Czyli tak naprawdę mówisz że ten jeden wydech to jest minimum i wszystko powyżej tego jest bonusem? Mnie to trochę zmienia perspektywę bo zawsze myślałam że trzeba od razu jakoś 'przeprowadzić' cały atak przez technikę, a ty mówisz że wystarczy jeden oddech.
Stella, właśnie to chciałam powiedzieć wcześniej ale nie umiałam tego tak ładnie sformułować jak Rezeda. To nie jest maraton, to jest jeden krok. I może dlatego wiele osób czuje że 'medytacja nie działa' w panice - bo oczekują że przeprowadzą się przez całą technikę, a w tym stanie to jest niemożliwe.
To mi dużo daje. Serio. Bo moje nastawienie było właśnie takie - że jak nie pamiętam całej metody i nie robię wszystkiego poprawnie, to znaczy że nie działa i odpuszczam. A może właśnie to odpuszczanie jest tym momentem gdzie spirala wciąga bardziej. Mam teraz inne pytanie - czy ten jeden wydech można jakoś wytrenować wcześniej, żeby w kryzysie był bardziej automatyczny?
Lunaki, to jest świetne pytanie i chyba to jest właśnie ta odpowiedź na to co Juliusz mówił na początku - że regularna praktyka i praktyka kryzysowa są powiązane. Trenujesz jeden wydech kiedy jest spokojnie, żeby mieć go pod ręką kiedy jest trudno. Czy ktoś to świadomie ćwiczył? Bo sama o tym myślę ale nie próbowałam w żaden systematyczny sposób.
Czytam ten wątek od dłuższego czasu i coś mnie nurtuje - wszyscy mówią o wydechu, ale nikt nie wspomniał co z wdechem. Bo jak mam panikę to właśnie wdech jest problemem - jest za szybki, za płytki, i to właśnie ten wdech napędza całą spiralę. Czy skupianie się na wydechu automatycznie porządkuje wdech, czy to są dwie osobne sprawy?
No dobra, rozumiem logikę z tym układem przywspółczulnym, ale mam konkretny opór - jak mam skupić się na wydechu kiedy dosłownie nie mogę wypuścić powietrza? Bo mi się zdarza że w panice trzymam oddech i w ogóle nie ma co wydychać, bo najpierw trzeba by wziąć wdech. I tu się robi błędne koło.
To bardzo ciekawe że Idzi i Kornelka mają ten wzorzec z zatrzymywaniem, bo ja mam odwrotnie - u mnie jest hiperwentylacja, za szybko, za płytko. I okazuje się że jeśli jesteś w jednym wzorcu to techniki dla drugiego mogą być nieużyteczne albo nawet szkodliwe. Może warto w tym wątku jakoś rozróżnić te dwie sytuacje? Bo inaczej ktoś przeczyta radę i zastosuje coś zupełnie odwrotnego do tego czego potrzebuje.
A skąd w ogole wiadomo który wzorzec się ma? Tzn podczas paniki to chyba trudno analizować co sie robi z oddechem. Ja w środku ataku w ogole nie wiem czy oddycham za szybko czy za wolno, wiem tylko że źle.
Właśnie - ja też bym nie umiała powiedzieć co dokładnie dzieje się z moim oddechem podczas paniki. Pamiętam tylko wrażenie ogólne - że jest źle. Czy ktoś z was w ogóle próbował to obserwować na zimno, poza atakiem, i wyciągnąć z tego wnioski?
Próbowałam robić takie 'próbne' paniki - tzn myśleć o czymś co mnie stresuje i obserwować co się dzieje z ciałem. Wiem że to brzmi dziwnie ale mi to pomogło. Odkryłam że mój pierwszy sygnał to napięcie w ramionach, nie oddech. Oddech idzie dopiero po tym. Więc teraz jak czuję ramiona - to jest mój sygnał że muszę coś zrobić, zanim jeszcze dotrę do oddechu.
Czyli de facto to jest taka mini-ekspozycja kontrolowana? Mnie to trochę niepokoi, bo czytałam że coś takiego powinno się robić z prowadzącym, nie samemu. Nie mówię że Chryzoprazka źle robi, ale martwię się trochę o osoby które to przeczytają i pójdą za daleko.
A mnie to wszystko skłania do pytania - czy te techniki których tu uczymy się w dyskusji, naprawdę da się zastosować samemu bez żadnego wcześniejszego treningu z kimś? Bo słucham i mam wrażenie że każda z nich wymaga jakiegoś wyczucia, które trzeba zbudować z czasem.
Okej, ale mam konkretne pytanie do Niezapominajki - jak ćwiczyć jedność wydechu kiedy wszystko jest dobrze, skoro wtedy nie ma po co? Tzn rozumiem logikę, ale jak to ma wyglądać praktycznie? Siadasz i udajesz że jest panika?
To jest dokładnie to co mam w notatkach jako 'zaszczepienie nawyku' - że ciało musi znać ruch żeby go wykonać w stresie. Jak po raz pierwszy próbujesz czegoś w panice, to masz za mało zasobów żeby się tego w ogóle nauczyć w tamtej chwili. Mam pytanie do Eliksiry - czy jest jakaś minimalna częstotliwość takiego ćwiczenia żeby w ogóle coś weszło w nawyk?
Wracając do mojego problemu z zatrzymywaniem oddechu - czy ktoś z was miał podobnie i faktycznie coś na to znalazł? Bo czuję że mój przypadek jest trochę inny niż większość tego co tu opisujecie i nie chcę stosować czegoś co mi po prostu nie pasuje.
Dmuchanie w dłoń - to brzmi tak absurdalnie prosto że aż chce się spróbować. Rezeda, a ta twoja znajoma mówiła jak długo to trwało zanim się tego nauczyła stosować w samym środku paniki? Bo rozumiem że na spokojnie jest prosto, ale to jest ta sama przepaść o której Niezapominajka mówiła.
Właśnie o tym nie pomyślałam - kontekst społeczny. Większość moich ataków zdarza się właśnie przy ludziach, bo najczęściej stresuję się przez ludzi. I nie będę robiła dziwnych rzeczy przy wszystkich. Czy ktoś w ogóle ma techniki które wyglądają normalnie z zewnątrz?
Mnie to pytanie Juliusza trochę jednak blokuje bo jak zaczynam sie zastanawiac czy to działa czy nie to przestaje dzialac. Jak jest panika to nie mam wtedy miejsca na filozofię, musze po prostu cos robic. Czy ktos ma tak samo ze analiza psuje efekt?
Runiarka, to dokładnie mój problem - jak za dużo myślę o tym czy technika zadziała, to ona nie działa, bo moja głowa jest zajęta myśleniem a nie robieniem. Może to też jest odpowiedź na to dlaczego proste głupie rzeczy jak to dmuchanie mogą być lepsze od skomplikowanych - bo nie dają miejsca na analizowanie.
Ale z drugiej strony - jeśli nie rozumiesz co robisz, to jak masz wiedzieć kiedy to zastosować i jak to modyfikować jeśli nie działa? Całkowite wyłączenie myślenia wydaje mi się trochę ryzykowne. Nie wiem, może przesadzam.
Czytam ten wątek od dłuższego czasu i mam jedno pytanie które mi się kręci w głowie - czy ktoś z was w ogóle szuka pomocy u specjalisty równolegle do tych technik? Nie kwestionuję forum ani tych metod, ale mam wrażenie że część opisywanych ataków brzmi poważnie.
Wracając do tego co Kornelka mówiła o naciskaniu punktu w dłoni - to mi przypomina coś co czytałem przy akupresurze, punkt P6 na nadgarstku. Podobno pomaga przy nudnościach ale kilka osób opisywało że też przy lęku. Czy ktoś z was to testował? Ciekaw jestem czy to się pokrywa z tym co tu opisujecie.
Wracam do wątku o technikach niewidocznych dla otoczenia - bo Baska poruszyła coś ważnego. Mam jedną którą stosuję od dawna i absolutnie nic nie zdradza że coś robię: liczę oddychania. Dosłownie tylko liczę wdechy w głowie, bez zmieniania ich rytmu. To nie zmienia oddechu, ale daje czemuś zajęcie i mi to wyrywa z pętli myślowej. Ciekawe czy u innych cokolwiek podobnego działa.
To co Rezeda mowi o liczeniu bez oceniania - to chyba najciezszy element dla mnie. Ja zawsze oceniam. Panika sie zaczyna i juz myśle 'znowu, dlaczego, co ze mna nie tak' i to dokłada do ognia. Czy ktos ma sposób żeby zatrzymac te ocenianie właśnie na początku ataku?
Czytam i myślę o tym neutralnym obserwatorze - ja to próbowałam nazywać 'świadek'. Ale mój problem jest taki że mój 'świadek' jest totalnie stronniczy i natychmiast zaczyna komentować jak kiepsko sobie radzę. Czy komuś też tak się zdarza że wewnętrzny głos zamiast pomagać to krytykuje?
Lunaki - to co opisujesz to bardzo powszechne i ma nawet swoją nazwę w psychologii, chociaż nie chcę teraz zamieniać tego w wykład. Ale sedno jest takie: głos który ocenia to nie jest 'świadek', to jest krytyk który podszywa się pod świadka. Świadek z definicji nie ocenia. I jeśli twój wewnętrzny głos mówi 'kiepsko sobie radzisz' - to jest właśnie ta myśl którą masz zauważyć a nie utożsamiać się z nią.
Właśnie - i mi się wydaje że te dwa podejścia nie wykluczają się. Fizyczna kotwica na ostry moment, a praca ze świadkiem i obserwatorem to coś co budujesz przed i po, nie w środku. Czy ktoś z was świadomie rozdziela te dwie fazy - czyli to co robi w samym ataku i to co robi między atakami żeby być gotowym?
