Można jedynie przestać próbować, ale to nie jest niezaliczenie. Jeśli siedzisz przy kawie i myślisz o zakupach przez pięć minut, a potem przez sekundę wracasz do smaku - ta sekunda się liczy. Nie ma punktacji, nie ma progu. To jest ćwiczenie, nie konkurs.
Dobra, to jest sensowne. Ale mam wrażenie że stale rozmawiamy o siedzeniu przy kawie i zmywaniu. A ja wróciłem myślami do tej pracy i zastanawiam się - to co Eremitka mówiła o kotwiczeniu, to czy da się to robić podczas rozmowy z drugim człowiekiem? Bo tam nie mogę się skupiać na temperaturze dłoni.
aaaa czyli jak slucham kogos i naprawde slucham a nie juz wymyslam co odpowiem, to jest wlasnie to? bo mi sie to czasem zdarza ze slucham tak naprawde i to jest bardzo inne niz normalnie
Czyli możemy powiedzieć że mindfulness w rozmowie to jest po prostu pełne słuchanie? Czy to zbytnie uproszczenie?
No to może moja praca to jednak nie jest takie złe miejsce na ćwiczenie jak myślałem. Tylko że tam naprawdę trudno nie uciekać myślami kiedy ktoś mówi coś głupiego na zebraniu i już wiem że za chwilę będę musiał to prostować.
No i właśnie to mnie blokuje na tych zebraniach. Bo nie mogę po prostu obserwować własnej irytacji - muszę coś z nią zrobić, zabrać głos, sprostować. Jak wtedy nie 'uciec' skoro ucieczka jest wymagana?
To nie jest ucieczka, to działanie. Jest różnica między reagowaniem z miejsca tej irytacji a reagowaniem po jej zauważeniu. Możesz sprostować głupią wypowiedź i być przy tym uważny. Właśnie wtedy kotwica w ciele się przydaje - żebyś wiedział co czujesz zanim otworzysz usta.
Czyli to jest takie... chwila między bodźcem a odpowiedzią? Słyszałem gdzieś coś takiego ale nie pamiętam skąd.
Ta chwila to naprawdę ułamek sekundy, nie dwie minuty ciszy. Jeden oddech. Poczucie nóg na podłodze. Tyle. Nie musisz wchodzić w trans żeby być przez sekundę bardziej przytomna.
jeden oddech brzmi wykonalnie 🙂 ale mam pytanie bo mi sie przytrafia cos innego - jak ktos mowi cos co mnie denerwuje to ja zapominam oddychac w ogole, dosłownie. i potem odpowiadam z takiego zacisnietego miejsca. czy ktos ma tak samo?
No ok, ale jak mam pamiętać o tym oddechu kiedy jestem już w środku tej irytacji? To trochę jak mówienie żeby się uspokoić osobie która jest zdenerwowana.
Nie pamiętasz. I o to chodzi w ćwiczeniu poza zebraniem - żebyś trenował te momenty przy kawie, przy zmywaniu, żeby ciało zaczęło to robić trochę automatycznie. Nikt nie mówi że od razu będziesz pamiętał w najtrudniejszym momencie.
To jest w sumie odpowiedź na to dlaczego w ogóle ćwiczyć przy kawie. Nie myślałem o tym w ten sposób. Że te łatwe momenty budują coś na trudniejsze.
Hm. To zmienia trochę moją perspektywę. Zawsze myślałam że mindfulness przy kawie to jest cel sam w sobie, a to jest może bardziej jak trening przed meczem?
Dobra metafora, choć nie jest to wyścig ani mecz. Ale tak, chodzi o budowanie pewnego nawyku uwagi. Żeby ta uwaga była bardziej dostępna kiedy sytuacja jest trudniejsza.
a czy mozna trenowac specjalnie trudne sytuacje? tzn celowo szukac momentow kiedy jestem zdenerwowana i wtedy probowac oddychac? czy to jest przerost formy?
Celowo szukać trudnych sytuacji bym nie polecała, bo życie i tak ich dostarcza wystarczająco. Ale jeśli masz pod ręką coś co regularnie cię drażni - wiadomości w telefonie, korek, oczekiwanie w kolejce - to tak, to są dobre miejsca żeby ćwiczyć. Nie musisz ich szukać, po prostu nie uciekaj od nich przez telefon.
Korek. No to mam codzienne ćwiczenie zapewnione. Serio, nigdy nie myślałem że wkurzający korek może być do czegoś przydatny.
Trafne w połowie. Judo zakłada że wygrywasz. Tutaj nie chodzi o wygranie z irytacją, tylko o to żeby nie być przez nią niesiona jak przez fale. Raczej surfing niż judo, jeśli już szukamy sportowych metafor.
Surfing mi się podoba, ale mam wrażenie że to brzmi bardzo pięknie w teorii. Jak ktoś naprawdę tego doświadczył w tej trudnej sytuacji poza poduszką? Że poczuł różnicę?
ja raz! w kłotni z siosrą mialam moment kiedy nagle 'wyszłam' z tego i zobaczyłam nas obie jak z boku. to bylo dziwne ale bardzo dobre bo przestałam krzyczec. nie wiem czy to bylo mindfulness ale cos tam zadziałało
To co opisujesz Pustelka to brzmi właśnie jak ten moment wyjścia z automatyzmu. Jak z zewnątrz, powiedziałaś. Czy to się przydarzyło nagle czy poczułaś że coś wcześniej zrobiłaś żeby to uruchomić?
To co Pustelka opisuje to jeden z bardziej klasycznych momentów w tej praktyce. To poczucie wyjścia z automatyzmu i zobaczenia sytuacji z pewnego odstępu. Nie da się tego zaplanować ani wymusić, ale tak, buduje się poprzez te mniejsze ćwiczenia.
Dobra, ale jak długo to budowanie trwa? Bo mam wrażenie że słyszę tu dużo 'może', 'z czasem', 'nieoczekiwanie'. Czy jest jakiś konkretniejszy horyzont?
Rozumiem potrzebę konkretu. Tyle mogę powiedzieć uczciwie: niektórzy mówią o kilku tygodniach regularnego ćwiczenia, inni o kilku miesiącach. Zależy od tego jak bardzo jesteś w swoim ciele na co dzień, ile masz nawarstwionego napięcia, ile czasu poświęcasz. Nie ma jednej odpowiedzi i każdy kto mówi inaczej, kłamie.
To jest przynajmniej szczera odpowiedź. Ale mam takie pytanie z innej strony - co jeśli ktoś ćwiczy regularnie, przy kawie, przy korku, przy zmywaniu, i nic takiego nie przychodzi? Żadnego wyjścia z automatyzmu, żadnej zmiany? Czy to znaczy że robi coś źle?
o ja sie tez boje ze moj moment byl przypadkowy i sie nie powtorzy. czy mozna to jakos utrwalic?
