Chciałem poruszyć temat, który ostatnio mnie trochę męczy. Chodzi o to, czy medytacja w grupie daje coś więcej niż siedzenie samemu w domu. Byłem ostatnio na jednym spotkaniu w lokalnym centrum i przyznam, że poczułem coś innego niż przy solowej praktyce. Trudno mi to opisać, ale energia w pokoju była inna, jakby skupiona. Zastanawiam się czy to efekt sugestii, bo wiedziałem że siedzę z innymi, czy może naprawdę coś się dzieje kiedy kilka osób medytuje razem. Ktoś praktykuje w obu formach i ma jakieś porównanie?
Też się nad tym ostatnio zastanawiałam, bo słyszałam że w grupie łatwiej wejść w głębszy stan. Sama medytuję głównie w domu i mam problem z rozproszeniem, a tutaj mi piszą że w grupie jakoś się to samo układa. Ale nie wiem czy w to wierzyć, bo niby dlaczego obecność innych miałaby pomagać?
Miałam podobne doświadczenie na warsztacie z czakrami. Siedziałam z grupą jakichś dziesięciu osób i naprawdę czułam coś w okolicach serca, czego normalnie nie czuję gdy medytuję sama. Ale potem myślałam sobie, że może po prostu prowadzący był dobry i jego głos mnie głębiej wprowadził, niż kiedy puszczam sobie nagranie z youtube. Więc nie wiem co tak naprawdę zadziałało.
To co opisujecie jest znane i ma swoją nazwę, mówi się o efekcie pola albo zbiorowej intencji. Ale powiem wam szczerze, że samo poczucie czegoś innego to za mało żeby wyrokować. Mnie bardziej interesuje pytanie ile z tego zostaje po wyjściu z sali. Bo znam osoby, które regularnie chodzą na grupowe medytacje i czują się świetnie przez godzinę po, a potem wracają do tego samego chaosu. Z kolei ktoś kto siedzi sam codziennie choćby dwadzieścia minut, z czasem trwale zmienia swój sposób reagowania. Więc co ważniejsze, głębokość jednorazowego doświadczenia czy codzienna regularność?
Słucham tej rozmowy z ciekawością, bo sama jestem sceptyczna jeśli chodzi o zbiorową energię i takie rzeczy. Ale to co pisze Emilian o dyscyplinie to jest całkowicie wytłumaczalne bez żadnej ezoteryki, po prostu zobowiązanie społeczne działa na motywację. Mam pytanie do tych co chodzą do grup, czy naprawdę czujecie że coś wam daje sama obecność innych, czy bardziej chodzi o to że ktoś wami prowadzi i macie strukturę?
Jest jedna rzecz którą warto odróżnić w tej dyskusji. Medytacja prowadzona z instruktorem to zupełnie co innego niż medytacja grupowa w tradycji zen czy vipassany, gdzie dosłownie siedzisz z innymi w ciszy i nikt nie mówi słowa przez godzinę. Ta druga forma jest według mnie znacznie trudniejsza niż siedzenie samemu, przynajmniej na początku, bo cudzd oddech cię drażni, słyszysz jak ktoś się rusza, i musisz z tym pracować. Ale potem, jak wejdziesz głębiej, rzeczywiście czuć coś w tej wspólnej ciszy czego nie ma w domu. Jak to opisać. Jakby ciężar był rozłożony na więcej osób.
Trudno powiedzieć dokładnie, ale jakieś pół roku regularnej praktyki samotnej zanim po raz pierwszy usiadłem na dłuższym zazen z grupą. I nawet wtedy pierwsze kwadrans to był koszmar, bo jeden facet obok mnie oddychał jak miech. 🙂 Ale od trzeciej kwadransa coś się zmieniło. Więc myślę że samotna praktyka jest jednak bazą, bez której grupowe siedzenie jest głównie torturą.
A jak to jest z rytmem oddechu? Czytałam że jak kilka osób medytuje razem to oddech zaczyna się synchronizować bez żadnego wysiłku i to podobno wpływa na głębokość stanu. Ktoś z was to obserwował u siebie?
Ta synchronizacja oddechu to jest zbadane zjawisko fizjologiczne, nie trzeba tego owijać w bawełnę ezoteryki. Ale mam inne pytanie, czy ktoś miał złe doświadczenia z medytacją grupową? Bo mam wrażenie że w tym wątku jest dużo pozytywów, a chciałabym wiedzieć jakie są minusy zanim się gdzieś zapiszę.
No właśnie, to jest problem z grupami że jesteś zdana na prowadzącego i na innych uczestników. Sama próbowałam paru grupowych rzeczy i za każdym razem ktoś coś popsuł, raz ktoś kaszlał, raz ktoś się spóźnił w trakcie. W domu przynajmniej mam kontrolę nad warunkami. Chociaż dyscyplinę mam zerową, więc może faktycznie grupa byłaby lepsza, gdyby trafiło się na dobrą.
Pytanie o dyscyplinę versus grupę to jest wbrew pozorom dość istotne rozróżnienie. Bo medytacja jest ostatecznie praktyką wewnętrzną i nikt za ciebie nie wejdzie w ten stan. Grupa może dać motywację i strukturę, ale jeśli całkowicie polegasz na zewnętrznych warunkach, to twoja praktyka będzie bardzo krucha. Co się stanie kiedy prowadzący się zwinie, sala się zamknie, albo po prostu nie będziesz mógł dotrzeć? Dlatego myślę że ideał to jedno i drugie, ale z założeniem że samotna praktyka jest tym co faktycznie budujesz, a grupowa jest uzupełnieniem.
Rozumiem argument Felicjana o tym że nie można polegać tylko na grupie, ale mam wątpliwość. Czy nie jest tak, że dla kogoś kto dopiero zaczyna, lepiej mieć cokolwiek regularnego, nawet jeśli to jest zależne od grupy, niż ideał który nigdy nie wychodzi? Bo ja już tyle razy próbowałem solo i nic z tego nie wyszło, więc może po prostu ta ścieżka przez grupę jest dla mnie po prostu właściwą kolejnością?
Myślę że masz rację że kolejność ma znaczenie i że dla różnych osób może być odwrotna. Ale zadaj sobie jedno pytanie, bo to może pomóc to rozstrzygnąć. Kiedy wychodzisz z grupowego spotkania, czy masz ochotę siedzieć jeszcze sam po powrocie do domu, czy chcesz po prostu żeby ten stan trwał i tyle? Bo jeśli grupowe spotkanie buduje w tobie apetyt na więcej, to jest dobry znak że to dla ciebie wejście w coś głębszego. Jeśli po prostu 'zalicza' tygodniową dawkę, to może być pułapka.
To co pisze Obsydianka jest ciekawe, bo sama zauważyłam że po warsztacie przez kilka dni miałam łatwiej z codzienną medytacją. Jakby coś zostało naładowane. Ale potem wróciło do normalnego poziomu. Czy to znaczy że powinnam chodzić regularnie na grupowe spotkania żeby utrzymywać ten poziom, czy to jest znak że moja samotna praktyka jest za słaba?
To co Morganitka pisze o przestawieniu ciała jest dla mnie bardziej wiarygodne niż naładowanie energii. Ciało uczy się przez powtórzenie i jeśli kilka razy siedziałaś 40 minut to potem samej łatwiej wytrwać 20. To jest po prostu warunkowanie. Ciekawe mi natomiast co się dzieje u tych co chodzą na grupy ale nigdy nic sami nie ćwiczą między spotkaniami, czy cokolwiek zostaje?
Pięć minut rano to brzmi realistycznie. Próbowałem dwadzieścia i zawsze miałem poczucie że to za mało żeby cokolwiek zrobić więc po co w ogóle. Może właśnie z tym mam problem, że ustawiam poprzeczkę za wysoko i potem nie zaczynam wcale. Bazylka, jak te pięć minut wyglądało u ciebie na początku, czy to był oddech, czy jakaś prowadzona medytacja?
Ten zeszyt to jest pomysł który gdzieś już widziałam i zawsze mi wydawał się dziecinny. Ale teraz jak o tym czytam to zastanawiam się czy moja niechęć do takich metod nie jest właśnie problemem. Bo jakbym robiła cokolwiek regularnie to by już działało, a tak co chwilę zaczynam od nowa. Bazylka, i jak długo ten zeszyt był potrzebny zanim praktyka sama z siebie weszła w nawyk?
Wracam do wątku grupy versus samotna praktyka bo trochę zeszliśmy na temat nawyków. Mam pytanie do Felicjana, bo on chyba ma największe doświadczenie z obiema formami. Czy jest coś czego naprawdę nie da się osiągnąć samemu i do czego potrzebna jest właśnie fizyczna obecność innych ludzi? Nie motywacja ani struktura, ale coś jakościowo innego?
Ja bym powiedziała że jest jedna rzecz której naprawdę nie da się ćwiczyć samemu, a mianowicie medytacja w warunkach rozproszenia. Kiedy siedzisz sam w domu to kontrolujesz środowisko. Kiedy siedzisz z dziesięcioma osobami i jedna z nich kaszle albo zmienia pozycję, to musisz utrzymać skupienie pomimo tego. To jest osobna umiejętność i można ją wyćwiczyć tylko w takich warunkach.
Dokładnie tak. I to jest zresztą jeden z powodów dla których zaawansowane odosobnienia celowo nie eliminują wszystkich zakłóceń. Prawdziwa praktyka to nie jest umiejętność siedzenia w idealnych warunkach, bo idealne warunki są rzadko dostępne. To jest umiejętność nieprzenoszenia się za każdym dźwiękiem.
Czytam ten wątek od jakiegoś czasu i ta kwestia zakłóceń mnie zastanawia. Czy to nie jest tak, że na początku jednak lepiej mieć warunki możliwie spokojne, żeby w ogóle poczuć czym ten stan ma być? Bo jak ktoś nigdy tego nie doświadczył to skąd wie do czego wracać kiedy go zakłócą?
Wracam do pytania o synchronizację oddechu bo Obsydianka odpowiedziała krótko a chciałabym więcej. Mówiłaś że nie dzieje się automatycznie, ale kiedy się zdarza to co wtedy czujesz? Czy to jest coś wyraźnego czy raczej coś czego się nie zauważa w trakcie a dopiero po?
Mam wrażenie że ta dyskusja zakłada że wszyscy jesteśmy introwertykami którzy wolą siedzieć sami. A co jeśli dla kogoś sama obecność innych ludzi jest warunkiem wejścia w jakikolwiek spokój? Znam osoby dla których cisza w domu jest gorsza niż tłum, bo w ciszy słyszą własną głowę za głośno. Czy dla takich osób droga przez grupę to nie jest po prostu jedyna realna opcja?
Ta kwestia którą Weronka poruszyła jest blisko mojej sytuacji. Ja w domu naprawdę słyszę własną głowę za głośno i to jest problem. Na spotkaniu grupowym jakoś ta głowa trochę milknie i nie wiem czy to efekt prowadzonej praktyki, czy po prostu jestem zajęty tym żeby nie przeszkadzać innym. Może obydwa. Ale to pokazuje że argument za grupą jest u mnie inny niż argument za grupą u kogoś z dobrą samotną dyscypliną.
To co Emilian opisuje z tą głową która milknie na grupie jest ciekawe, bo zastanawiam się czy to nie jest po prostu efekt wstydu. Znaczy, nie wstydu w złym sensie, ale tego że ktoś na ciebie patrzy i głowa przestaje gadać bo jest zajęta czymś zewnętrznym. Czy to w ogóle jest ta sama cisza co medytacyjna?
Nie myślałem o tym w kategoriach wstydu, raczej że po prostu jest coś zewnętrznego na czym można się oprzeć. W domu jestem sam ze swoimi myślami i one wypełniają całą przestrzeń. Na grupie ta przestrzeń jest już jakoś zajęta przez innych i te myśli nie mają tyle miejsca. Nie wiem czy to dobra medytacja ale działa inaczej.
To co Emilian opisuje brzmi jak decentracja, tylko osiągana przez środowisko zewnętrzne zamiast przez technikę. I nie widzę w tym nic złego. Pytanie jest inne: czy to uczy cię czegokolwiek co możesz potem zabrać do domu, czy tylko korzystasz z efektu grupowego dopóki tam siedzisz?
