie jednego do ucieczki od drugiego. I runy są do tego idealnym wehikułem, bo są wystarczająco otwarte interpretacyjnie.
Słucham tej wymiany i zastanawiam się nad czymś praktycznym - czy ktoś z was w ogóle mówi swojej terapeutce albo terapeucie, że pracuje z runami? Ja nigdy nie powiedziałam i teraz myślę, że może popełniam błąd, bo to są dwie oddzielne przestrzenie, które nigdy się u mnie nie spotykają.
Tu jest coś ważnego - to, jak opisujesz terapeucie swoje narzędzia, mówi ci też, jak ty sam je rozumiesz. Jeśli nie potrafisz tego powiedzieć bez poczucia, że musisz się bronić, to może warto sprawdzić, dlaczego. Nie dlatego, że to złe - tylko dlatego, że to jest sygnał.
Przepraszam, że wchodzę w środku, ale czytam ten wątek od dłuższego czasu i mam pytanie może z boku - czy wy macie poczucie, że runy działają inaczej, kiedy jesteście w dobrej kondycji psychicznej? Tzn. czy odczyty wtedy są prostsze, jaśniejsze? Pytam, bo u mnie tak jest i zawsze zastanawiałam się, czy to znaczy, że 'lepiej' losuję, czy po prostu inaczej interpretuję.
Ja mam dokładnie to samo co Oksanka. I doszłam do wniosku, że nie chodzi o runę, tylko o to, że kiedy jestem spokojniejsza, mniej nakładam na symbol tego, czego się boję. Symbol jest ten sam, ale ja jestem bardziej przezroczysta.
To, co mówi Celestyna, wraca do pierwotnego pytania w tym wątku - o nastrój i neutralność. I myślę, że 'neutralność' to trochę fałszywy cel. Nikt nie jest neutralny. Pytanie brzmi raczej: czy jestem świadoma tego, co wnoszę do odczytu? Bo świadomość nie usuwa nastroju, ale zmienia relację z nim.
I tu właśnie, jak dla mnie, runy i terapia najbardziej się ze sobą spotykają - w budowaniu tej świadomości. Terapeuta pyta: co czujesz? Runa pyta: co widzisz? I jeśli prowadzę oba te procesy równolegle i uczciwie, to jedno zaczyna rozmawiać z drugim. Przynajmniej u mnie tak działa.
To, co napisał Hydromanta87 na końcu - że jedno zaczyna rozmawiać z drugim - brzmi pięknie, ale chciałam zapytać konkretnie: jak to wygląda u ciebie w praktyce? Tzn. czy masz jakiś moment w tygodniu, kiedy świadomie zestawiasz to, co powiedział terapeuta, z tym, co pojawiło się w odczycie? Czy to raczej dzieje się samo?
Nie ma żadnego ustalonego momentu, to byłoby za bardzo wymuszone. Raczej zauważam, że jakiś temat zaczyna się powtarzać - raz go poruszam na sesji, raz wyciąga mi go runa. I wtedy po prostu wiem, że to nie przypadek. Chociaż 'wiem' to może za mocne słowo - raczej czuję, że warto się przy tym zatrzymać.
A czy nie jest tak, że to 'czucie' jest właśnie tym miejscem, gdzie możesz się łatwo pomylić? Pytam poważnie, nie złośliwie - bo jeśli coś się powtarza, to może powtarza się dlatego, że ty to przyciągasz, a nie dlatego, że temat jest naprawdę kluczowy. Tarot ma ten sam problem.
Ale tu jest pułapka, którą warto nazwać wprost: jeśli używam terapeuty jako weryfikatora run, to zmieniam relację terapeutyczną w coś, czym nie jest. Terapeuta nie ma oceniać, czy moja runa była trafna. On ma pracować ze mną. To są fundamentalnie różne zadania.
Chcę wrócić do pytania, które zadałam wcześniej, bo nie do końca dostałam odpowiedź - czy to, że jesteśmy w gorszym stanie emocjonalnym, sprawia, że runy 'kłamią', czy raczej że my gorzej je czytamy? Bo to jest dla mnie ważna różnica i chyba dotyczy też wahadła, o którym ktoś wspominał na początku wątku.
Słucham tego i mam wrażenie, że kręcimy się wokół czegoś, co można by ująć prosto: czy system, który interpretuję ja, sam dla siebie, w momencie kiedy jestem w kryzysie emocjonalnym - jest w ogóle wiarygodnym źródłem informacji o moim kryzysie? Bo to jest w zasadzie pytanie o każde wróżenie, nie tylko o runy.
Właśnie o to chodzi i myślę, że tutaj terapia i runy mają podobny problem - obie metody mogą być wypaczone przez stan, w którym jesteśmy. Różnica jest taka, że terapeuta jest zewnętrzny. Może mnie zapytać: 'skąd ta interpretacja?'. Runa tego nie zapyta.
To, co opisuje Wandka_61, przypomina mi coś, co robiłam przy pracy z ziołami - prowadziłam notatki o porze dnia, fazie księżyca, swoim stanie. I dopiero po czasie widziałam, co naprawdę ma wpływ, a co mi się tylko wydawało. Z runami jest tak samo - potrzebujesz danych, żeby cokolwiek ocenić.
Przepraszam, że może trochę nie na poziomie tej rozmowy, ale ja mam jedno pytanie - czy runy w ogóle powinny być używane samodzielnie przez osobę, która jest w trakcie terapii? Tzn. czy nie ma ryzyka, że to może namieszać? Pytam, bo dopiero zaczynam się tym interesować i trochę się obawiam.
I tu wracamy do sedna całego wątku - bo to pytanie Jadwisi_F jest w zasadzie tym, od czego zaczęliśmy. Czy runy mogą być wsparciem obok terapii. I po tej całej rozmowie moja odpowiedź jest nadal 'tak, ale pod warunkiem'. Pod warunkiem, że wiem, po co ich używam, że nie zastępują rozmowy z terapeutą i że jestem w stanie zauważyć, kiedy używam ich do ucieczki.
A ja mam pytanie do wszystkich, bo cały czas tego szukam - jak wy w praktyce rozpoznajecie ten moment, kiedy odczyt przestaje być wglądem, a zaczyna być ucieczką? Jakiś konkretny sygnał? Dla mnie to jest najtrudniejsza część i nie znalazłam na to dobrej odpowiedzi w żadnej książce.
Losowanie dalej aż do skutku - to znam z autopsji i to jest właśnie ten moment, o którym mówi Gienia98. Jak zaczynam drugi raz losować bo mi się 'nie zgadza', to już nie szukam wglądu. Szukam usprawiedliwienia.
To, co opisuje Wandka_61, jest w sumie odpowiedzią na pytanie Gieni98 - sygnał nie zawsze jest czytelny w trakcie, wychodzi w refleksji. I tu jest ta różnica z terapią: terapeuta może ci zadać pytanie w tej samej chwili, nie po tygodniu.
I właśnie dlatego zawsze mówię, że runy w kryzysie emocjonalnym to wysokie ryzyko. Nie że nie wolno - ale trzeba wiedzieć, że wtedy odczyt ma duże szanse być projekcją, a nie odczytem. To są dwie różne rzeczy i warto je odróżniać.
Właśnie to pytanie mnie zatrzymuje. Myślę, że nie ma metody, która to rozróżni w czasie rzeczywistym. Jest tylko praktyka z czasem - uczysz się swojego własnego 'podpisu' kryzysu po wielu odczytach i dopiero wtedy możesz zacząć to rozpoznawać.
Dodam, że przy każdej nowej praktyce ten okres bez historii jest nieunikniony. Przy pracy z ziołami też przez pierwszy rok robiłam błędy, których nie byłam świadoma, bo nie miałam punktu odniesienia. Zapis jest jedynym wyjściem.
I tu wracam do oryginalnego pytania z tytułu, bo mi się wydaje, że właśnie do tego doszliśmy - runy mogą być wsparciem obok terapii, ale wymagają pewnego minimalnego poziomu samoświadomości. Bez niej łatwiej zaszkodzą niż pomogą, szczególnie w gorszym okresie.
Ale jak określić ten 'minimalny poziom'? Brzmi jak coś sensownego, ale w praktyce każdy powie, że go ma. Czy jest jakaś konkretna granica, od której można zacząć bezpiecznie pracować?
Czytam tę rozmowę od dłuższego czasu i mam wrażenie, że wszyscy tu zakładają, że terapia jest dostępna. A co z osobami, które nie mają dostępu albo z różnych powodów jej nie chcą? Czy wtedy runy są tym gorszym substytutem, czy po prostu jedyną opcją?
