Chciałam napisać o czymś, co praktykuję od jakiegoś czasu i co według mnie jest mocno niedoceniane w tej kategorii - medytacja zakotwiczająca, czyli taka, której celem jest dosłownie zakotwiczyć się w teraźniejszości, nie tylko wyciszyć głowę. Chodzi o coś więcej niż samo śledzenie oddechu. Podstawa tej techniki to praca z ciałem fizycznym jako punktem odniesienia - czujesz stopy na podłodze, ciężar ciała na krześle czy macie, nacisk rąk na udach. To nie jest żadna wyobraźnia ani wizualizacja, tylko czyste bycie w ciele TU i TERAZ. Zaczęłam to stosować przy momentach, kiedy mój umysł totalnie odpływał podczas dłuższych sesji i naprawdę poczułam różnicę. Ciekawi mnie, czy ktoś z was ma podobne doświadczenia albo stosuje jakieś własne wariacje tej techniki?
Ja słyszałam o tej technice przy okazji pracy z czakrą korzenia, że podobno takie ugruntowanie bardzo ją wzmacnia. Ale nie bardzo wiem, jak to się ma do samej medytacji - czy to jest coś, co robi się na początku sesji jako rodzaj wstępu, czy przez całą medytację skupiasz się na tych odczuciach z ciała?
Znam tę technikę pod trochę inną nazwą - grounding meditation. Sama stosuję coś podobnego przed rozkładaniem tarota, żeby nie wchodzić w odczyt z głową pełną myśli. Ale ciekawi mnie jedna rzecz - piszesz o pracy z ciałem jako punktem odniesienia. Czy według ciebie to działa tak samo dobrze dla osób, które mają dużo napięcia w ciele, bo mi się wydaje, że u takich osób skupienie na odczuciach fizycznych może wręcz wzmagać dyskomfort zamiast kotwić.
To bardzo ciekwe, bo ja też próbowałam takich metyacji i zawsze mi się głowa kręci od myśli. Czy to znaczy ze nie umiem albo ze ta metoda nie jest dla wszystkch? Słyszałam ze niektóre osoby po prostu nie moją się skupić na ciele.
Powiem szczerze, że podchodzę do tego z pewną rezerwą. Medytacja zakotwiczająca brzmi jak zwykłe ćwiczenie uważności z kursów mindfulness dla korporacji, nie wiem, czemu ma to być jakoś szczególna technika. Czym to się konkretnie różni od zwykłej medytacji skanowania ciała?
Ja to widzę trochę z innej perspektywy, bo w pracy z energią, przy bioenergoterapii, ugruntowanie to absolutna podstawa przed każdą sesją. Bez tego człowiek po prostu odpływa. Ale nie do końca rozumiem - czy ta medytacja zakotwiczająca, o której piszesz, ma jakiś element pracy z energią, czy to czysto fizyczne?
Ale czy to nie jest tak, że jeśli skupiamy się tylko na ciele fizycznym, to blokujemy wyższe czakry i uniemożliwiamy sobie głębsze doświadczenia podczas medytacji? Zawsze myślałam, że takie ugruntowanie to coś, co robi się po sesji, żeby zejść na ziemię, a nie przed albo w trakcie.
Bardzo wam dziękuję za ten wątek, bo szukałam czegoś właśnie takiego! Mam pytanie do autorki tematu - jak długo ćwiczyłaś, zanim poczułaś prawdziwy efekt? Bo ja zawsze po kilku minutach zaczynam myśleć o tym, co mam do zrobienia i zupełnie tracę skupienie.
Chciałam zapytać o jedną rzecz, bo to mi nie daje spokoju. Piszesz o stopach, o ciężarze ciała - ale co, jeśli ktoś medytuje leżąc? Czy wtedy punktem kotwiczenia może być np. plecy przy macie albo cokolwiek innego?
Wchodzę tu trochę od innej strony, bo słyszałem o ugruntowaniu głównie w kontekście stanów dysocjacji, gdzie psychiatrzy i psychologowie uczą podobnych technik. Czy to jest to samo, tylko pod inną nazwą, czy między duchowym ugruntowaniem a tym klinicznym jest jakaś istotna różnica?
A czy ktos probował to łączyć z kaminami, bo czytałam że turmalin czarny pomaga się uguntować i zastnawiałam się czy trzymanie go podczas medtacji zakotwiczającej ma sens?
O, właśnie znalazłam ten wątek i tak się cieszę, że ktoś poruszył temat kamieni przy medytacji! Dzięki Sliwka za odpowiedź o turmalinie, bo właśnie miałam podobne pytanie. Mam taki czarny turmalin od dłuższego czasu i nie wiedziałam co z nim robić poza trzymaniem na półce.
A jak długo trzeba trzymać ten turmalin? Bo nie wiem czy przez cała medytacje czy tylko na poczatku jak sie ugruntowujemy?
Też jestem ciekawa co Berkana ma na myśli, bo zawsze słyszałam że do uziemienia służy kilka kamieni - hematyt, obsydian, turmalin właśnie. Czy przy medytacji zakotwiczającej jedna jest lepsza od drugiej?
Sama używam hematytu i turmalinu wymiennie, szczerze nie czuję dużej różnicy między nimi pod kątem uziemienia. Ale wracając do sedna - czy kamień w ogóle jest potrzebny do tej techniki? Stefcia04 pisała przecież o stopach, ciele, oddechu. Kamień to chyba bardziej gadżet wspomagający niż konieczność?
Dokładnie to chciałam powiedzieć. Kamień nie jest żadnym warunkiem. Sama przez dłuższy czas robiłam tę medytację zupełnie bez żadnych dodatków i działało. Jeśli ktoś lubi mieć coś w dłoni - kamień, ciężki przedmiot, cokolwiek - to może pomóc, ale to tylko jeden z wielu możliwych punktów kotwiczenia, nie żaden wymóg.
Okej, rozumiem logikę z kamieniem jako punktem skupienia, to akurat ma sens nawet z czysto świeckiej perspektywy. Ale mam inne pytanie do całej dyskusji - czy ta technika ma w ogóle działać szybko, czy to jest coś, co daje efekty dopiero po tygodniach? Bo czytam i mam wrażenie, że jedni piszą o natychmiastowym efekcie, inni o kilku tygodniach ćwiczeń.
Ale czy to, że rzeczy wyglądają wyraźniej, nie może być po prostu efektem zamknięcia oczu na kilka minut, a nie efektem samego ugruntowania? Nie staram się podważać, tylko naprawdę nie wiem, jak odróżnić efekt tej konkretnej techniki od zwykłego wypoczynku.
Uczciwie - nie da się tego rozdzielić w sposób laboratoryjny. Ale z doświadczenia mogę powiedzieć, że kiedy próbowałam siedzieć w ciszy bez żadnej techniki, głowa mi bardziej chodziła niż przy aktywnym kotwiczeniu. Czy to dowód? Nie. Ale jakaś wskazówka.
To co mówi Komecik jest dla mnie kluczowe. Sama zrobiłam taki eksperyment - przez tydzień siedziałam w ciszy bez techniki, przez kolejny z kotwiczeniem. Różnica w tym, ile razy łapałam się na planowaniu kolacji zamiast bycia tu i teraz, była wyraźna. Ale nie twierdzę, że to działa tak samo u każdego.
To wszystko brzmi jak coś, co wymaga miesięcy prób i błędów. Czy nie ma jakiegoś szybszego sposobu żeby to ugrunowanie poczuć od razu? Pytam serio, bo mam mało czasu na długie eksperymenty.
Ja mam pytanie bo sie zastnawiałam - czy mozna robić te medytacje zakotwiczajace na dworze, np na trawie? Czy lepiej w domu? Bo czytałam że kontkat z ziemia ma znacznie.
Na trawie jak najbardziej można i to może być nawet bardziej intensywne doświadczenie, bo masz bezpośredni kontakt z podłożem. Earthing to trochę inna rzecz - tam chodzi o bezpośredni kontakt elektryczny ze skórą ziemi, co jest bardziej fizjologiczne. Medytacja zakotwiczająca może się przy tym odbyć, ale nie musi być z nim połączona. To dwie różne warstwy tego samego kierunku.
Ojej, nie wiedziałam że earthing to coś innego! Czyli jak siedzę boso na trawie i robię tę medytację zakotwiczającą, to właściwie łączę dwie różne rzeczy naraz? Czy to jest okej, czy lepiej je rozdzielić?
Łączysz, ale niekoniecznie to problem. Pytanie raczej, po co to robisz. Bo jeśli zależy ci na samej technice kotwiczenia - skupieniu na ciele i oddechu tu i teraz - to bose stopy na trawie mogą tylko wzmocnić doznanie sensoryczne. Kontakt z chropowatą trawą jest konkretnym bodźcem, na którym można się skupić zamiast na stopach na podłodze. Więc raczej tak, łączysz, ale to nie musi być wada.
To jest naprawdę trafna obserwacja i to jest jeden z błędów, który widzę najczęściej u osób zaczynających. Technika kotwiczenia ma działać właśnie przez prostotę - jeden punkt, jedno odczucie. Jak zaczniemy dorzucać kamień, trawę, dźwięk natury i jeszcze jakąś afirmację, to zamiast zakotwiczenia mamy chaos. Jedna kotwica, nie dziesięć.
Ale czy to nie zależy od człowieka? Bo mam wrażenie, że niektóre osoby potrzebują więcej bodźców żeby w ogóle cokolwiek poczuć, a inne wystarczy że siedzą i oddychają. Czy naprawdę jedna zasada działa dla wszystkich?
