To jest klasyczna pułapka i nie tylko twoja, Mlecznia. Ten komentarz to jest kolejna myśl, tyle że o medytacji. Umysł jest sprytny i produkuje myśli nawet na temat tego, że produkuje myśli. Kotwica ma właśnie służyć temu, żeby nie wchodzić w tę pętlę tylko po prostu wracać.
A skąd w ogóle wiadomo, że powrót był 'dobry', jeśli nie można go oceniać? Tzn. jeśli rezygnuję z oceny, to jak mam wiedzieć, że praktykuję poprawnie, a nie tylko siedzę i myślę o czymś zupełnie innym?
Ale jak to możliwe że nigdy nie jest się przy kotwicy cały czas? Tzn. mam rozumieć, że nawet zaawansowani mają te odpłynięcia? Bo wydawało mi się że chodzi o to, żeby w końcu siedzieć i nie myśleć w ogóle o niczym.
To mnie bardzo uspokaja bo mam dokładnie ten problem - siadam, staram się skupić na stopach, i po chwili jestem gdzieś zupełnie indziej. Myślałam, że jestem do tego po prostu niezdolna. A to chyba jednak normalne?
Tak, Madzialena, to jest absolutnie normalne i tak właśnie powinno wyglądać. Jeśli zauważasz, że odpłynęłaś, to znaczy że medytacja działa - bo to właśnie jest ten moment uważności. Problem byłby, gdybyś w ogóle nie zauważała.
A powiedz mi, Stefcia, bo dalej nie do końca rozumiem - czy ta kotwica w stopach to jest coś, co trzeba czuć naprawdę fizycznie? Bo ja czasem siadam i staram się skupić na stopach, ale nie czuję nic szczególnego i zastanawiam się czy to znaczy, że coś robię źle.
Nie musisz czuć czegoś intensywnego, żeby to działało. Wystarczy skierować uwagę w tamtym kierunku. Nawet jeśli czujesz tylko ciepło, czy kontakt podeszwy z podłogą, to już wystarczy. Intensywne odczucia to nie jest cel ani warunek.
Dodam tylko, że u niektórych osób czucie fizyczne w stopach faktycznie jest słabsze i wtedy można spróbować lekko je docisnąć do podłoża na początku, żeby dać umysłowi coś wyraźniejszego do uchwycenia. Nie jako ćwiczenie siłowe, tylko taki sygnał startowy.
Chciałem zapytać o coś innego, bo to mnie trochę nurtuje od początku tego wątku. Ta cała metafora kotwicy brzmi logicznie, ale czy ktoś z was miał moment, że ta kotwica po prostu... nie działała? Tzn. siedziałeś, skupiałeś się na stopach, i mimo to byłeś mentalnie zupełnie gdzie indziej i w ogóle nie pomagało?
Szczerość szczerością - trochę upór, trochę ciekawość. I jakieś takie przeczucie, że może jednak coś jest na rzeczy tylko ja robię to za krótko. Ale po kilku tygodniach rzeczywiście coś się zaczęło zmieniać, więc przeczucie mnie nie myliło.
To właśnie mnie zastanawia - jak rozpoznać że coś się zmienia? Bo rozumiem że zmiany są subtelne, ale skąd wiadomo że to medytacja, a nie po prostu przypadek albo że akurat miałam spokojniejszy tydzień?
Szczerze? Nie zawsze da się rozróżnić i to jest właśnie ta trudna część. Ale z czasem zaczęłam zauważać konkretne rzeczy - na przykład że w sytuacji, która wcześniej mnie rozkręcała, reagowałam inaczej. I to nie był spokojny tydzień, to był konkretny moment, który wcześniej wyglądałby inaczej.
Ale ile czasu to trwa zanim widać cokolwiek? Bo już trzeci tydzień siedzę i szczerze nic nie czuję żeby cokolwiek się zmieniało. To jest frustrujące.
Pięć minut dziennie wystarczy żeby zacząć i nie zrezygnować. Ale to nie znaczy, że po dwóch tygodniach poczujesz gruntowną zmianę. To trochę jak z ćwiczeniami fizycznymi, nie?
Ale czy w przypadku tej konkretnie techniki, tej zakotwiczającej, czas sesji aż tak bardzo wpływa na to, czy w ogóle działa? Bo to nie jest medytacja głęboka, to jest właśnie coś krótkiego i doraźnego, przynajmniej tak to rozumiałam.
Mniej więcej tak. Chęć wstania to impuls jak każdy inny, jak myśl czy emocja. Zakotwiczenie polega na tym, żeby ten impuls zauważyć i nie iść za nim. Kotwica ma właśnie trzymać, a nie sprawiać, że nie ma żadnych impulsów.
Dobra, ale skoro już tu jesteśmy - ta technika z tymi stopami, o której rozmawialiśmy wcześniej, to jest chyba jeden ze sposobów zakotwiczenia, prawda? Chcę się upewnić, że dobrze rozumiem o czym rozmawiamy, bo czytam ten wątek od początku i trochę mi się pojęcia mieszają.
A jak kogos rozprasza wlasnie ten dotyk? Bo mi czasem jak skupie sie na rekach to zaczynam mysclec o rekach, o tym ze je czuje, i to jest bardziej rozpraszajace niz inne mysli.
Normalne i bardzo częste. Uwaga skierowana na doznanie potrafi je amplifikować. Helenka, to nie znaczy, że robisz źle, to znaczy, że twój umysł jest bardzo aktywny i zaraz za bodźcem idzie interpretacja. Z czasem ta przerwa między czuciem a myśleniem o czuciu się wydłuża.
Przepraszam, że wchodzę, bo medytacja to nie jest moja główna działka, ale słucham tej rozmowy i zastanawia mnie jedno: czy ta technika zakotwiczająca to jest coś, co można robić bez żadnego przygotowania, na przykład w środku stresu, czy raczej trzeba być wcześniej w jakimś stanie żeby to zadziałało?
Tylko że jak człowiek jest naprawdę w środku kryzysu, to czy w ogóle pamięta żeby po tę technikę sięgnąć? Mnie się wydaje, że to jest trochę błędne koło - ćwiczysz kiedy jest spokój, a kiedy naprawdę potrzebujesz to zapominasz.
No to ile tego ćwiczenia potrzeba zanim stanie się nawykiem? Bo to znowu wychodzi na to, że trzeba czekać nie wiadomo ile.
Madzialena, właśnie że to jest wyczuwalne. Zaczęłam to zauważać kiedy weszłam w stresującą sytuację i dopiero po chwili zorientowałam się, że już oddycham inaczej i czuję stopy na podłodze. Nie było decyzji, ciało to zrobiło. To jest ten moment, o którym Komecik mówi.
Ok, ale ile dla ciebie trwało zanim to się stało? Mówię o tym pierwszym razie, kiedy to zadziałało bez myślenia.
Szczerze? Nie pamiętam dokładnie, bo nie prowadziłam żadnego dziennika. Myślę że kilka miesięcy regularnej praktyki, ale były też tygodnie przerwy. Nie chcę ci dawać liczby, bo moja liczba nic ci nie powie o twojej.
Ojej, kilka miesięcy to brzmi jak dużo, ale chyba faktycznie każdy jest inny. Stefcia, a czy w tym czasie kiedy ćwiczyłaś, to robiłaś tylko tę technikę zakotwiczającą, czy też inne medytacje przy okazji?
Kilka razy dzinennie to duzo jak dla mnie, bo ja zapoaminam nawet o jednej. Czy jakies jest sposob zeby sie sobie przypomninac?
