Ja mam regularność tylko dlatego że przypiąłem ćwiczenie do czegoś co i tak robię codziennie - do mycia zębów. Dosłownie dwie minuty liczenia oddechu przy umywalce. Głupie ale działa, bo nie muszę pamiętać o tym osobno. Może to by pomogło - nie traktować tego jako osobne zadanie?
To co Idzi mówi o przypianiu do czegoś codziennego - chce sprobowac. Ale mam pytanie do całej grupy: czy medytacja kryzysowa w ogóle ma sens bez tej codziennej małej praktyki? Tzn czy można wyjść obronną ręką z paniki technikama których nigdy wczesniej nie cwiczono?
Wracam do pytania Runiarka i chcę dodać jedną obserwację - wydaje mi się że nawet samo wiedzenie że taka technika istnieje może trochę pomagać. Jak wiesz że masz coś w kieszeni, nawet jeśli nigdy nie ćwiczyłeś, to sama ta świadomość może trochę zmniejszyć poczucie bezsilności w momencie ataku. Nie zastąpi ćwiczenia, ale zero nie jest tak samo jak jeden.
To co Przemko mówi o samej świadomości że technika istnieje - mnie to trochę zastanawia. Bo ja miałam epizod kiedy wiedziałam o oddechu przeponowym, ale w środku paniki kompletnie o tym zapomniałam. Jakby ta wiedza gdzieś wyparowała. Więc czy świadomość bez praktyki naprawdę cokolwiek daje? Może dla niektórych tak, dla mnie chyba nie.
Ale zaraz - lęk antycypacyjny to brzmi jak coś co by zasługiwało na osobny wątek. Bo ja mam wrażenie że u mnie ten strach przed kolejną paniką jest prawie gorszy niż sama panika. Czy wy też tak macie albo to jakaś moja osobliwość?
Dominik - a jak długo zajęło ci rozpoznanie tego sygnału? Bo ja nadal nie potrafię złapać tego momentu 'przed', wchodzę w atak i dopiero po chwili rozumiem co się dzieje. Zastanawiam się czy to w ogóle da się nauczyć czy to jest kwestia jakiejś indywidualnej budowy.
Szczerze - dość długo. Kilkanaście miesięcy może. I to nie był żaden przełom, bardziej stopniowe. Zaczęłem prowadzić coś w rodzaju notatek po każdym ataku i w pewnym momencie zobaczyłem że zawsze poprzedza go podobny zestaw drobiazgów. Może spróbuj tak?
Ja też prowadziłam notatki po atakach i to mi bardzo pomogło. Ale mam pytanie do Dominika - czy pisałeś to zaraz po ataku, czy po jakimś czasie? Bo ja próbowałam pisać od razu i byłam za bardzo roztrzęsiona żeby to miało sens.
Słucham tej rozmowy o notatkach i myślę - czy ktoś poza Dominikiem i Kornelką to robi? Bo wydaje się że to wymaga dużo samodyscypliny. Sama myślę o tym żeby spróbować, ale po ataku mam zazwyczaj taką pustkę w głowie że ostatnią rzeczą o której myślę jest pisanie.
To co Baska opisuje to jest chyba najkonkretniejszy przykład jak regularna obserwacja przekłada się na praktyczną strategię. Nie jakaś abstrakcyjna medytacja, tylko: wiem kiedy, więc mogę się przygotować. Zastanawiam się czy to działa u kogoś jeszcze czy to jest jej osobista specyfika.
Niezapominajka - 'ledwo zyjesz z dnia na dzień' - to jest dokładnie to. Jak mam dużo ataków to nie mam zasobów żeby śledzic wzorce, pisac notatki, ćwiczyć. Właśnie wtedy tego potrzebuję najbardziej i właśnie wtedy jest najmniej możliwe. Czy jest jakies wyjście z tego błędnego koła?
A to z tą zimną wodą - to działa na zasadzie takiego szoku który wyrywa z pętli myślenia? Bo ja słyszałam o czymś takim ale nie wiedziałam czy to nie jest przypadkowe. Ktos wie skad to sie bierze fizjologicznie?
Odruch nurkowania - brzmi absurdalnie w kontekście forum ezoterycznego, ale okay, to mnie naprawdę zaciekawiło. Ale chcę wrócić do tego co Eliksira mówiła wcześniej o tym absolutnym minimum. Bo jeśli jedno proste działanie fizyczne może przerwać atak, to po co w ogóle te wszystkie techniki medytacyjne?
Mam wrażenie że to pytanie Juliusza o 'po co medytacja skoro działa woda' dotyka czegoś ważnego w całym tym wątku. Bo my rozmawiamy o kryzysowej medytacji, a może medytacja w kryzysie to nie jest medytacja w tradycyjnym sensie? To jest bardziej zarządzanie układem nerwowym.
Ja to może głupio powiem, ale dla mnie to że siedzę i oddycham w momencie paniki - nawet jeśli to jest czysto fizjologiczne - czuję jako coś więcej. Jest w tym jakieś... bycie ze sobą kiedy jest najgorzej. Nie wiem czy to jest duchowość czy psychologia ale dla mnie to ma znaczenie. Może to subiektywne.
Lunaki, to co opisujesz - to 'bycie ze sobą kiedy jest najgorzej' - to chyba jeden z najlepszych opisów po co w ogóle medytacja kryzysowa, jakie tu padły. Nie żadna technika, tylko po prostu nie uciekać od siebie nawet wtedy. Czy to ci zajęło dużo czasu żeby tak to poczuć?
To nie jest zbieznosc wedlug mnie. Opor przedluza wszystko. Jak przestajesz walczyc to nie ma sie przeciwko czemu napierac. Ale to nie jest latwe do zrobienia w srodku ataku, wiem sama.
To co Chryzoprazka mówi o oporze - ja to gdzieś czytałam pod hasłem 'co się opierasz, trwa dłużej'. Ale mam konkretne pytanie - jak dosłownie przestać się opierać kiedy twoje ciało krzyczy że coś strasznego się dzieje? Czy jest jakaś technika na to czy to tylko kwestia nastawienia?
Słucham tej dyskusji o oporze i mam wrażenie że wpadamy w pułapkę. Mówicie 'nie walcz' - ale to też jest pewna instrukcja którą trzeba wykonać, więc znowu jest wysiłek. Czy to nie jest sprzeczność? Jak można świadomie zdecydować żeby nie walczyć z czymś co jest automatyczne?
To z tą stopą na podłodze - mam podobną technikę, wcisnąć piętę w podłogę i poczuć twardość. Nie myśleć o niej, tylko poczuć. U mnie to jakoś gruntuje. Ale Runiarka pyta o dobre - czy kiedy drżysz to jeszcze czujesz twardość podłogi?
Ja nie drżę w stopach, u mnie trzęsą się ręce i klatka. Więc ta technika ze stopą mogłaby u mnie działać - ale nigdy nie spróbowałam bo nie wiedziałam że tak można. Idzi, powiedz więcej - to jest coś co robisz zamiast oddechu czy razem z oddechem?
Robię to razem z oddechem, ale oddech jest wtedy trochę na drugim planie. Znaczy - nie skupiam się na tym żeby oddychać dobrze, tylko najpierw wciskam piętę i dopiero jak już czuję tę twardość, to oddech jakoś sam się wyrównuje. Przynajmniej u mnie tak. Ale Hematytko, to ciekawe że u ciebie trzęsą się ręce - czy masz wrażenie że ręce są wtedy jakby nie twoje?
Ja mam podobnie jak Runiarka z tym krótkim oknem. I właśnie dlatego zastanawiam się czy w ogóle ma sens uczyć się jakiejkolwiek techniki - jak jesteś już w 80% ataku to chyba żadna medytacja nie wejdzie?
Wracam do tego wątku po tej całej dyskusji o oporze i fizyczności i chcę zapytać wprost - czy ktoś z was, kto miał regularne ataki paniki, rzeczywiście doświadczył że medytacja zmieniła częstotliwość tych ataków? Nie techniki podczas ataku, tylko ogólnie. Bo to jest inne pytanie.
Ja moge powiedziec ze u mnie tez ataki sa rzadsze ale dopiero po dlugim czasie medytowania, nie po tygodniu. I one tez zmienily charakter - sa jakby krotsze i mniej intensywne. Ale zajelo mi to naprawde sporo czasu zanim to zauważyłam.
A czy jest jakaś konkretna medytacja która działa szybciej na ataki paniki? Bo czytam ten wątek i rozumiem że to długi proces, ale chciałabym wiedzieć czy jest coś co daje efekty w ciągu tygodnia czy dwóch. Cokolwiek.
Stella, rozumiem tę niecierpliwość naprawdę. Ale może zmień trochę pytanie - zamiast 'kiedy ataki miną', zapytaj siebie 'czy podczas następnego ataku jestem choć trochę mniej zagubiona'. To jest cel który możesz osiągnąć szybciej i który coś znaczy.
