Siedzę od jakiegoś czasu z tą techniką i muszę powiedzieć, że obserwowanie myśli bez osądzania to jedno z najtrudniejszych ćwiczeń, jakie znam. Nie chodzi o to, żeby myśli zniknęły, bo to niemożliwe, ale żeby patrzeć na nie jak na chmury przepływające przez niebo. Brzmi pięknie w teorii, a w praktyce co chwilę łapię się na tym, że zamiast obserwować, zaczynam komentować własne myślenie. I tak w kółko.
To jest właśnie ten moment, który większość ludzi uznaje za porażkę, a który tak naprawdę jest sednem praktyki. Złapanie się na tym, że odpłynęłaś w myśli, to już jest uważność. Samo złapanie się. Pytanie tylko, co robisz w tej chwili - czy od razu oceniasz siebie, że znowu odpłynęłaś, czy po prostu wracasz?
Ja się dopiero uczę medytacji i właśnie to mnie blokuje najbardziej. Myślę, że muszę mieć 'pustą głowę' i jak pojawiają się myśli, to czuję, że coś robię nie tak. Bardzo dziękuję, że to napisałaś Eremitko, bo teraz wiem, że chyba źle rozumiałem cel.
No właśnie, pusta głowa to mit. To się chyba bierze z takich popularnych wyobrażeń o medytacji. Techniki obserwacji myśli są znacznie starsze niż całe to mindfulness z zachodnich kursów, wywodzą się z tradycji vipassana. Tam mówi się o 'notowaniu' - widzę myśl, notuję ją w umyśle, nie przywiązuję się. Proste, ale wymaga miesięcy pracy.
To co opisujesz Eremitko to jest absolutnie klasyczny wzorzec. Umysł ma etapy i ten środkowy to często tzw. faza rozproszenia, zanim wejdzie się w głębsze warstwy koncentracji. Mam pytanie, bo jestem ciekawa - czy próbowałaś oznaczać myśli kategoriami? Czyli nie 'o nie, znowu planuję', tylko po prostu w głowie odnotowujesz: 'planowanie', 'wspomnienie', 'ocena' - i wracasz do oddechu. Bez żadnej narracji poza tym jednym słowem.
A jak w ogóle odróżnić obserwowanie myśli od zwykłego rozmyślania? Bo jak siedzę i 'obserwuję', to po chwili okazuje się, że po prostu myślę. Gdzie jest granica? Serio nie rozumiem tego rozróżnienia.
Mnie ciekawi jedno - czy ta obserwacja bez osądzania działa tak samo przy natrętnych myślach? Bo z przyjemnym rozmyślaniem o wakacjach to jeszcze rozumiem, ale jak pojawia się coś trudnego, lęk albo zły wspomnienie, to 'obserwowanie bez osądzania' brzmi dla mnie bardzo abstrakcyjnie.
To co napisał Bolesław o dysocjacji mnie zatrzymało. Jak odróżnić, czy naprawdę obserwuję z akceptacją, czy tylko się odcinam? Bo właśnie miałam poczucie, że całkiem nieźle mi idzie ta obserwacja, a teraz się zastanawiam, czy nie robię czegoś odwrotnego.
Tutaj powiem, że według różnych tradycji ta technika działa najlepiej z tzw. życzliwą uwagą skierowaną na siebie. W buddyzmie mówi się o metta, czyli miłującej dobroci. Jak siedzisz i obserwujesz natrętne myśli, to nie jako sędzia ale jako ktoś, kto po prostu jest obok i się tym interesuje bez emocji. To jest z grubsza właściwy kierunek.
Ale czy to nie jest tak, że ta 'obserwacja bez osądzania' to w gruncie rzeczy tylko technika wyciszania, a nie prawdziwy wgląd? Czytałem gdzieś, że prawdziwa medytacja powinna prowadzić do czegoś głębszego niż samo uspokojenie umysłu. Że samo mindfulness to trochę taka namiastka.
Czytam ten wątek od początku i jedno mnie uderza - wszyscy mówicie o 'powracaniu do oddechu', ale ja nie potrafię skupić się na oddechu, bo on też staje się obiektem myślenia. Zaczynam analizować, czy oddycham prawidłowo. To chyba jakiś błąd z mojej strony?
Ja ćwiczę od dłuższego czasu i chcę zapytać o coś, co mnie nurtuje. Mam dni, kiedy obserwacja idzie naprawdę płynnie i czuję tę odległość od myśli, o której pisała Ulcia. Ale mam też dni, kiedy siedzę i nic, jakbym była zakopana w tych myślach i nie ma żadnej odległości. Czy ktoś wie, od czego to zależy? Bo nie potrafię znaleźć wzorca.
Właśnie to jest według mnie sedno całej tej praktyki. Nie chodzi o to, żeby zawsze mieć ten dystans gotowy na żądanie. Chodzi o to, żeby w momencie, kiedy już trochę wyplynęłaś, zauważyć - 'o, byłam zakopana'. To nie jest obserwacja w czasie rzeczywistym, to często obserwacja po fakcie. I to też się liczy.
To jest dla mnie jakaś ulga, bo właśnie tak to u mnie wygląda. Nie wyłapuję w trakcie, tylko po chwili nagle się orientuję, że gdzieś odpłynąłem. Myślałem, że to oznacza, że jestem beznadziejny w tym medytowaniu. Bardzo dziękuję za to wyjaśnienie, naprawdę.
A ten moment złapania się - to jest przyjemne uczucie czy raczej frustrujące? Bo jak sobie wyobrażam, że odpłynęłam i nagle się łapię, to chyba poczułabym irytację, że znowu.
Słuchajcie, mam pytanie trochę z boku tego co mówicie. Czy te wszystkie 'warstwy' obserwacji - obserwacja myśli, potem złapanie się, potem meta-krytyka, potem obserwacja meta-krytyki - to w ogóle ma swój koniec? Bo jak słucham tej rozmowy, to mam wrażenie, że można się w tym kręcić w nieskończoność.
W tradycji zen jest coś takiego jak 'beginner's mind' - umysł początkującego. I paradoksalnie, te wszystkie warstwy analizy, które tutaj opisujecie, to jest właśnie to, od czego zen próbuje odejść. Nie chodzi o coraz głębszą obserwację, tylko o pewną bezpośredniość kontaktu z tym co jest. Choć przyznam, że sam z tym walczę.
Sorki że wchodzę w środku, ale siedzę i czytam i mam jedno konkretne pytanie - ile czasu dziennie w ogóle powinno się medytować, żeby w ogóle zobaczyć jakieś efekty? Bo jak czytam, że 'z czasem' to i 'po miesiącach', to trochę mi opada ręka. Ja nie mam tyle cierpliwości.
Wchodząc w temat czasu - u mnie przełom nie był związany z długością sesji, tylko z regularnością. Pięć minut każdego dnia zrobiło mi więcej niż godzinna sesja raz na tydzień. I to dosłownie, nie metaforycznie. Mózg jakby zaczął oczekiwać tej chwili ciszy i sam się w nią wstrzeliwał.
Emilka, a jak zaczęłaś te pięć minut? Bo ja próbowałam 'małych sesji' i albo mi się przedłużają i zaczynam analizować czy oddycham dobrze, albo kończę po dwóch minutach z poczuciem, że to bez sensu.
Dokładnie to, co Gwiazdarka mówi o dźwiękach. Dodam tylko, że ta technika bywa polecana właśnie osobom, które mają silny nawyk kontrolowania oddechu albo ciągłego sprawdzania, czy 'robią to dobrze'. To nie jest gorszy ani lepszy sposób niż kotwica oddechowa - po prostu inny punkt wejścia. Walentyna, spróbuj może raz bez żadnego nastawienia, tylko żeby zobaczyć co się dzieje, nie żeby osiągnąć spokój.
Zastanawiam się, czy ten problem z ciszą, o którym Pokrzywka mówi, to nie jest właśnie symptom tego, co chcemy przepracować w medytacji? Tzn. jeśli cisza powoduje zalew myśli, to może to nie cisza jest problemem, tylko to że w ciszy nie ma już nic, co zagłusza?
Słuchajcie, wracając do tego co Bernadetka pytała o niestabilny rytm dnia - ja miałam dokładnie ten okres i odkryłam jedną rzecz, która mi pomogła. Nie szukałam stałej pory, tylko stałego wyzwalacza. Zaraz po kawie rano, nieważne o której, pięć minut zanim zacznę cokolwiek innego. Rytm dnia się zmieniał, ale kawa była zawsze.
A czy te pięć minut przy wyzwalaczu to faktycznie wystarczy, żeby w ogóle 'wejść' w obserwowanie myśli? Pytam z ciekawości, bo mam wrażenie, że mi te pierwsze dwie minuty zajmuje samo uspokojenie ciała i dopiero potem cokolwiek zaczyna się dziać.
Zgadzam się z Bolkiem co do czasu, ale mam inne pytanie do Klarysy - piszesz, że czujesz, jak coś 'zaczyna się dziać' po tych dwóch minutach. Co masz na myśli? Bo to brzmi jak coś konkretnego i zastanawiam się, co to jest u ciebie.
O, właśnie ta różnica między 'byciem w myśli' a 'patrzeniem na myśl' - to jest coś, o czym czytałem, ale nie rozumiałem do końca. Klarysa, twój opis z tym 'jakby wolniej jechały' jest pierwszym, który mi cokolwiek wyjaśnił. Dzięki. I do Eremitki - czy jest jakiś sposób, żeby celowo przeskoczyć do tego patrzenia, czy to zawsze wymaga tego czasu wejścia?
W różnych tradycjach kontemplatywnych ten 'przeskok', o którym Mirek pyta, opisywany jest jako coś, co nie jest skutkiem wysiłku, tylko jego zawieszenia. Czyli paradoks - im bardziej próbujesz przestawić się na patrzenie, tym bardziej jesteś w myśleniu o patrzeniu. Stąd ten czas wejścia pełni funkcję nie tyle przygotowania, co wyczerpania trybu 'robię coś'.
