To z tą spiralą myślenia to mnie trafia. Czy to jest coś co zauważacie bardziej po grupie czy po samotnej praktyce? Bo ja mam wrażenie że po grupie jestem spokojniejsza przez kilka dni ale potem wracam do punktu wyjścia, a po samotnej sesji efekt jest słabszy ale jakoś trwalszy. Nie wiem czy to ma sens.
Mam pytanie może trochę nie w tę stronę ale mnie ciekawi. Mówicie o grupie i o samotnej praktyce jak o dwóch osobnych kategoriach. A co z medytacją prowadzoną przez nagranie albo aplikację? To jest bardziej samotna bo fizycznie jesteś sama, czy bardziej grupowa bo ktoś cię prowadzi? Nigdy nie wiem jak to traktować.
Słucham tej rozmowy i mam wrażenie że powoli dochodzimy do wniosku że każda forma ma sens w innym celu. Grupowa do wejścia, samotna do pogłębiania, prowadzona do regularności. Ale czy ktoś z was próbował przez jakiś dłuższy czas tylko jednej formy i celowo wykluczył pozostałe, żeby zobaczyć co się dzieje?
To jest paradoks który rozumiem choć z drugiej strony. Ja przez długi czas chodziłem tylko na grupę i kiedy próbowałem usiąść sam to też była jakaś dezorientacja. Jakby brak tej struktury grupowej sprawiał że nie wiedziałem kiedy zacząć, kiedy skończyć, skąd wziąć ten spokój. Więc może każda forma wytwarza jakąś zależność?
To słowo zależność trochę mnie zatrzymuje. Bo zależność od medytacji grupowej brzmi jak problem, ale zależność od porannej kawy żeby zacząć dzień nikomu nie przeszkadza. Gdzie jest granica między rytuałem a uzależnieniem w kontekście praktyki?
Czytam ten wątek od początku i nigdzie nie padło pytanie które mnie nurtuje. Czy ktoś z was miał na grupie moment kiedy chciał przerwać albo wyjść ale nie wyszedł bo siedzieli inni? I czy takie dotrwanie przez cudzą obecność jest wartościowe czy jest to tylko przymus?
Właśnie to rozróżnienie między trwaniem z uważnością a trwaniem z honoru wydaje mi się kluczowe dla całego tematu grupy kontra samotna praktyka. Bo w grupie nie wiesz czy siedzisz bo chcesz, bo się wstydzisz wstać, czy bo ta cicha presja innych naprawdę cię podtrzymuje. Samotnie wiesz przynajmniej tyle, że nikt na ciebie nie patrzy.
A czy to musi być takie czyste rozróżnienie? Znaczy czy motywacja musi być stuprocentowo czysta żeby efekt był wartościowy? Mnie na początku grupy podtrzymywało głównie to że inni siedzą. Nie powiedziałbym że to było jakoś szlachetne. Ale właśnie przez to wielokrotne dotrwanie z tej głupiej presji społecznej nauczyłem się jak to jest siedzieć mimo dyskomfortu. Nie wiem czy nauczyłbym się tego sam.
To z tymi dialektami to bardzo trafne określenie. Ja sama zauważam że po grupie mam jakby więcej przestrzeni w głowie przez kilka dni, a po samotnej sesji mam wrażenie że lepiej rozumiem co się ze mną dzieje. Jakby jedno daje szerokość a drugie głębię. Ale może to tylko moje wyobrażenie o tym.
Weronka ma rację że trudno to oddzielić, ale myślę że sam czas bez bodźców nie wystarczy. Byłam na kilku rekolekcjach gdzie przez kilka dni nie było telefonów, ciszy było mnóstwo, a i tak część ludzi wracała bardziej nakręconych niż przed wyjazdem. Sam brak zakłóceń nie robi tej roboty. Coś w intencji i w strukturze musi być.
Słuchajcie, wracam do tego co Cesarzowna97 pytała wcześniej o dotrwanie przez cudzą obecność. Ja miałam takie sytuacje na grupie że chciałam wyjść ale zostałam, i potem okazywało się że właśnie ta ostatnia część sesji była dla mnie najbardziej intensywna. Nie wiem czy to przypadek czy jest w tym jakaś prawidłowość. Ktoś miał podobnie?
Właśnie o to mi chodziło kiedy pytałam. Bo mnie to przydarzyło się raz i nie wiedziałam co z tym zrobić. Z jednej strony czułam że coś ważnego się wydarzyło, z drugiej myślałam że może bym to samo przeżyła na kolejnej sesji gdybym wtedy wyszła. Nie ma jak sprawdzić.
To co Morganitka opisuje znam ze swojego doświadczenia z grupą. Ta ostatnia część kiedy już chcesz żeby się skończyło a jeszcze trwa, to jest jakiś próg. Ale czy ten próg istnieje dlatego że jesteś w grupie, czy po prostu dlatego że sesja jest wystarczająco długa? Samemu nigdy nie siedzę tak długo żeby to sprawdzić.
To co Emilian opisuje to jest dosyć klasyczny problem z samodzielną praktyką i nie ma w tym nic wyjątkowego. Ale mam pytanie: czy próbowałeś kiedyś nie ustawiać timera i po prostu siedzieć bez żadnego punktu końca? Rozumiem że brzmi to chaotycznie, ale dla niektórych właśnie brak granicy jest wyzwalający a nie dezorientujący.
Felicjan, ale jak ktoś nie ma żadnego doświadczenia z długimi sesjami, to siedzenie bez timera i bez grupy brzmi jak przepis na to że po dziesięciu minutach zaczniesz myśleć o zakupach i uznasz że skończyłeś. Czy to naprawdę działa dla kogoś kto jest na początku, czy to jest rada dla tych co już mają wyrobioną praktykę?
Weronka, to zależy co rozumiesz przez początek. Jeśli ktoś ma za sobą kilka miesięcy regularnej praktyki grupowej, to siedzenie bez timera może być sensownym krokiem. Jeśli ktoś jest absolutnie zielony, to masz rację, że skończy na myśleniu o zakupach. Ale też nie sądzę, żeby timer był jakimś fundamentem. Timer to kostki na rowerze. W pewnym momencie trzeba je zdjąć i sprawdzić czy się jedzie.
No właśnie, to jest dokładnie to o czym myślałam. Skoro i z timerem i bez timera i tak monitorujesz czas, to może problem nie jest w timerze, tylko w czymś innym? Nie wiem, pytam.
Ja miałam podobnie do Emiliana z tym brakiem punktu końca. Ale mi pomogło nie tyle zrezygnowanie z timera, co wydłużenie go stopniowo. Zaczęłam od dwudziestu minut, potem dwadzieścia pięć, potem trzydzieści. I w pewnym momencie przestałam się zastanawiać kiedy skończy, bo przyzwyczaiłam się że to trwa tyle ile trwa. Może to nie jest eleganckie rozwiązanie, ale działa.
To jest ciekawe że w grupie zdejmujesz z siebie odpowiedzialność za strukturę sesji i możesz skupić się tylko na siedzeniu. Samemu jesteś jednocześnie uczestnikiem i organizatorem. Czy to nie jest po prostu za dużo ról naraz, zwłaszcza na początku?
Felicjan, ale skąd ta dyscyplina ma się wziąć zanim jeszcze rutyna się wyrobi? Bo tu właśnie wraca argument za grupą, że ona zastępuje dyscyplinę zanim ją masz własną.
Ale czy to rusztowanie w pewnym momencie nie zaczyna przeszkadzać? Znaczy jeśli przyzwyczaisz się że ktoś inny decyduje o strukturze, to czy samemu w ogóle nauczysz się to robić?
Cesarzowna, to jest świetne pytanie i trochę mnie niepokoi. Chodzę na grupę od ponad roku i nadal samemu nie umiem dotrwać tak długo jak tam. Czy to znaczy że mnie to uzależniło zamiast czegoś nauczyć?
A może po prostu nie próbowałeś wystarczająco często samemu? Chodzisz raz w tygodniu na grupę, a ile razy w tygodniu ćwiczysz solo?
Czekajcie, ale czy ten próg którego wszyscy szukacie to na pewno jest warunek konieczny dobrej sesji? Mam wrażenie że przez ostatnie kilkanaście postów zakładamy że jeśli nie przekroczyłeś jakiegoś progu dyskomfortu, to sesja była mniej wartościowa. A co jeśli spokojne dwadzieścia minut bez dramatu jest po prostu wystarczające?
Ja się zastanawiam czy to otwarcie o którym mówi Morganitka jest tym samym co ja czuję po grupie, czyli to poczucie szerszej przestrzeni w głowie. Może to jest to samo tylko opisane inaczej?
I tu chyba wracamy do tego skąd zaczął Emilian. Że nie chodzi o to które jest lepsze, tylko które robi co. Pytanie co chcesz żeby twoja praktyka robiła i czy to czego potrzebujesz dostaniesz sam czy w grupie. Może nie ma jednej odpowiedzi.
Ale to rodzi kolejne pytanie, jakie inne wskaźniki w ogóle macie? Bo mówicie że czas to zły wskaźnik, ale z czym go zamieniacie? Jak sprawdzacie czy sesja była dobra?
