To, co mówi Lunella, pasuje do tego, co czytałam o uwadze w ogóle - że ważniejszy od spokoju jest moment, kiedy zauważasz, że odpłynęłaś i wracasz. To właśnie ma być ta praca. Mandala byłaby wtedy czymś, do czego wracasz, a nie czymś, przy czym masz być nieruchoma.
Ale jak wracać do mandali jesli nie wiem na co wlasciwie patrzec? Czy skupiac sie na srodku, na krawedziach, na kolorach? Bo jak siedzę to wzrok mi lata po całym wzorze i nie wiemczy to ok czy powinnam sie skupic na jednym punkcie.
Mnie nikt nie powiedział, że można to robić różnie. Zawsze zakładałam, że jest jedna właściwa metoda i że jak jej nie znam, to robię źle. A tu słyszę, że centrum to jedno, całość to drugie - czy to są dwie osobne praktyki, czy jeden ciągły spektrum?
To nie są dwa rygorystycznie oddzielone podejścia. U mnie zaczyna się naturalnie od wędrowania wzrokiem, bo wzór jest nowy i oko samo to robi, a z czasem uwaga sama zaczyna grawitować ku centrum. Nie wymuszam tego. Może to jest ten sam proces, tylko że obserwowany na różnych etapach.
Właśnie przeczytałam cały ten wątek i nie spodziewałam się, że medytacja na mandali jest tak złożona. Myślałam, że to po prostu siedzisz i patrzysz, i tyle. A tu tyle warstw. Czy to nie sprawia, że zaczęcie staje się trudniejsze niż powinno?
Na początku u mnie było dużo myślenia w trakcie. Nie o teorii, ale o tym, 'czy dobrze siedzę, czy za blisko, za daleko'. Trwało kilka sesji, zanim to ustało. Chyba każda nowa technika ma tę fazę, gdzie procedura zagłusza sam cel.
Frustracja na początku to normalka, naprawde. Ja przy pierwszych medytacjach w ogóle nie z mandalą, tylko z oddechem, myślałam ze jestem zupełnie niezdolna do skupienia. A potem okazało sie ze wlasnie ta obserwacja rozproszenia jest czescia praktyki. Moze tak samo jest z patrzeniem na wzor.
A co jeśli ktoś w ogóle nie ma cierpliwości do siedzenia w bezruchu? Pytam serio, bo ja próbowałam raz czy dwa z mandalą i za każdym razem po pięciu minutach zaczęłam myśleć o zupełnie innych rzeczach i odkładałam to. Czy jest jakaś wersja tej praktyki dla kogoś takiego?
To, co mówi Feniksa, to chyba największa pułapka na początku - że jak nic nie czujesz, to znaczy, że nic się nie dzieje. Ale skąd wiemy, że tak jest? Czy efekty medytacji w ogóle pojawiają się w trakcie, czy raczej poza sesją?
Mnie tez zastanwia to co Galia mówi. Skad wiemy ze to medytacja a nie po prostu przypadek ze akurat cos nie wyszlo i bylam spokojna. Jak to mozna rozróznic?
Na to pytanie szczerze nie ma dobrej odpowiedzi metodologicznej. Nie możesz przeprowadzić kontrolowanego eksperymentu na sobie. Jedyne, co można robić, to obserwować wzorce przez dłuższy czas - czy w tygodniach, kiedy siadasz regularnie z mandalą, coś jest inne niż w tygodniach, kiedy tego nie robisz. Ale to wymaga cierpliwości i dobrej pamięci.
To jest ciekawe rozróżnienie - dziennik nastroju zamiast dziennika medytacji. Może właśnie o to chodziło Eremitce, że ocena samej sesji jest problematyczna, ale obserwacja tego, co jest po, to już nie ingeruje w sam proces?
Słucham tej rozmowy o dziennikach i zastanawiam się, czy w przypadku mandali specyficznie jest coś, co warto odnotować, a czego nie notuje się przy innych typach medytacji. Mandala jest wizualna, więc może warto zapisywać, co się widziało, gdzie wędrował wzrok - czy to ma jakiś sens?
Przy mandali próbowałem kiedyś rysować po sesji, co zapamiętałem ze wzoru. Nie po to, żeby odtworzyć dokładnie, tylko żeby zobaczyć, co zostało. To było dziwne ćwiczenie, bo okazało się, że centrum zapamiętywałem zawsze, a detale z krawędzi rzadko. Nie wiem, co z tego wynika, ale coś mi to powiedziało o tym, jak patrzę.
W tradycji tybetańskiej podobno praktykanci uczą sie mandal na pamięc i wizualizują je wewnetrznie, bez patrzenai na fizyczny wzór. To kompletnie odwrotne podejście niż to o czym tu mówimy, bo tam mandala jest tylko w głowie. Nie wiem czy to ma związek z tym co Kalikst opisał ale jakoś to łaczy.
Wizualizacja wewnętrzna to faktycznie osobna liga. Czytałam, że w praktyce tybetańskiej laduje sie latami zanim ktos w ogóle próbuje wizualizować złożony wzór. Ale to co mówisz, Sylwunia98, przypomina mi że my tu raczej mówimy o patrzeniu na fizyczną mandalę, nie o jej odtwarzaniu w głowie. To dwa zupełnie różne ćwiczenia, tylko przypadkowo ta sama nazwa.
A czy ten punkt powrotu, o którym Kalikst mówi, to nie jest właśnie to, co odróżnia mandalę od innych obiektów skupienia? Bo teoretycznie można patrzeć na świecę albo na kamień i też mieć punkt powrotu. Co mandala ma, czego tamte nie mają?
Sama się nad tym zastanawiałam kiedy zaczynałam ten temat. Chyba kluczem jest intencja i to, co dzieje się z resztą ciała i umysłu podczas patrzenia. Można oglądać mandalę jak obrazek, albo siedzieć z nią cicho i pozwolić, żeby wzrok sam znajdował rytm. Tylko że to łatwiej powiedzieć niż zrobić.
To co Agnisia pisze o intencji - to brzmi dla mnie bardzo abstrakcyjnie. Serio, jak ustawić intencję przy patrzeniu? Mówię sobie 'mam intencję medytować' i co, to już zmienia to, co widzę?
Wracając do tego, co Kalikst pisał wcześniej o zapamiętywaniu centrum - czy ktoś próbował medytować z mandalą, którą sam narysował albo pokolorował? Zastanawiam się, czy znajomość wzoru z procesu tworzenia zmienia coś w tej praktyce skupienia, czy może wręcz utrudnia, bo za dużo wiesz co gdzie jest.
Ja kolorowałam mandalę kilka razy jako taki relaks wieczorny i nigdy nie traktowałam tego jak medytacji, ale teraz czytam tę rozmowę i myślę, że może to i jest jakiś rodzaj skupienia. Przy kolorowaniu przynajmniej ręce są zajęte i umysł jakoś odpływa mniej.
Tez tak mysl, ze kolorownaie to lzejsze wejscie. Moze dla kogoś takiego jak ja kto nie moze usiedziec spokojnie to lepszy pomysl niz siedzenie i gapieniu sie. Tylko czy kolorowanie mandali to jest juz medytacja czy jeszcze nie?
No właśnie, mnie też zastanawia ta granica. Czy jest jakaś definicja, od której zaczyna się medytacja, czy to bardziej płynne? Bo jak posłucham tej rozmowy, to wychodzi że każdy robi trochę co innego i każdy to nazywa medytacją z mandalą.
No właśnie, mnie też zastanawia ta granica. Czy jest jakaś definicja, od której zaczyna się medytacja, czy to bardziej płynne? Bo jak posłucham tej rozmowy, to wychodzi że każdy robi trochę co innego i każdy to nazywa medytacją z mandalą.
Myślę, że definicja tutaj mniej pomaga niż doświadczenie. Jeśli szukasz granicy, to możesz jej nie znaleźć, bo ona jest ruchoma. Bardziej użyteczne pytanie brzmi: co się zmienia w tobie w trakcie patrzenia na mandalę, a co zostaje takie samo jak przed?
Ale czy to nie jest trochę definicja kołowa? 'Medytujesz, kiedy dajesz uwagę' - no tak, ale jak mam wiedzieć, że daję uwagę, a nie tylko mi się wydaje, że daję? Przy mandalach to szczególnie tricky, bo wzrok jest zajęty, ale głowa może być zupełnie gdzie indziej.
Ten motyw złości na siebie za odpływanie - czy ktoś inny też przez to przechodził? Bo mam wrażenie, że to może być jeden z większych bloków przy takich praktykach. Szczególnie przy mandali, gdzie masz dosłownie przed oczami dowód, że nie patrzysz.
