Wróćcie chwilę do tego wejścia w praktykę, bo mnie to bardzo interesuje. Agnisia mówiła o oddechu przed patrzeniem - czy to wystarczy, czy może powinnam mieć też jakiś stały czas i miejsce? Zastanawiam się, czy moje środowisko jest za bardzo chaotyczne, żeby w ogóle próbować. Mieszkam z rodziną i trudno mi o ciszę.
Sluchawki - to jest pomysl! Sam nie wpadłem. A co Lunella puszcza? Biały szum, deszcz, coś innego? Bo musze sprawdzic co mi pasuje do wzrokoego skupienia, bo nie wiem czy kazdy dźwiek będzie pasował.
Ja przy dźwięku deszczu zwykle zasypiam, więc to by u mnie nie przeszło 🙂 Ale za to pomyślałam teraz, że może mój problem z mandalą polega na tym, że robię to za późno wieczorem, kiedy jestem już zmęczona. Może powinnam spróbować rano? Czy ktoś widzi różnicę między poranną a wieczorną pracą z mandalą?
Rano versus wieczór - to jest coś, co mnie też interesuje. Bo sama robię to zwykle wieczorem i faktycznie często jestem już zmęczona. Tylko że rano mam głowę pełną planów i listy rzeczy do zrobienia. Nie wiem, czy potrafiłabym w ogóle usiąść spokojnie przed pracą. Czy ktoś, kto medytuje z mandalą rano, faktycznie ma wyłączony ten wewnętrzny organizator?
Różnica między rankiem a wieczorem przy mandali jest dla mnie spora, ale niekoniecznie oczywista. Rano umysł jest czystszy, ale też mniej giętki - potrzeba chwili, żeby w ogóle 'wejść'. Wieczorem wchodzę szybciej, ale łatwiej o dryfowanie myślami albo właśnie o zasypianie, jak Galia wspomniała. Zależy też, co chcesz z tej praktyki wyciągnąć - wyciszenie czy skupienie.
To, co opisuje Joasia71 - ten przełącznik - brzmi trochę jak to, co czytałam o przejściu między stanem beta a alfa w kontekście relaksacji. Nie wiem, czy to ma jakieś pokrycie w praktyce z mandalą, czy tylko skojarzenie z boku. Czy ktoś miał takie poczucie, że wie dokładnie, kiedy to przyszło?
Ja mam podobnie - to poszerzenie pola widzenia to jest coś, co znam i co traktuję jako znak, że praktyka się zaczęła na poważnie. Ale zastanawiam się, czy to jest efekt mandali jako takiej, czy po prostu efekt patrzenia na cokolwiek z rozluźnieniem przez dłuższy czas. Czy ktoś próbował osiągnąć to samo patrząc na ścianę albo na jednolity kolor?
To jest świetne pytanie Lunelli, bo podważa założenie, że mandala jest tu niezbędna. Może jest ona tylko pretekstem, a właściwy mechanizm to sam akt spokojnego patrzenia? Chociaż z drugiej strony - wzór mandali coś robi z uwagą, prowadzi ją w określony sposób. Ściana tego nie robi.
A czy patrzenie na ścianę nie jest przypadkiem Trataka? Bo gdzieś czytałam o technice skupiania wzroku na jednym punkcie i to była właśnie ściana albo świeca. Jeśli tak, to może mandala i Tratak to podobna rodzina, tylko inaczej wyglądają z zewnątrz?
Wracam do kwestii rana i wieczoru, bo to mnie nie puszcza. Jeśli wieczorem częściej zasypiamy, a rano mamy głowę zajętą planowaniem, to kiedy jest właściwie 'dobry' moment? Czy jest w ogóle taki moment, czy zawsze trzeba coś obejść?
Mam wrażenie, że dla mnie najlepszy jest moment zaraz po śniadaniu, kiedy kawa już zrobiła swoje, ale dzień jeszcze nie wciągnął. Ale to bardzo przypadkowe odkrycie - nie szukałam 'dobrego momentu', po prostu raz tak wyszło i się powtórzyło. Nie wiem, czy to ma sens jako zasada, czy tylko u mnie tak działa.
A czy wy medytujecie z mandalą codziennie, czy jak wyjdzie? Bo mam wrazenie że sam nie dam rady narzucic sobie stałej pory, a potem nie wiem czy ma sens to robić nieregularnie. Czy nieregularnie tez działa?
To 'zaczynanie od zera' po przerwie to ciekawa sprawa. Bo z jednej strony ciało i umysł mają pamięć praktyki, więc coś zostaje. Z drugiej strony może chodzi o rytuał wejścia, który trzeba na nowo wypracować po przerwie? Nie wiem, czy to jest kwestia ciągłości samej praktyki, czy bardziej nawyku otoczenia i sytuacji.
Czy to znaczy, że mandala jako obiekt też coś przechowuje - skojarzenie, nastrój, pamięć praktyki? Albo to tylko my przechowujemy i mandala jest neutralna? Zastanawiam się, czy dlatego niektórzy przywiązują się do konkretnej mandali i nie chcą jej zmieniać.
Właśnie wróciłam do pytania Sylwunia98 o przywiązanie do konkretnej mandali i myślę, że tu jest ważne rozróżnienie. Jedno to mandala, do której wracasz z przyzwyczajenia, a drugie to taka, przy której naprawdę coś się dzieje inaczej. Mam jedną, przy której skupienie przychodzi szybciej - i to nie jest przypadek, bo sprawdzałam kilka razy. Ale nie wiem, czy to mandala, czy po prostu skojarzenie, które teraz działa jak kotwica.
To, co mówi Joasia71 o 'kotwicy' - to jest pojęcie z NLP, prawda? Że jakiś obiekt zaczyna wywoływać określony stan, bo był z nim skojarzony wielokrotnie. Ciekawe, czy przy mandali to działa w ten sam sposób, czy jednak jest coś w samym wzorze, co robi swoje niezależnie od skojarzeń. Czy ktoś próbował z zupełnie nową mandalą, której wcześniej nigdy nie widział?
Właśnie o to mi chodziło, kiedy pisałam wcześniej o tym przejściu między stanami. Bo jeśli część uwagi 'czyta' nowy wzór, to może mandala musi być najpierw oswojona, żeby mogła działać jako punkt skupienia? To by tłumaczyło, dlaczego po przerwie jest to uczucie zaczynania od zera - nie tyle praktyka się resetuje, co skojarzenie z obiektem osłabło.
A jak długo trzeba ją 'oswajaś' zanim zaczyna dzialac? Bo jak kupilam kamien do medytacji to od razu czułem róznicę, ale z mandalą nie wiem czy chodzi o to samo. Pytam bo nie chce wydawac kasy na drukowaną mandalę jesli najpierw i tak bedzie 'czytanie'.
To ciekawe co Florka77 mówi, bo ja zawsze myślałam, że mandala musi być 'prawdziwa', czyli ręcznie robiona albo przynajmniej kupiona gdzieś gdzie dbają o energię. A tu słyszę, że wydruk też działa? Czy to nie sprowadza wszystkiego do tego, że wzór jest ważny, a nie sam przedmiot?
Ja próbowałam z ekranem i nie mogłam się skupić, bo telefon co chwilę coś powiadamiał i miałam odruch sprawdzenia. Więc u mnie wydruk od razu był lepszy, ale to pewnie kwestia odcięcia się od urządzenia, a nie sam papier. Choć może papier też coś robi - on nie świeci i nie mruga, co jest jednak inne dla oczu.
A czy ktoś próbował medytować na mandali rysowanej własnoręcznie? Gdzieś czytałam, że sam proces rysowania jest formą praktyki, że zanim w ogóle zasiądziesz do skupienia, jesteś już w jakimś stanie po wykonaniu wzoru. Zastanawiam się, czy to nie jest zupełnie inna ścieżka niż używanie gotowej mandali.
Nigdy nie myślałam o rysowaniu własnej mandali, bo zawsze wydawało mi się, że nie umiem rysować i że musi być symetryczna i idealna. Ale jeśli chodzi o proces, nie o efekt, to może to nie ma znaczenia? Czy ktoś rysował bez dbania o symetrię?
Rysowałam kiedyś mandalę bez linijki i cyrkla, tak po prostu z ręki, i wyszło coś bardzo nierównego. Ale siedziałam przy tym spokojnie i to był dobry czas. Nie wiem, czy to była 'mandala' w ścisłym sensie, czy po prostu skupiony rysunek. Może nazwa nie jest ważna, jeśli efekt jest podobny.
Mam wrażenie, że za bardzo szukamy jednej odpowiedzi dla wszystkich. Dla mnie mandala działa inaczej niż świeca, bo wzrok ma gdzie wędrować i jednocześnie do czego wracać. Dla kogoś innego może świeca będzie lepsza. Może zamiast pytać 'czy mandala jest potrzebna', lepiej zapytać co konkretnie ona robi, czego nie robi nic innego - i sprawdzić to u siebie.
Dobre pytanie na końcu, Sylwunia. Ja na początku też nie wiedziałem, czy 'cokolwiek działa'. Myślę, że jedynym sensownym punktem odniesienia na start jest to, jak się czujesz po sesji w porównaniu do tego, jak byłaś przed. Nie chodzi o jakieś wielkie przeżycia - po prostu: czy umysł jest spokojniejszy, czy nie. Mandala przy tym może być tylko kontekstem.
A czy ktoś próbował nie oceniać sesji w ogóle? Zastanawiam się, czy ten nawyk szacowania, 'czy zadziałało', nie jest sam w sobie sprzeczny z uważnością. Bo uważność chyba nie polega na tym, żeby potem wystawiać ocenę, tylko żeby być w danym momencie.
Przy mandali jest jeszcze jeden problem z oceną - sesja może być 'trudna', bo ciągle wracają myśli, ale to nie znaczy, że była zła. Czasem te sesje, w których najbardziej się kręcę w kółko, zostawiają mi więcej spokoju na resztę dnia. Czy tylko ja to mam?
