Zastanawiam się nad czymś od jakiegoś czasu i chciałam zapytać, czy ktoś miał podobne doświadczenia. Maluję akwarelami hobbystycznie, nic profesjonalnego, ale od kiedy regularniej medytuję, zauważam że jakoś... inaczej podchodzę do płótna. Jakby mniej myślę o tym co robię, a bardziej po prostu to robię. Czy to możliwe że medytacja realnie wpływa na twórczość, czy to tylko moje wyobrażenie?
To nie jest żadne wyobrażenie. U mnie było podobnie z pisaniem, przez długi czas blokowałem się właśnie przez to nadmierne analizowanie każdego słowa. Medytacja pomogła mi trochę wyłączyć tego wewnętrznego krytyka. Ale powiedz mi więcej - jak długo medytujesz i jaką technikę stosujesz? Bo podejrzewam że to ma znaczenie.
Ja bym tu zwolniła z tymi entuzjastycznymi wnioskami. Medytacja to nie magiczny przełącznik na kreatywność. Może ci po prostu dać spokój, a spokój pozwala malować bez presji. To nie jest to samo co 'wzmocnienie zdolności artystycznych', bo zdolności to coś innego niż komfort psychiczny podczas tworzenia.
Mnie bardziej interesuje to co Jaskier powiedziała o tym 'inaczej podchodzę' - czy chodzi ci o jakiś inny stan podczas samego malowania? Coś jak flow, gdzie nie czujesz upływu czasu?
Stan, o którym mówisz, jest opisywany przez różnych twórców od wieków, niezależnie od medytacji. Pytanie brzmi - czy medytacja jest tu przyczyną, czy po prostu nauczyłaś się wchodzić w ten stan szybciej, bo ćwiczyłaś koncentrację? Efekt może być ten sam, ale warto rozróżniać.
A ja mam pytanie może trochę z boku - czy to działa tyko przy malowniu czy też np przy muzyce albo pisnaniu? Bo mam córkę która uczy się gitary i strasznie blokuje się na egzaminach, myslę czy jej nie zaproponować czegoś takiego.
Słucham tej dyskusji i mam pytanie do tych bardziej doświadczonych - czy jest jakaś konkretna forma medytacji która jest szczególnie polecana dla twórców, czy to bez znaczenia jaka technika?
Ale chwilę, bo mi się wydaje że to jest trochę tak jak z rytuałami - że bardziej liczy się intencja i regularność niż konkretna technika? Czy się mylę?
Ja mam trochę inne podejscie do tego tematu - medutuję od lat ale nie łączyłam tego nigdy z twórczością świadomie. Ale teraz jak o tym czytam, to może to właśnie dlatego moje rysunki mandal wychodzą mi lepiej gdy jestem po porannej medytacji niż gdy od razu siadam do rysowania. Nigdy nie pomyslałam o tym w ten sposób.
Miroslawa, mandale! To jest właśnie ciekawe bo mandale same w sobie są medytacyjne. To trochę jak dwa procesy na raz. Czy masz wraznie że to się wzmacnia jakoś nawzajem?
Przepraszam że się wtrącam bo kompletnie nie znam się na medytacji, ale czytam i mam takie proste pytanie - czy to nie jest po prostu kwestia nastroju? Że jak jesteś spokojniejsza to ci lepiej idzie, niekoniecznie przez medytację jako taką?
Przepraszam że się wtrącam bo kompletnie nie znam się na medytacji, ale czytam i mam takie proste pytanie - czy to nie jest po prostu kwestia nastroju? Że jak jesteś spokojniejsza to ci lepiej idzie, niekoniecznie przez medytację jako taką?
i właśnie o to mi chodziło wcześniej - że może to nie technika sama w sobie, tylko nawyk regularności. Codziennie rano siadasz, zatrzymujesz się, dajesz sobie chwilę zanim wejdziesz w dzień. To może zmienić nastawienie do pracy twórczej nawet bez żadnego mistycznego mechanizmu.
Jest różnica między rytuałem a ćwiczeniem. Kawa przed pracą to rytuał. Medytacja ćwiczy zdolność utrzymywania uwagi, którą potem możesz przenosić na tworzenie. To nie jest to samo co warunkowowanie się bodźcem.
Ja wracam do tego co Kasztanka spytała o nastrój, bo mi się to kręci w głowie. Nastrój jest zmienny i zależny od okoliczności. Medytacja uczy jakby nie być nastrój-zależną. To jest inna jakość. Przynajmniej u mnie tak to działa - nawet w gorszy dzień mam dostęp do jakiegoś spokojnego miejsca w środku.
To co Miroslawa opisuje to chyba jeden z najczęściej powtarzanych wniosków u regularnych praktyków - że medytacja nie zmienia okoliczności ani nastroju, ale zmienia relację do nastroju. I to ma bezpośrednie przełożenie na tworzenie, bo tworzenie wymaga tolerancji na dyskomfort, na niedoskonałość, na fazę gdy coś jest brzydkie zanim stanie się dobre.
Wróćmy na chwilę do Jaskier i tego co mówiła o wewnętrznym komentatorze który milknie. Mnie to bardzo ciekawi bo sama mam taki głos gdy robię coś twórczego. Jaskier, czy ten komentator całkiem znika czy tylko cichnie? I czy to się dzieje od razu po medytacji czy dopiero jakiś czas po?
Pytanie mam trochę z innej strony - czy ktoś próbował medytować nie przed tworzeniem ale w trakcie przerwy? Np. robisz coś, zatrzymujesz się, medytujesz 5 minut, wracasz? Ciekawi mnie czy to działa inczej niż ta poranna praktyka.
A to jest naprawdę inne pytanie niż to z czym zaczął ten wątek. Jaskier mówiła o przygotowaniu do twórczości, a Inkantacja pyta o coś co działa jak sposób w samym procesie. Czy ktoś testował obydwa podejścia i może powiedzieć jak bardzo się różnią w odczuciu?
Ale czy nie ryzykujesz że wybijesz się z rytmu jak zatrzymasz się w środku? Mnie się wydaje że jak coś idzie dobrze to najgorsze co możesz zrobić to przerywać.
Herbata i medytacja to nie jest to samo, nawet jeśli oba są przerwami. Przy herbacie twój umysł prawdopodobnie nadal pracuje nad tym samym problemem, tylko w tle. Przy medytacji aktywnie kierujesz uwagę gdzie indziej. Pytanie czy to korzystne w trakcie tworzenia to już inna sprawa.
A czy ktoś próbował medytacji z muzyką podczas tworzenia? Bo moja córka słucha muzyki w kółko jak ćwiczy i to ją jakby usypaia, wchodzi w taki trans. Czy to jest coś podobnego do medytacji?
To co opisujesz z córką brzmi bardzo podobnie do tego stanu kiedy maluję i tracę poczucie czasu. Nie pamiętam dokładnie jakie decyzje podjęłam, ale obraz wyszedł. Nie wiem czy to jest medytacja czy przepływ czy coś zupełnie innego, ale odczucie jest podobne.
Czyli w sumie mówimy o tym że twórczość sama w sobie może być rodzajem medytacji? Nie trzeba siadać z zamkniętymi oczami i liczyć oddechów, wystarczy wejść głęboko w to co się robi?
To co Wieslaw opisuje jako obserwację samego siebie - w tradycji zen nazywają to 'świadkiem'. Można być świadkiem własnego tworzenia. Ale to trudna umiejętność bo łatwo się z tego wypaść i zacząć oceniać zamiast obserwować.
Też nie wiem czy to rozróżniam. Ale coś co zauważam po dłuższej praktyce - że ten głos komentujący stał się jakby mniej naglący. Dalej jest, ale nie muszę się nim zajmować od razu. Może to właśnie ta obserwacja o której mówi Adept, tylko że wchodzi sama, bez świadomego nazywania.
To co Jaskier opisuje z tym głosem, który stał się mniej naglący - mnie to bardzo dużo mówi. Bo ja mam dokładnie odwrotnie, im dłużej pracuję nad czymś, tym ten głos jest głośniejszy. Zastanawiam się czy to znaczy że moja medytacja jest za krótka, za rzadka, czy po prostu źle to robię.
