To rozróżnienie między obecnością a mechanicznym robieniem oddechu to jest chyba klucz. Ale jak to odróżnić od środka? Bo z zewnątrz wygląda tak samo.
Pytanie zwrotne: czy w tym momencie z kawą wiesz jaka jest temperatura kubka w dłoniach? Czy słyszysz cokolwiek w tle? Czy jesteś w stanie powiedzieć jak smakuje ten łyk? Jeśli tak, to jesteś obecny. Jeśli nie wiesz bo myślisz o zebraniu za godzinę, to nie jesteś, choćbyś idealnie wzdychał.
No to teraz mam przynajmniej jakiś sposób sprawdzenia. Temperatura kubka, smak, dźwięki. Ok, to jest konkretne. Chociaż i tak brzmi jak coś co musiałbym sobie co chwilę przypominać.
Właśnie to mnie zastanawia - to ciągłe przypominanie sobie. Czy nie prowadzi to do sytuacji gdzie cały czas obserwujesz siebie zamiast po prostu żyć? Mam wrażenie że to może być trochę męczące.
To jest naprawdę dobre pytanie i wiele osób je ma. Odpowiedź jest taka że na początku owszem, to wymaga wysiłku i uwagi. Ale po czasie ta uwaga staje się mniej wymuszona. Nikt kto jeździ na rowerze od lat nie myśli cały czas o balansie - a kiedyś musiał.
rower to dobra metafora. choc zastanawiam sie czy medytacja w zyciu codziennym moze kiedys byc tak 'naturalna' jak jazda na rowerze, czy zawsze bedzie wymagac jakiegos napiecia
Szczerze? Zależy od dnia i od sytuacji. W spokojnych momentach to jest już bardziej automatyczne. W bardzo trudnych - nadal muszę się 'łapać'. Nie obiecuję że to znika całkowicie. Ale te trudne momenty są teraz rzadsze i krótsze. I to jest dla mnie wystarczająca zmiana.
To jest chyba najbardziej uczciwa rzecz jaką słyszałem w tym wątku o efektach. Nie 'osiągnęłam stan oświecenia' tylko 'trudne momenty są rzadsze i krótsze'. Jakoś bardziej wierzę w to jako cel.
Ok. To mi wystarczy na razie jako perspektywa. Wracam do korka i temperatury kubka. Zobaczymy czy za jakiś czas będę miał coś do powiedzenia.
Ok, temperatura kubka i smak kawy to brzmi banalnie, ale właśnie spróbowałam i zaskakująco trudno mi było utrzymać uwagę dłużej niż chwilę. Ciągle wpadała jakaś myśl o tym co mam zrobić. Ale przynajmniej teraz wiem że nie byłam obecna. To już coś.
To jest absolutnie normalne. Umysł odpływa. To nie jest porażka medytacji, to jest medytacja. Ten moment gdy zauważasz że odpłynęłaś i wracasz - to jest właśnie ćwiczenie. Nie chodzi o to żeby nie odpływać, tylko żeby zauważać.
Poczekajcie, to jest dla mnie zmiana perspektywy. Myślałem że celem jest utrzymanie uwagi i jak mi nie wychodzi to robię coś źle. A tu mówisz że samo zauważenie że odpłynęłam to już jest sukces? Eremitko, czy to nie jest trochę zbyt łagodne kryteria?
To porównanie do siłowni jest dobre, bo rozumiem je intuicyjnie. Ale mam pytanie - czy istnieje coś w rodzaju 'przetrenowania' w mindfulness? Bo słyszałem gdzieś że za dużo obserwowania siebie może być niezdrowe.
To jest realne zjawisko i dobrze że padło. Nadmierna samoobserwacja połączona z oceną siebie może prowadzić do czegoś co niektórzy nazywają 'pułapką mindfulness' - obserwujesz siebie z lękiem, sprawdzasz czy medytujesz poprawnie i to samo w sobie staje się źródłem napięcia. Klucz to nieoceniające obserwowanie. Patrzysz, nie sędziujesz.
Nieoceniające to brzmi pięknie ale jak to wygląda w praktyce? Bo jak zauważam że odpłynęłam to automatycznie pojawia się coś w stylu 'znowu mi nie wyszło'. To jest ocena? I jak ją wyłączyć?
o tak to samo mam, ta mysl 'znowu' to jest chyba najczestszy moj problem. czuje sie jakbym sie sama lapala na bledzie za kazdym razem
Właśnie ta myśl 'znowu mi nie wyszło' to jest osobna myśl którą też możesz po prostu zaobserwować i puścić. Nie trzeba jej wyłączać, trzeba ją zobaczyć jako kolejną myśl, nie jako prawdę o sobie. To jest różnica między 'jestem roztargniona' a 'pojawia się myśl o tym że jestem roztargniona'.
To filozoficznie brzmi sensownie ale nie bardzo wiem jak to zastosować w momencie gdy stoję w korku i jestem już po prostu zirytowany. Obserwowanie myśli o irytacji nie sprawia że korek znika.
U mnie działa, ale nie powiem że zawsze i nie powiem że natychmiast. Różnica jest taka że zamiast nakręcać się myślami o tym jak bardzo nienawidzę korków i że przez to spóźnię się i że ten dzień będzie do niczego - zatrzymuję się wcześniej. Nie co chwilę mi to wychodzi. Ale częściej niż kiedyś.
Mam pytanie trochę z boku - czy ta praktyka w codziennych sytuacjach wymaga jakiegoś 'zakotwiczenia'? Czytałam gdzieś że dobrze jest mieć konkretny sygnał który przypomina żeby być obecnym. Coś takiego jak czerwone światło albo dzwonek telefonu. Czy to jest pomocne czy raczej sztuczne?
Kotwice to ciekawy pomysł. Ja chyba nieświadomie mam jedną - zawsze kiedy czekam na windę zamiast patrzeć w telefon próbuję po prostu stać. Czy to się liczy jako taka kotwica czy to za mało żeby cokolwiek dawało?
Dokładnie o to chodzi, Bogumil.ka. Kiedy coś wchodzi w nawyk bez wysiłku woli, to znaczy że naprawdę się wkorzeniło. Kotwice na początku są sztuczne i trochę mechaniczne, ale po jakimś czasie przestajesz o nich myśleć jako o ćwiczeniu - to po prostu jest sposób w jaki stajesz przy windzie. I to jest chyba najlepszy możliwy wynik tej praktyki.
Dobra, zainspirowany tym wątkiem próbowałem ostatnio tej kotwicy z czerwonym światłem. I powiem szczerze - przez pierwsze pięć minut patrzyłem w telefon zanim w ogóle sobie przypomniałem. Czy na początku tak to właśnie wygląda? Że kotwica sama w sobie potrzebuje czasu zanim zadziała?
ja tez probowalam z myciemrak ale za kazdym razem zapominam po prostu. moze wybieram zly moment? eremitko, czy jest jakis lepszy poczatkowy kotwic dla kogoś kto ma problem z pamietaniem?
A czy kotwica musi być codziennie ta sama? Bo zastanawiam się czy na przykład można mieć kilka różnych w różnych dniach czy to rozmywa ten efekt nawyku o którym mówiła Eremitka.
Na początku jedna, zdecydowanie. Kilka kotwic naraz to rozproszenie. Jak już jedna działa automatycznie, można dodać kolejną. To samo co z nawykami w ogóle - małe kroki, nie rewolucja.
To mam pytanie praktyczne - jak długo zajmuje żeby kotwica stała się naprawdę automatyczna? Mówię o realnych liczbach, nie 'zależy od osoby'.
