Chcę się podzielić ćwiczeniem, które stosuje od kilku miesięcy i naprawdę coś we mnie zmieniło. Chodzi o medytację skupioną na wdzięczności - nie taką ogólną, gdzie sobie powtarzasz 'jestem wdzięczna za życie', bo to według mnie za mało konkretne. Siadam wieczorem, zamykam oczy, biorę kilka oddechów i staram się przywołać trzy bardzo konkretne chwile z danego dnia. Nie wielkie rzeczy, raczej drobiazgi - że ktoś uśmiechnął się do mnie w kolejce, że kawa była dobra, że słońce wyszło akurat kiedy wychodziłam. I przy każdej takiej chwili zostaję chwilę dłużej, nie spieszę się. Efekt jest taki, że zaczęłam inaczej przeżywać cały dzień - jakby jakaś część mnie zbierała te momenty do późniejszego 'użycia'. Czy ktoś robi coś podobnego? Ciekawa jestem, czy inaczej to strukturyzujecie.
To ciekawe, że mówisz o konkretnych chwilach, bo ja przez długi czas robiłam właśnie to ogólne 'jestem wdzięczna za zdrowie, rodzinę' i czułam, że nic z tego nie wynika. Kompletnie puste słowa. Dopiero jak zaczęłam schodzić do szczegółów, coś ruszyło. Ale mam pytanie - czy robisz to na głos, czy w myślach? Bo próbowałam obu wersji i mam wrażenie, że mówienie na głos działa na mnie inaczej, mocniej jakoś. Chociaż nie wiem, czy to nie jest kwestia tego, że po prostu bardziej się skupiam, jak mówię.
Pisanie w zeszycie to tzw. gratitude journal i dużo osób tak robi, ale właśnie w połączeniu z medytacją to chyba robi różnicę. Sama miałam taki zeszyt przez chwilę, ale bez tej części medytacyjnej to było dla mnie bardziej jak lista zakupów. Mechaniczne. Bernadetka93, ile czasu zajmuje ci takie ćwiczenie? Bo mam wrażenie, że jak próbuję coś nowego, to albo robię za krótko i nic nie czuję, albo przeciągam i się rozpraszam.
Przeczytałem ten wątek i szczerze nie do końca rozumiem - to jest medytacja czy bardziej takie myślenie o dobrych rzeczach przed snem? Bo dla mnie medytacja to siedzenie bez myśli, a tu chyba jest odwrotnie, celowo się myśli. Pytam serio, bo próbowałem raz medytować i ciągle mi głowa uciekała, to może ten sposób byłby łatwiejszy?
Mnie zastanawia coś innego w tym co napisała Bernadetka93 - ta kwestia zbierania chwil przez cały dzień. Jakby ta wieczorna medytacja zmieniała sposób patrzenia w ciągu dnia, a nie tylko wieczorem. Czy to znaczy, że z czasem przestałaś potrzebować tej wieczornej sesji, bo ta uważność stała się czymś stałym? Czy cały czas potrzebne jest to formalne siadanie?
To co mówi Bernadetka93 o 'domyślnym trybie narzekania' jest bardzo prawdziwe. Ja to nazywam dla siebie autopilotem negatywności - mózg sam szuka tego co nie wyszło, co jest złe, co go niepokoi. I właśnie to ćwiczenie jakby przestawia ten autopilot, przynajmniej na chwilę. Ale mam wrażenie, że to wymaga regularności właśnie dlatego, że mózg ma tendencję do wracania do starych nawyków. Czy ktoś próbował to robić rano zamiast wieczorem? Zastanawiam się, czy zmiana pory robi różnicę.
Rano robiłam przez jakiś czas i było zupełnie inne odczucie. Wieczór daje mi poczucie zamknięcia dnia, rano zaś jest bardziej jak nastawienie intencji. Problem był taki, że rano nie mam jeszcze za wiele do przywołania z danego dnia, więc wracałam do poprzedniego dnia albo sięgałam po bardziej ogólne rzeczy. I wracało mi to poczucie pustości, o którym pisała Amethysta92. Może kombinacja obu pór? Albo rano robić inaczej - bardziej nastawieniowo?
Dobra, ale ile czasu potrzeba, żeby to zaczęło działać? Bo czytam że trzeba regularnie, że trzeba miesiącami - a jak szybko można zobaczyć jakiś efekt? Nie mówię o cudach, ale o czymś konkretnym.
Czytam ten wątek i zastanawiam się - czy ta medytacja na wdzięczność ma jakieś powiązanie z czymś głębszym, duchowym, czy to jest czysto psychologiczna technika? Pytam, bo widzę, że część osób podchodzi do tego jak do ćwiczenia na stres, a część jakby traktuje to inaczej. Chciałbym wiedzieć, jak wy to postrzegacie.
W tradycjach buddyjskich praktyki wdzięczności mają konkretne zakorzenienie - nie chodzi tam o poprawianie nastroju, ale o rozwijanie tego co po pali nazywa się mudita, czyli radości ze współistnienia. To nie jest technika relaksacyjna. Czy to jest 'duchowe' czy 'psychologiczne' - to rozróżnienie jest stosunkowo nowe i moim zdaniem trochę sztuczne.
Muszę powiedzieć szczerze, że trochę sceptycznie podchodzę do takich rzeczy. Rozumiem, że to może poprawiać nastrój, ale ta cała otoczka o 'zmianie perspektywy' i 'pracy z umysłem' brzmi dla mnie jak zwykłe pozytywne myślenie, które gdzieś czytałam że nie zawsze działa. Co sprawia, że to jest coś więcej niż mówienie sobie, że wszystko jest fajne?
Ciekawy wątek, ale mam pytnaie - czy mozna to połączyć z innymi praktykami, na przykłady z wizualizacją? Bo słyszałem że wizualizacja przed medytacją pomaga wejsć w stan skupienia i zastanawiam się czy coś takiego miałoby sens przy medytacji na wdzięczność.
To co mówi Elwirka92 o 'filmowości' wydaje mi się kluczowe. Bo jest chyba różnica między poczuciem wdzięczności za coś co naprawdę się zdarzyło a poczuciem wdzięczności za coś co sobie wyobraziłem. Pytanie do Bernadetki93 - czy ty właśnie to czułaś, że ta wizualizacja zaczyna być 'za ładna', za mało prawdziwa?
Ta 'teatralność' to ciekawe słowo. Ja miałam podobne z afirmacjami - powtarzałam zdania, które brzmiały ładnie, ale ciało w ogóle nie reagowało. Mam wrażenie, że w medytacji na wdzięczność ten kontakt z konkretną chwilą jest właśnie tym co odróżnia ją od recytowania gotowych formułek. Ale jak sprawdzić, czy to co czujemy jest autentyczne?
Ale to wymaga długiej obserwacji i cierpliwości, a ja cały czas nie dostałam odpowiedzi - ile minimum powtórzeń, żeby cokolwiek poczuć? Bo to że ktoś po miesiącach zauważa zmianę zachowania to dla mnie za odległa perspektywa.
Właśnie, bo ja spróbowałem wcześniej jak ktoś napisał żeby siedzieć 5-10 minut i... nie wiem co miałem poczuć. Siedziałem, myślałem o kilku rzeczach z dnia i koniec. Czy to znaczy, że źle robiłem, czy po prostu nic się nie wydarzyło?
A jak właściwie się dochodzi do tego ładunku emocjonalnego? Bo ja rozumiem co mówicie, że ma być konkretna chwila i jakieś uczucie za nią, ale jak się tego szuka? Czy to jest coś co się samo pojawia jak się skupisz, czy musisz jakoś 'szukać' w pamięci?
Czytam tu od jakiegoś czasu i mam pytanie - czy ta medytacja działa tak samo jeśli masz bardzo ciężki dzień i naprawde nie masz za co być wdzięczna? Bo czasem mam takie okresy kiedy wydaje mi się ze wszystko leży i nie chce mi sie szukac tych dobrych chwil bo wydaje mi sie ze ich nie ma.
To co opisuje Bernadetka93 w tej ostatniej wypowiedzi jest bliższe temu co miałem na myśli mówiąc o mudicie niż to co zazwyczaj rozumie się przez 'wdzięczność'. Czy możliwe, że w trudnych dniach ta praktyka paradoksalnie staje się czystsza, bo odpada wszystko co jest autopilotowym szukaniem przyjemności?
Macie rację, że to nie jest to samo pojęcie. Użyłem mudity może niezbyt precyzyjnie - chodziło mi o jakość tej radości, nie o jej kierunek. Mudita jest bezwarunkowa, nie zależy od tego czy jesteś w dobrym nastroju. I właśnie to widziałem w tym co opisywała Bernadetka - że w trudnych dniach ta wdzięczność też staje się jakby bezwarunkowa. Tyle.
A wracając do tego co powiedział wcześniej Florek o szukaniu ładunku emocjonalnego - ja mam takie pytanie praktyczne. Bernadetka93 pisała że zostawia żeby coś samo wypłynęło. Ale co jeśli przez całą sesję nic nie wypływa? Siedzę, czekam, cisza. To wtedy co - przerywam, próbuję inaczej, czy siedzę dalej?
To znaczy że sama cisza może być przedmiotem wdzięczności? Nie pomyślałem o tym tak. Ale czy to nie jest trochę jak... powiedzenie sobie 'okej, skoro nie mam za co, to będę wdzięczna za to że medytuję'? Bo to też brzmi trochę okrężnie.
Ja się tu wtrącę bo mam inne doświadczenie. Kiedy nic nie wypływa, próbuję zacząć od ciała, nie od myśli. Sprawdzam jak się czuję fizycznie - czy jestem ciepła, czy coś boli, czy nie boli. I z tego punktu czasem pojawia się coś konkretnego. Dosłownie 'stopa mnie nie boli teraz, okej'. Śmieszne, ale prawdziwe.
No dobra, ale wy wszyscy mówicie o tym co 'pojawia się', 'wypływa', 'przychodzi samo'. A jak ktoś ma naprawdę spieszący się umysł i po prostu nie umie tak czekać? Bo ja jak siedzę w ciszy to zaczyna mi się kręcić lista zakupów w głowie i nie ma żadnego wypływania.
A ja mam takie pytanie trochę z boku - czy ta medytacja ma jakis zwiazek z tym co robimy przed zasnieciem? Bo czytalem że wieczorne zapisywanie rzeczy za ktore jestesmy wdzięczni to popularna technika i zastanawiam sie czy to to samo co ta praktyka co opisuje Bernadetka93 czy cos innego?
Ok rozumiem te roóżnicę między pismem a medytacją. Ale wrócę do tego co pytałam wcześniej bo jeszcze nikt mi nie odpowiedzał wprost - co jak naprawde jest zły dzień i to nie jest tylko brak nastroju ale coś konkretnie złego się wydarzyło? Czy wtedy w ogóle ma sens siadać do tej medytacji czy lepiej odpuścić?
To zależy od tego jakiego rodzaju jest ten zły dzień. Jeśli jestem po prostu zmęczona albo zirytowana, to medytacja na wdzięczność działała u mnie jak reset. Ale jeśli przeżyłam coś naprawdę trudnego, to próba szukania wdzięczności w takim momencie czuła się dla mnie jak przemoc wobec siebie. Serio, jakiś taki fałsz w tym był.
