Dokładnie tak jak Sliwka to opisała - to może być etap przejściowy. Sama zaczynałam od bardzo konkretnych bodźców, bo bez nich głowa uciekała za szybko. Ale właśnie o to chodzi w tej technice - żeby stopniowo mieć coraz mniej zewnętrznych punktów oparcia i zostać tylko z własnym ciałem. Kamień, trawa - okej na start. Ale jeśli po miesiącach nadal nie możesz bez kamienia, to warto się zastanowić, czy to kotwiczenie czy uzależnienie od rekwizytu.
No ale jak to poznać ze juz mozna odlozyc kamien? Tzn po czym widac ze jest sie gotowym do medytacji bez niego? Czy mozna to tez poczuc czy to bardziej widac z zewnatrz?
Oj to dla mnie jeszcze bardzo daleka perspektywa, bo ja nadal przy każdym siedzeniu zaczynam myśleć o tym co mam do zrobienia i strasznie trudno mi w ogóle wejść w jakiś spokój. Stefcia04 pisała wcześniej o tym że po medytacji rzeczy wyglądają wyraźniej - mam to sobie traktować jako cel do którego dążę, czy to może przyjść znienacka?
Dobra, ale ja mam konkretny problem - za każdym razem jak próbuję skupić się na stopach to po może minucie zaczyna mnie swędzieć nos albo coś inni mi uwagę. Czy to jest normalne czy coś jest ze mną nie tak?
Drapiesz nos i wracasz, bez dramatu. To nie jest porażka, to jest właśnie ta praca - zauważyć, że się odpłynęło, i wrócić. Liczy się powrót, nie to, że się nie odpłynęło. Szczerze, gdyby ktoś powiedział mi to na samym początku, zaoszczędziłabym sobie miesięcy frustracji.
Ale jak to jest z tym wracaniem - jeśli ciągle się odpływa i wraca, odpływa i wraca, to czy w ogóle gdzieś się dociera? Mam poczucie, że jeśli przez 15 minut sto razy wróciłem do kotwicy, to ta sesja to było 15 minut walki, a nie medytacji.
Tylko że przy siłowni widać efekty - mięśnie rosną. Przy medytacji skąd wiadomo, że te sto powrotów cokolwiek buduje? Czy jest jakiś moment, gdzie faktycznie odpływasz rzadziej? Bo to chyba byłby mierzalny efekt.
To brzmi bardzo praktycznie i jakoś mnie to uspokaja, bo myślałam że muszę dojść do jakiegoś stanu zero-myśli a to w ogóle chyba nie o to chodzi? Czy dobrze rozumiem, że w tej medytacji zakotwiczającej w ogóle nie ma takiego celu jak 'pusty umysł'?
O, to naprawdę zmienia moje podejście do całej tej praktyki! Bo ja siedziałam i za każdym razem myślałam, że robię to źle właśnie dlatego, że myśli mi cały czas leciały. Wielkie dzięki za to wyjaśnienie, naprawdę.
To jeszcze mam pytanie bo jakoś nie rozumiem - jeśli chodzi o powrót do kotwicy, to czy ta kotwica musi być zawsze ta sama? Tzn. czy na każdej sesji mogę wybrać inną, czy to zaburza jakiś efekt?
A propos tego 'punktu orientacyjnego' - czy każda część ciała sprawdza się jednakowo jako kotwica? Bo rozumiem, że stopy są popularne, ale może dla kogoś lepiej działa coś innego, na przykład dłonie albo okolice brzucha?
Ja mam zupełnie inne doświadczenie z brzuchem - dla mnie to było za mało konkretne. Nie wiedziałam, czy skupiam się na ruchu, na cieple, na napięciu... Stopy miały tę zaletę, że są gdzieś dalej od głowy i to pomagało mi symbolicznie 'zejść' z myśli.
A czy te stopy to tez dziala jak sie lezy? Bo ja czesto medytuję wieczorem przed snem i trudno mi siedziec wyprostowanej, wolę lezec. Tylko ze potem zawsze zasypiam i nie wiem czy to jest ok czy nie.
To trochę irytujące, bo wydawałoby się, że pozycja nie powinna mieć aż takiego znaczenia. Jak umysł ma decydować czy śpimy czy medytujemy skoro ciało leży tak samo? Czy to faktycznie tylko kwestia przyzwyczajenia ciała czy jest coś więcej za tym?
Ciało naprawdę zapamiętuje konteksty. Leżenie wieczorem oznacza dla niego odpoczynek, więc świadomość po prostu odpuszcza. Stąd tradycyjne zalecenie siedzenia - nie dlatego, że jest wygodniej, tylko dlatego, że to mniej znany sygnał dla układu nerwowego.
To ja się dopytam bo mnie to dotyczy - jeśli ktoś naprawdę ma problem z bólem pleców i siedzenie przez dłużej niż kilka minut sprawia fizyczny ból, to co wtedy? Czy ta medytacja jest w ogóle dostępna czy trzeba sobie odpuścić?
Zgadzam się z tym co napisała Stefcia04 i dodam, że znałam osoby, które medytowały w wózku inwalidzkim i nikt nie powie, że ich praktyka była mniej prawdziwa. Skupienie na kotwicy to jest istota, nie geometria ciała.
To dla mnie ulga bo też mam bóle kręgosłupa i bałam się, że będę gorsza w tej medytacji albo że to w ogóle nie dla mnie. Mogę jeszcze zapytać - czy przy fotelu też polecacie stopy jako kotwicę, czy może lepiej coś innego?
Wracając do tego co mówiła Berkana wcześniej o przyspieszaniu momentu łapania odpłynięcia - czy to znaczy, że ta uważność z medytacji zaczyna się przenosić do codzienności? Tzn. czy poza samą sesją też szybciej łapiesz się na tym, że odpłynęłaś myślami?
Czyli to nie chodzi tylko o samą medytację, ale o zmianę w tym jak działasz na co dzień? Bo jakoś miałam takie poczucie, że efekty zostają w tej poduszce, że tak powiem, i kończą się razem z sesją.
To bardzo częste przekonanie i zrozumiałe skąd się bierze. Ale medytacja to trening, tak jak bieganie. Nie stajesz się silniejszy tylko w trakcie biegu, tylko dlatego, że regularnie biegasz. Tutaj trenujesz uwagę i to umiejętność, którą nosisz ze sobą.
Ale czy ktoś jest w stanie powiedzieć ile czasu zajmuje zanim te efekty w codzienności w ogóle się pojawią? Bo słyszę że tak jest, ale nie wiem czy mowa o tygodniach, miesiącach, czy latach.
U mnie pierwsze takie momenty świadomości poza sesją pojawiły się może po trzech tygodniach regularnej praktyki. Ale to były bardzo subtelne rzeczy, nie jakieś przełomy. I bardzo nieregularnie. Dopiero po kilku miesiącach zaczęłam to traktować jako coś stałego, a nie przypadkowego.
A jak czesto trzeba medytowac zeby to dzialalo? Bo ja robie to moze raz na kilka dni i zastanawiam sie czy to wystarczy czy potrzeba codziennie. I czy ta kotwica w stopach dziala tez jak sie robi rzadziej?
Ojej, to jest coś co bardzo rozumiem, Helenka. Ja też mam taki problem i właśnie dlatego zaczęłam szukać czegoś co mogłoby pomóc. Mogę zapytać Stefcię - czy medytacja zakotwiczająca jest akurat do tego dobra, czy jest coś lepszego na to rozkojarzenie?
Na rozkojarzenie to właśnie ta technika działa wyjątkowo dobrze, bo cały jej mechanizm polega na ćwiczeniu powrotu uwagi. Nie chodzi o to żeby uwaga nie odpływała, bo zawsze będzie odpływać. Chodzi o to, żeby coraz krócej trwało zanim wrócisz. I to przekłada się bezpośrednio na codzienne funkcjonowanie.
A czy podczas samej sesji trzeba jakoś reagować, kiedy się zauważy odpłynięcie? Tzn. czy jest jakiś sposób na powrót do kotwicy, czy po prostu... wracasz i tyle? Bo mam wrażenie że za każdym razem jak łapię się na myśleniu o czymś innym, to zaczyna mi się kręcić głowa od tego wracania i odpływania.
