To jest ważny szczegół, który Sasankaa zauważyła - emocjonalne zaangażowanie w obiekt medytacji może bardzo zmieniać doświadczenie, niekoniecznie dlatego, że obiekt jest 'lepszy'. Trochę jak z różańcem - liczy się między innymi to, że jest twój, a nie że jest z lepszego materiału.
A jeśli ktoś nie ma zdolności plastycznych i nie jest w stanie narysować nic, co chciałoby się kontemplować? Pytam serio, bo moje próby rysowania kończą się tym, że patrzę na to i się złoszczę zamiast medytować 🙂
Wracając do mojego wcześniejszego pytania o centrum - sprawdziłam kilka mandali z tych, które mam, i widzę, że dwie mają wyraźny punkt centralny, a jedna ma taką spiralną strukturę bez wyraźnego środka. Joasia71, czy ta spiralna nadaje się do praktyki, którą opisywałaś z zamkniętymi oczami, czy raczej nie?
Spiralna to trudniejszy materiał do wizualizacji przy zamkniętych oczach, bo nie ma punktu zaczepienia. Ale do kontemplacji z otwartymi oczami może działać bardzo dobrze - wzrok naturalnie wędruje po spirali i to samo w sobie może być formą skupienia. Zależy, co chcesz z tej praktyki wyciągnąć.
A mnie ciekawi, czy ktoś tu próbował medytować na mandalii z kamieni albo piasku, jak te tybetańskie? Bo czytałam, że mnisi po skończeniu takiej mandalii rozsypują ją celowo i to jest część praktyki. Jakoś to mnie uderzyło w kontekście całej tej rozmowy o przywiązaniu do obiektu.
Mandala z piasku to coś, co mnie też zawsze zastanawiało. To że ją rozsypują brzmi jak gest sprzeczny z całym wysiłkiem wkładanym w tworzenie - ale może właśnie o to chodzi? Żeby nie przywiązywać się do efektu? Ktoś wie, czy da się tę ideę jakoś przenieść na codzienną praktykę bez rozsypywania tygodniowej pracy?
To jest bardzo buddyjski koncept - rozsypanie jest częścią nauki o nietrwałości, nie dodatkiem do estetycznej praktyki. Ale da się to przenosić na mniejszą skalę. Słyszałam o osobach, które celowo rysują mandalę ołówkiem i po medytacji ją ścierają. Czy to traci sens, bo jest szybsze? Nie wiem - to zależy chyba od tego, czy akt zniszczenia przeżywasz świadomie, czy po prostu sprawnie usuwasz.
Wracając do samej praktyki medytacji z mandalą - bo trochę odpłynęliśmy w stronę filozofii zniszczenia 🙂 - mam pytanie do tych, którzy medytują regularnie z tym obiektem. Jak długo siedzicie z jedną mandalą, zanim poczujecie, że 'wyczerpaliście' jej potencjał do skupienia? Czy w ogóle taki moment przychodzi?
Patrzenie od krawędzi zamiast od centrum - tego nie słyszałam. Joasia71, jak to konkretnie wygląda? Wzrok wędruje do środka, czy zatrzymujesz go na zewnętrznej warstwie celowo?
To co Joasia71 opisuje brzmi dla mnie jak coś zaawansowanego - u mnie wzrok sam ucieka do centrum i nie mam odruchu, żeby z tym walczyć. Ale właśnie w tym kontekście - czy mandala spiralna, którą opisałam wcześniej, mogłaby być łatwiejszym startem? Bo tam nie ma wyraźnego centrum, do którego oko mogłoby 'uciec'?
Mnie też ciekawi ta spiralna. Ale chciałam zapytać o coś innego - czy ktoś próbował medytować z mandalą w ciemniejszym pomieszczeniu, przy świecy? Widziałam takie zdjęcia i zastanawiam się, czy to ma sens praktyczny, czy tylko ładnie wygląda.
Kolor mandali to temat, który pojawia się w różnych tradycjach - w buddyzmie tybetańskim każdy kolor ma przypisane znaczenie, np. biały, żółty, czerwony. Ale czy to ma przełożenie na świecką medytację uważnościową? Tego nie wiem. Czy ktoś tu świadomie dobierał kolory mandali do praktyki i poczuł różnicę?
Nie dobierałem według żadnego systemu, ale mam wrażenie, że spokojniejsze barwy - niebieski, fiolet, zieleń - łatwiej mi się z nimi siedzi niż z mocną czerwienią lub pomarańczem. Choć nie wiem, czy to specyfika mandali, czy po prostu ogólna psychologia kolorów.
Ja mam mandali w czarno-bialym, taka do kolorowania kupilem corce ale teraz sam uzywam. Nie widzialem jeszcze roznic miedzy kolorami bo jeszcze nie pokolorowalem 🙂 Ale czytam tutaj i zastanawiam sie - czy jak sam pokoloruje to bedzie inna praca niz jak bym kupil gotowa kolorowa?
To co Joasia71 mówi o kolorowaniu jako praktyce trochę zmienia moje myślenie o tym temacie. Zaczęłam od pytania o gotowe mandali do kontemplacji, a teraz widzę, że samo kolorowanie to osobna forma pracy. Czy wasze zdaniem te dwie rzeczy - kolorowanie i potem siedzenie z gotową - można połączyć w jedną sesję, czy lepiej rozdzielić?
Myślę, że zależy od czasu, który masz. Kolorowanie może być dobre na 'rozgrzewkę', żeby umysł się wyciszył przed właściwą kontemplacją. Ale jeśli kolorowanie trwa długo, to może wyczerpać uwagę i nie będziesz miała siły na siedzenie. Próbowałaś kiedyś jednego i drugiego w tej samej sesji?
Ja raz próbowałam: kolorowałam przez jakieś dwadzieścia minut, a potem usiadłam z tą samą mandalą. Efekt był inny niż zwykle - poczułam większą 'zażyłość' z wzorem, bo znałam go z osobistego rysowania każdego detalu. Ale byłam też bardziej zmęczona niż przed zwykłą sesją. Więc chyba Eremitka ma rację co do wyczerpania uwagi.
To co Sasankaa mówi o zażyłości z wzorem mnie zainteresowalo. Jak kolorujesz mandale własnoręcznie to potem siedzisz i patrzysz inaczej bo znasz każdy zakątek? Czy to tylko na poczatku czy za każdym razem jak siadasz do tej samej mandali?
Właśnie to 'znanie od środka' wydaje mi się kluczowe dla medytacji z mandalą. Kolorowanie zmusza cię do zobaczenia każdego elementu osobno, a potem w kontemplacji widzisz całość inaczej. Ale mam pytanie do Sasankaa - czy ta zażyłość ci pomagała, czy może utrudniała? Bo znam paradoks, gdzie zbyt dobra znajomość obiektu sprawia, że przestaje angażować.
A czy sam akt kolorowania musi być wolny i spokojny, żeby miał wartość medytacyjną? Pytam, bo zdarza mi się kolorować trochę mechanicznie, szybciej, jakby chodziło o skończenie rysunku. I zastanawiam się, czy wtedy w ogóle ma to sens jako przygotowanie do siedzenia.
Zgadzam się z Joasia71, ale mam inne doświadczenie. U mnie zbyt szybkie kolorowanie skutkuje tym, że nie wchodzę w odpowiedni stan i potem siedzę z mandalą zupełnie nieobecna. Jakby nie naładowała się uwagą przed sesją. Czy to możliwe, że kolorowanie pełni funkcję czegoś w rodzaju rozgrzewki dla uwagi i jak jej nie zrobimy porządnie, to kontemplacja nie chce ruszyć?
Rytuał przed kolorowaniem to ciekawy pomysł. Sam czasem zanim zasiądę do czegokolwiek po związanego z uwagą, po prostu przez chwilę siedzę bez robienia niczego. Nie wiem, czy to jest medytacja, czy tylko lenistwo 🙂 Ale potem mi łatwiej.
Wracam do tematu koloru, bo Eremitka wcześniej wspomniała o tybetańskich znaczeniach. Mam mandalę w głównie ciepłych barwach, pomarańcze i czerwienie, i rzeczywiście trudniej mi z nią siedzieć niż z inną, niebieską. Ale nigdy nie wiedziałam, czy to kwestia znaczenia symbolicznego, czy po prostu że te kolory mnie pobudzają. Czy ktoś tu faktycznie pracuje z mandalami wybranymi świadomie pod kątem koloru?
Nie ma jednej zasady, przynajmniej nie w świeckiej uważności. W tradycji tybetańskiej są konkretne systemy, ale tam mandala to część złożonego rytuału, nie ćwiczenie koncentracji. Pytanie, czy warto w ogóle sięgać do tych systemów, skoro kontekst jest zupełnie inny.
Słucham tej dyskusji od jakiegoś czasu i mam takie poczucie, że za dużo myślimy o przygotowaniu, a za mało o samym siedzeniu. Sama zaczęłam z mandalą przez przypadek, nie wiedziałam nic o kolorach ani kolorowaniu - i coś z tego było. Może właśnie dlatego, że nie miałam oczekiwań?
No własnie. Ja tez zaczynam i zamiast pokolorowac i urzadzic sobie seans to tu czytam godzinami 🙂 Ale poważnie - czy ta spiralna mandala jest polecana na poczatek? Bo Agnisia.pl pytala i nie bylo odpowiedzi.
Spiralna mandala jest dobra na początek właśnie dlatego, że oko nie ma jednego centrum do szukania - wędruje po linii i to jest mniej frustrujące niż próba utrzymania wzroku w środku skomplikowanego wzoru. Przynajmniej w moim doświadczeniu. Choć nie wiem, czy to samo zadziała u każdego.
