Ostatnio coraz więcej mówi się o medytacji jako o czymś, co robi się na poduszce przez 20 minut rano, a potem wraca się do chaosu. Ale przecież to nie o to chodzi. Mnie bardziej interesuje to, jak przenieść tę uważność do zwykłego dnia - do mycia naczyń, stania w kolejce, jazdy autobusem. Czy ktoś z was faktycznie to praktykuje poza sesjami formalnej medytacji? Nie teoria, tylko prawdziwe doświadczenie z życia. Bo mam wrażenie, że większość rozmów o mindfulness kończy się na poziomie 'oddychaj i obserwuj', a potem nikt nie wie co z tym zrobić w środku tygodnia.
Właśnie o to mi chodzi, bo ja siedzę na poduszce i jest okej, ale jak wychodzę z domu to wszystko znika. Jakby ta spokojność była przywiązana do konkretnego miejsca. Próbowałam oddychać świadomie w tramwaju, ale czułam się dziwnie, jakby ktoś mnie obserwował i zaraz zapyta co robię.
Ja mam dokładnie ten sam problem. Dwa tygodnie ćwiczę i nadal nic poza samą sesją. Kiedy to w końcu zaczyna działać normalnie, poza poduszką? Trochę mnie to frustruje.
no siedzę, liczę oddechy, 15 minut rano. Coraz łatwiej mi się skupić podczas samej sesji. Ale w pracy dalej wchodzę w tryb autopilota i po godzinie nie pamiętam co robiłem.
Szczerze to mam wrażenie, że mindfulness w codziennym życiu to trochę naciągana koncepcja. Jak mam być uważna na zmywaniu naczyń, kiedy mam w głowie listę rzeczy do zrobienia? Mózg nie jest od tego, żeby wyłączyć planowanie. Może ktoś mi wytłumaczyć o co tak naprawdę chodzi, bo dla mnie brzmi to jak 'myśl o niczym', co jest niemożliwe.
Ja probuje to robić przy piciu kawy rano. Tzn siadam, nie patrzę w telefon, tylko naprawde czuje smak, ciepło w dloniach i tak. To nieee jest latwe bo zaraz przypominam sobie o czyms i znow mysle o pietnascu rzeczach naraz. Ale mam wrazenie ze jakos pomaga mi sie spokojniej zaczac dzien. Czy to juz jest ten mindfulnes o ktorym mowicie?
No właśnie, bo jak to ma być przez chwilę w tramwaju, to co to w ogóle zmienia. Wolałbym wiedzieć czy jest jakaś metoda na przeniesienie tego co dzieje się na sesji do reszty dnia, jakiś konkretny sposób, nie tylko 'bądź obecny'.
To może powiem co mi faktycznie pomogło, bo mam to sprawdzone przez parę lat. Wybrałam kilka codziennych czynności i postanowiłam, że zawsze robię je bez innych bodźców. Mycie zębów, pierwsze 10 minut po wstaniu, mycie naczyń po kolacji. Nie słucham podcastów, nie myślę o planach. Tylko to, co robię. Nie musisz robić tego cały dzień, bo to nierealne. Ale kilka punktów zakotwiczenia w ciągu dnia to już coś.
a jak sie zdarzalo ze jednak mysli przejely i dopiero po chwili to zauwazalas? Czy wracalas do tej czynnosci czy juz za pozno i odpuszczalas do nastepnego razu?
No ale w pracy to jest niemożliwe, bo tam trzeba myśleć, planować, reagować. Jak mam być uważny i jednocześnie rozwiązywać problemy? To chyba wyklucza się wzajemnie.
Dobra, to mam pytanie do tych, którzy to ćwiczą od jakiegoś czasu. Czy zauważyliście konkretną zmianę, którą moglibyście opisać bez ogólników? Bo ciągle słyszę 'spokój', 'obecność', 'kontakt z wnętrzem' - a chciałabym wiedzieć co to znaczy w praktyce, w realnym dniu.
Ja moge powiedziec ze u mnie - choc niedugo to robie - zauwazylam ze rzadziej wchodze w klotnie z meza bo zauważam ze juz sie we mnie gotuje zanim wybuchne. Nie zawsze, ale czesciej niz wczesniej. Nie wiem czy to od kawy z uwaga czy od czegos innego, ale sie zmieniło troche.
No dobra ale Pustelka mówi o kłótni z mężem, a ja mam na myśli sytuację w pracy gdzie muszę reagować szybko na wiadomości, telefony, pytania. Tam nie ma czasu na sekundę przerwy. Albo reagujesz natychmiast albo jesteś postrzegany jako ktoś kto nie ogarnia. Jak to pogodzić?
Nikt tu nie mówi o wyłączaniu planowania. Trzeci raz to powtarzam i chyba trzeba powiedzieć wprost - jeśli szukasz metody na wyłączenie myślenia w pracy, to nie jest mindfulness. To jest coś innego i ta praktyka ci tego nie da. Natomiast przerwa przy kawie to jest moment dla ciebie - czy te trzy minuty naprawdę musisz spędzić na myśleniu o tym co za chwilę?
Mam pytanie trochę z boku - czy robienie czegoś uważnie i bycie skupionym to jest to samo? Bo jak robię coś z pełną koncentracją to czasem jestem tak wciągnięta że nie myślę o niczym innym, ale nie wiem czy to jest mindfulness czy po prostu zaangażowanie.
Czekaj, a więc w mindfulness mam być skupiona na czynności I jednocześnie obserwować siebie jak to robię? Bo to brzmi jak robienie dwóch rzeczy naraz, a właśnie to miało nie być celem.
a jak to w ogóle wychodzi poza sesję medytacyjną? Znaczy, na poduszce mam oczy zamknięte i mogę się skupić tylko na tym. Ale przy zmywaniu mam dźwięki z zewnątrz, myśli, wodę - skąd mam wiedzieć że 'robię to dobrze' jeśli nie ma żadnego punktu odniesienia?
Właśnie, bo na sesji wiem że siedzę i liczę oddechy i to jest konkretne. A co mam liczyć przy zmywaniu? 🙂
To mi coś rozjaśnia. Czyli to jest trochę jak gdybyś miał jeden zmysł wybrany na 'główny' i wracasz do niego kiedy odpływasz myślami? Dobrze rozumiem?
Dobra, spróbuję z tym zmywaniem. Choć powiem szczerze że mam obawy że zacznę to analizować i zamiast być przy zmywaniu to będę oceniać czy jestem wystarczająco 'przy zmywaniu' i to się samo nakręci. Macie takie doświadczenia?
Ale jak można odpuścić ocenę jeśli właśnie oceniasz że za bardzo oceniasz? To jest jakiś paradoks.
To nie jest pętla bez wyjścia, to jest pętla z wyjściem w każdej chwili. Wyjście jest w momencie kiedy wracasz do zmysłów - do ciepła wody, do smaku kawy - zamiast rozmawiać sama ze sobą o tym czy robisz to poprawnie. Myśl 'czy jestem uważna' to też tylko myśl, taka sama jak każda inna.
To znaczy że mam traktować tę myśl o ocenianiu tak samo jak myśl o zakupach które muszę zrobić? Po prostu ją zauważyć i wrócić?
HAHA Bogumil.ka tak!!! i potem mysle ze jestem irytujaca bo sie irytuje i to juz jest totalna gmatwanina 🙂 serio to mi sie przydarza
No właśnie chyba na siebie. Że niby powinienem umieć siedzieć przy kawie i po prostu być, a mój mózg zamiast tego robi listę zakupów. I czuję że to jest porażka jakiegoś zadania które sobie postawiłem.
O, to akurat rozumiem. Mam dokładnie to samo. Jakby mindfulness stało się kolejnym egzaminem do zdania.
A czy można w ogóle 'nie zdać' z mindfulness? Pytam serio, bo teraz nie wiem.
