Ostatnio coraz częściej słyszę o medytacji transcendentalnej i zastanawiam się, co jest w tym prawdą, a co marketingiem. Bo z jednej strony słyszę, że to rewolucja, cud dla mózgu, wyleczenie ze wszystkiego, z drugiej - że to sekta i że płaci się grube pieniądze za jakąś mantrę, którą każdy ma taką samą. Ktoś tu praktykuje albo próbował? Jak to wygląda od środka, bo zewnątrz to jeden wielki szum informacyjny.
Temat ważny, bo narosło wokół MT naprawdę dużo mitów w obie strony. Zacznę od tego, co można zweryfikować: TM to technika z lat 50., wprowadzona przez Maharishi Mahesh Yogi, oparta na cichym powtarzaniu mantry przez ok. 20 minut dwa razy dziennie. Badań naukowych jest sporo, część opublikowana w recenzowanych pismach, m.in. w 'American Journal of Cardiology'. Problem polega na tym, że wiele z tych badań finansowała organizacja TM, co metodologicznie obniża ich wiarygodność. Więc nie twierdzę, że nie działa - twierdzę, że warto oddzielać efekt samej techniki od tego, co o niej mówi marketing.
Lipowa, ale czy to że badania finansuje organizacja automatycznie je dyskwalifikuje? Pytam szczerze, bo podobny argument pojawia się przy badaniach nad lekami - finansuje firma, która sprzedaje lek. I jakoś nauka to przyjmuje, z odpowiednimi zastrzeżeniami. Mnie bardziej zastanawia ta kwestia mantr - podobno każdy dostaje 'unikalną' mantrę od nauczyciela, ale w sieci można znaleźć listy tych mantr i są naprawdę krótkie, kilka możliwych dźwięków. To prawda?
Pytanie tylko, czy ta mantra musi być 'spersonalizowana', żeby działać. W wielu tradycjach wedyjskich konkretny dźwięk ma znaczenie sam w sobie, niezależnie od tego, kto go powtarza. Bija mantry działają na poziomie wibracji, nie tożsamości. Więc argument o 'wszyscy mają taką samą' może być chybiony, jeśli przyjąć założenie, że chodzi o właściwość dźwięku, a nie o dopasowanie do człowieka.
A tak praktycznie - ile to w ogóle kosztuje? Bo słyszałem, że kilka tysięcy złotych za kurs inicjacji. Serio? Za 20 minut siedzenia i powtarzania jednego słowa? Pytam, bo jestem zainteresowany, ale ta cena trochę odpycha.
Mam podobny problem co Gabryś, uwaga mi odpływa po chwili. Miałem znajomego, który chodził na kurs TM i mówił, że po kilku tygodniach miał wyraźnie spokojniejszy sen i mniejszy lęk. Ale nie wiem, czy to technika, czy sam efekt tego, że w końcu codziennie siadał i robił cokolwiek regularnie. Jak odróżnić efekt samej TM od efektu zwykłej regularnej praktyki medytacyjnej w ogóle?
Ale Lipowa, no przecież TM działa na poziomie czwartego stanu świadomości, którego inne medytacje nie osiągają. Maharishi to opisywał dokładnie - turiya, stan poza snem, jawą i głębokim snem. Żadna aplikacja tego nie da.
Ja praktykowałam przez jakiś czas coś bliskiego TM, choć nie przez oficjalną organizację - nauczyciel był certyfikowany, ale pracował niezależnie. Mantrę miałam krótką, dwusylabową. Co mogę powiedzieć uczciwie: pierwsze dwa tygodnie nic szczególnego, potem rzeczywiście pojawiło się coś, co bym opisała jako 'cicha przestrzeń' w trakcie powtarzania. Nie wiem, czy to turiya, nie wiem, czy to tylko relaksacja głęboka. Ale było inne niż zwykłe siedzenie z oddechem.
tak, organizacja TM pilnuje tego prawnie, to prawda. Ale technika sama w sobie - cicha mantra, bierna postawa, powrót do mantry bez wysiłku - nie jest jej wyłączną własnością. Podobne podejście istnieje w innych tradycjach. To co jest chronione to konkretna nazwa, procedura inicjacji i certyfikacja. Czy to sprawia, że technika nauczyciela niezależnego jest gorsza? Nie wiem. Pracowała dla mnie.
Dziękuję Eliksira za to co napisałaś, bo to jest właśnie taki opis, którego szukałam - konkretne doświadczenie, nie teoria. Chciałam zapytać, czy ta 'cicha przestrzeń' przychodziła od razu po zaczęciu powtarzania, czy dopiero po jakimś czasie w trakcie sesji?
Słucham tej rozmowy i mam pytanie, może naiwne: a co z tym, że TM jest opisywana jako 'technika bez religii i przekonań'? Bo jednak jest tam inicjacja z elementami rytualnymi, podobno z kwiatami, owocami, śpiewem w sanskrycie. To nie brzmi jak neutralna technika. Czy ktoś przez to przechodził i jak to wyglądało?
Bo chodzi mi o to, że jeśli ktoś mi mówi 'to nie religia, to technika', a potem na inicjacji śpiewa się wedyjskie hymny i składa ofiary, to mam prawo czuć się trochę oszukana co do deklaracji. Ktoś, kto tam był, może powiedzieć jak to naprawdę wygląda?
Ta inicjacja to puja - wedyjski rytuał dziękczynny odprawiany przez nauczyciela. Uczestnik stoi obok, nie bierze aktywnego udziału, nie musi nic śpiewać ani rozumieć. Organizacja TM tłumaczy, że to tradycja przekazu wiedzy, nie praktyka religijna kursanta. Czy to przekonujące wyjaśnienie? Dla mnie osobiście nie do końca, ale przynajmniej tyle można powiedzieć o ich stanowisku.
Dziękuję za tę informację Eliksira, nie wiedziałam że były jakieś procesy sądowe. To znaczy, że ta kwestia jest serio sporna nawet na poziomie prawa? Zastanawiam się czy to w ogóle zmienia coś dla kogoś, kto chce po prostu spróbować tej techniki dla relaksu, a nie z powodów duchowych.
Dla kogoś kto podchodzi do tego czysto pragmatycznie pewnie nie zmienia dużo. Ale warto mieć świadomość, że deklaracja 'to nie religia' jest przynajmniej częściowo strategiczna - pozwoliła organizacji wejść do szkół, korporacji, programów dla weteranów finansowanych przez rząd. To nie znaczy, że technika nie działa, ale narracja marketingowa i rzeczywistość trochę się tu rozjeżdżają.
Lipowa mówi ważną rzecz. Słyszałem, że w Indiach TM jest natomiast reklamowana właśnie jako technika duchowa z wedyjską tradycją, a na Zachodzie jako medyczna i naukowa. Dwa zupełnie różne wizerunki tej samej organizacji. Ktoś to weryfikował?
A czy to nie jest normalne, że tę samą technikę można stosować na różnych poziomach? Joga też jest w jednych miejscach ćwiczeniem fizycznym, a w innych głęboką praktyką duchową. Nikt nie mówi, że to sprzeczność. Może TM po prostu trafia do różnych ludzi z różnym podejściem.
Wracając do praktyki bo trochę odpłynęliśmy - mam pytanie do Eliksiry albo kogokolwiek kto próbował. Czy ta bierna postawa wobec mantry, o której pisałaś, jest w ogóle możliwa do samodzielnego nauczenia się, czy naprawdę wymaga kogoś z zewnątrz żeby wskazał kiedy robisz to dobrze?
Powiedziano mi, żebym potraktowała mantrę jak coś, co samo siebie powtarza, a nie jak coś, co ja powtarzam. Brzmi abstrakcyjnie, ale w praktyce przestałam 'robić' medytację, zaczęłam jej 'pozwalać'. Czy to wymaga nauczyciela? Pewnie nie. Ale mi pomogło usłyszeć to od kogoś, a nie przeczytać.
To jest chyba najcenniejszy opis w całym wątku, przynajmniej dla mnie. Zawsze myślałam o medytacji jako o czymś co się 'robi' i właśnie dlatego po pięciu minutach rezygnuję bo mi nie wychodzi. To inne podejście trochę otwiera głowę.
A ja mam może głupie pytanie - skąd w ogóle wiadomo, że 'dobrze medytujesz'? Czy jest jakiś stan który się czuje i który mówi 'ok, to jest to'? Bo czytam tu opisy i każdy ma inne doświadczenie, więc czy nie jest tak, że każdy sobie to po prostu interpretuje tak jak chce?
I tu TM ma zresztą jeden realny atut - ma więcej takich badań niż większość technik medytacyjnych. Niezależnie od zastrzeżeń metodologicznych, sam fakt że ktoś to badał jest wartością. Większość technik ezoterycznych tej dyskusji w ogóle nie podejmuje.
Wracam do pytania o tę inicjację, bo chcę się upewnić że dobrze rozumiem. Czy to znaczy, że można kupić kurs TM, przejść tę puję, dostać mantrę i potem przez całe życie praktykować samodzielnie bez dalszej zależności od organizacji? Czy jednak jest jakaś forma utrzymywania kontaktu, odnowień, opłat?
Sidhi to ten program gdzie podobno uczą lewitacji, prawda? Tzn. ja to gdzieś czytałem i przez chwilę myślałem że to żart. Serio - lewitacja jako efekt medytacji? Mam rozumieć to dosłownie czy to jest jakaś przenośnia?
Poczekaj, to teraz jestem zdezorientowany. Czyli TM to jedna organizacja, ale ma w sobie kursy które uczą lewitacji? To coraz bardziej wygląda jak coś innego niż technika medytacyjna, o której rozmawialiśmy. Czy to są w ogóle powiązane rzeczy?
Ale z drugiej strony to, że organizacja oferuje obie te rzeczy pod jednym szyldem, mówi coś o jej naturze, nie? Nie można mówić 'to tylko technika relaksacyjna' i jednocześnie sprzedawać kursów lewitacji. Jedno zaprzecza drugiemu.
Anastazy trafia w sedno. Słyszałem od kilku osób, że na kursie podstawowym naprawdę nikt nic nie wspomina o lotaniu ani sutrach. Dowiadujesz się po kursie, jak masz mantrę i jesteś już niejako 'w środku'. Czy to uczciwe jako strategia marketingowa? To chyba jest ten największy zarzut wobec TM.
