Widziałem mandali inspirowane formami organicznymi, np. roślinami, gdzie symetria nie jest idealna. Ale nie wiem, czy to jeszcze mandala w sensie praktycznym, czy po prostu dekoracja. Czy sama symetria jest potrzebna do medytacji wzrokowej, czy to tylko konwencja?
To jest pytanie, które mnie też nurtuje. Jeśli medytacja wzrokowa polega na skupieniu uwagi na obiekcie, to chyba sama symetria nie jest warunkiem koniecznym - ważne, żeby obiekt był wystarczająco złożony, żeby zatrzymać uwagę, ale nie tak chaotyczny, żeby ją rozpraszał. Czy mandala to nazwa formy, czy raczej funkcji?
Zastanawiam się, czy ta 'wewnętrzna logika' wzoru to nie jest coś bardzo indywidualnego. Może jedna osoba będzie czuła prowadzenie w spirali, inna w symetrii promieniowej, a jeszcze inna w czymś zupełnie innym. I wtedy nie ma jednej odpowiedzi na to, jaka mandala jest dobra do medytacji, bo to zależy od tego, jak konkretny umysł przetwarza wzory wizualne.
A da się to w ogóle sprawdzic bez siedzenia z każdym wzorem po kolei? Bo ja nie mam tyle czasu żeby testowac po kilka mandalii i potem siedziec przy każdej. Chcialbym wiedziec z góry, co mi pasuje.
To chyba najlepsza wskazówka, jaką tu dostałam - po prostu wziąć to, co wizualnie coś robi. Ale teraz mam inne pytanie, bo gdzieś tu wcześniej była mowa o tym, że siedzenie z mandalą różni się od patrzenia na nią. Jak długo powinno trwać samo siedzenie? Bo boję się, że za szybko uznam, że 'nic się nie dzieje' i skończę.
To jest pytanie, na które naprawdę nie ma jednej odpowiedzi, ale spróbuję jakoś dookreślić. Jeśli siedzisz i masz poczucie, że czekasz, aż coś się stanie, to chyba nie o to chodzi. Siedzenie z mandalą nie jest czekaniem na efekt - przynajmniej nie w uważnościowym sensie. Ale rozumiem, że na początku trudno to odróżnić.
Mam wrażenie, że to rozróżnienie między czekaniem a obserwowaniem to coś, co byłoby dla mnie zmieniające. Sama często mam poczucie, że 'nic nie czuję' podczas medytacji i przerywam. A może po prostu za bardzo skupiam się na tym, żeby coś poczuć, zamiast po prostu patrzeć.
Skupianie wzroku mnie rzeczywiście męczy. Szczególnie przy gęstszych wzorach po jakimś czasie oczy mi się po prostu zmęczą i zaczynam mrugać i zacierać. Czy to normalne i czy to znaczy, że siedzę za długo, czy że robię coś nie tak z tym patrzeniem?
Właśnie to mnie zastanawia - czy jest jakaś 'technicznie poprawna' metoda patrzenia na mandalę, czy to jest coś, co każdy wypracowuje sam? Bo słyszałam różne podejścia i teraz nie wiem, czy to wolność wyboru, czy po prostu brak standardu.
I to chyba jest clou całej tej dyskusji. Wchodzimy z pytaniem 'jak to zrobić dobrze', a medytacja odpowiada 'zacznij, a przekonasz się'. I to jest irytujące i jednocześnie prawdziwe, przynajmniej z mojego doświadczenia.
To co Czeremcha91 napisała na końcu chyba najlepiej opisuje moje doświadczenie z mandalami - przychodzę z pytaniem jak zrobić dobrze, a potem okazuje się, że samo pytanie jest problemem. Ale mam konkretne: czy jak siedzę z mandalą i zaczynam widzieć jakieś ruchy w wzorze albo pulsowanie, to to jest znak, że coś robię źle ze wzrokiem, czy może właśnie dobrze?
To brzmi znajomo. Ja mam podobnie, tylko u mnie nie pulsowanie, tylko nagle zaczynam myśleć o tym, czy dobrze siedzę, czy kręgosłup prosty. I cała medytacja zamienia się w kontrolowanie pozycji zamiast patrzenia na mandalę. Czy to jest ten sam problem, co u Gali?
A czy potrzebowanie silniejszego bodźca jest w ogóle czymś złym? Serio pytam, bo mam wrażenie, że w rozmowach o medytacji często jest takie ukryte założenie, że prawdziwa praktyka powinna być jak najbardziej minimalistyczna. Oddech, cisza, zero ozdób. A może to jest tylko jeden model i niekoniecznie lepszy?
Słucham tej dyskusji i zaczynam się zastanawiać, czy nie zacząć z mandalami właśnie dlatego, że oddech mnie zawodzi. Ale mam obawy praktyczne - czy mandala musi być wydrukowana, czy może być na ekranie telefonu? Bo nie mam drukarki i kolorowe wydruki gdzieś z zewnątrz to jednak jakiś koszt.
Ja zaczynałam właśnie od ekranu telefonu i nie powiem, żeby to była katastrofa, ale po jakimś czasie zaczęłam czuć, że ten ekran jakoś przeszkadza - może przez jasność, może przez to, że to wciąż 'urządzenie', które kojarzy mi się z rozproszeniem. Teraz mam wydrukowaną jedną mandalę i jest mi z nią inaczej, spokojniej. Ale nie wiem, czy to obiektywna różnica, czy po prostu moje nastawienie.
A czy mandala na ekranie może mieć ten sam efekt co wydrukowana? Pytam, bo mam podobny dylemat co Florka77, ale jeszcze bardziej podstawowy - w ogóle nie wiem, od jakiego rozmiaru zacząć. Czy mała, którą trzyma się w rękach, czy duża, którą się wiesza na ścianie i patrzy z odległości?
A co jesli ktos nie chce siedziec nieruchomo? Bo ja mam problem z samym siedzeniem w medytacji, cały czas mam ochote sie ruszyc. Czy mandalę mozna ogladac stojac albo chodzac? To moze glupie pytanie ale serio.
Do pytania Kazika68 też chętnie dorzucę swoje - czy mandala musi być kolorowa, żeby działała? Widziałam czarno-białe do kolorowania i zastanawiam się, czy sam akt kolorowania nie jest jakąś praktyką sam w sobie, czy to już za bardzo aktywne, żeby to mogło być uważność.
Kolorowanie mandali próbowałem kilka razy i muszę powiedzieć, że to dla mnie kompletnie inny rodzaj skupienia niż siedzenie z gotową mandalą. Przy kolorowaniu jestem zajęty wyborem, wypełnianiem, pilnowaniem linii. Przy patrzeniu na gotową - nic nie robię i to jest trudniejsze. Więc może kolorowanie to dobry wstęp, ale nie to samo.
Tak, dokładnie tak to rozumiem - kolorowanie najpierw, potem siedzenie z gotową mandalą. Ale mam pytanie do Kaliksta: czy jak siadałeś z mandalą, którą sam wcześniej pokolorowałeś, to było inne doświadczenie niż z obcą, pobraną z internetu? Bo wydaje mi się, że własnoręcznie zrobiona mandala mogłaby mieć jakiś dodatkowy ładunek - bo wiesz, co w niej jest, znasz każdą kreskę.
To jest ciekawy trop - znajomość wzoru versus obcość wzoru. Ale mam inne pytanie: czy mandala, z którą często siadasz, z czasem traci 'świeżość'? Czy po miesiącu patrzenia na tę samą coś się zmienia - nudzisz się, albo wchodzisz głębiej?
Czekajcie, bo mnie to pytanie o wędrowanie oka mocno uderzyło. Jeśli oko naturalnie wędruje po wzorze, to może mandala jest tak skonstruowana, żeby to wędrowanie prowadziło - od krawędzi do centrum albo na odwrót? Czy ktoś słyszał, że wzory mają jakiś kierunek czytania?
Nie wiem, czy mandala ma kierunek, ale mnie bardziej zastanawia co innego - czy robicie sobie jakiś rytuał przed siadaniem z mandalą, czy po prostu siadacie i zaczynacie patrzeć? Bo ja na przykład nie wiem, jak zacząć. Budzę ekran, patrzę, czuję się trochę głupio i po chwili już myślę o czymś innym.
U mnie przez długi czas było dokładnie tak jak u Gali - siadałam i nic. Potem zaczęłam robić kilka głębokich oddechów zanim w ogóle spojrzę na mandalę i to jakoś zmieniło wejście. Nie wiem, czy to 'rytuał', ale coś w tym jest. Czy wy macie jakieś swoje wejście w praktykę?
Ja zanim zacznę, zaciemniam trochę pokój i odkładam telefon. Ale u mnie mandala jest na ekranie, więc to jest trochę bez sensu, bo potem i tak muszę go podnieść. Chyba jednak faktycznie powinnam wydrukować albo narysować coś sama.
A propos rysowania - próbowała ktos samemu narysowac mandalę od zera, bez szablonu? Bo sie zastanawiam czy samo rysowanie koła i smetrii mogłoby byc juz jakąs praktyką. Albo to za trudu i czlowiek się wkurza zamiast się wyciszac?
Ale to mnie zastanawia - jeśli mandala może być krzywa i brzydka i nadal działać, to czym różni się siedzenie z bazgrołami własnego dziecka od siedzenia z tybetańską mandalą z czterdziestoletnią tradycją? Czy jest jakaś różnica, czy to tylko nasze wyobrażenia o tym, co jest 'poważną' praktyką?
