Ostatnio coraz więcej myślę o tym, że medytacja nie musi być tylko siedzeniem w ciszy na macie. Zauważyłam, że kiedy kroję warzywa albo myję naczynia i naprawdę jestem PRZY tym, a nie gdzieś myślami w pracy, to wchodzę w jakiś inny stan. Coś jakby lekkość, czas płynie inaczej, nie ma wysiłku. Czytałam, że to właśnie jest ten flow o którym mówił Csikszentmihalyi, ale zastanawiam się czy wy też to łączycie z praktyką medytacyjną? Bo mam wrażenie, że te regularne siedzenia jakoś otwierają mi furtkę do tego stanu w zwykłych czynnościach. Czy ktoś świadomie nad tym pracuje?
Tak, dokładnie to masz na myśli i cieszę się, że ktoś to poruszył. Przez długi czas traktowałam medytację oddzielnie od reszty dnia, a potem zauważyłam, że to błąd. Flow i uważność to nie są dwa różne światy. Ale mam pytanie do ciebie, Liliana - czy ten stan przy naczyniach przychodzi sam, czy jednak musisz go jakoś intencjonalnie 'włączyć'? Bo u mnie to długo był przypadek, zanim nauczyłam się go przyzywać.
Też się nad tym zastanawiam od jakiegoś czasu. Mam takie momenty przy prowadzeniu auta na pustej drodze, gdzie po prostu... płynę. Myśli się uspokajają, reakcje są automatyczne ale nie bezmyślne. To chyba jest właśnie to. Ale nie wiem czy to efekt medytacji, czy po prostu zmęczenie i mózg wyłącza tryb nadmiarowego myślenia. Skąd masz pewność, Liliana, że to jest połączone z praktyką, a nie po prostu naturalne wyciszenie?
Przepraszam, że wchodzę od razu z pytaniem, ale zastanawia mnie jedno. Flow to chyba coś, co się osiąga przy wyzwaniu, prawda? Coś, co jest ani za łatwe ani za trudne. A mycie naczyń to żadne wyzwanie. Czy to na pewno jest to samo co ten flow sportowca albo muzyka? Może to po prostu relaks?
Myślę, że flow w codziennych czynnościach to bardzo często kwestia otwartej czakry gardła i przepływu energii przez kanały nadowe. Jak mamy blokady, to nawet przy prostych czynnościach umysł skacze. Jak energie płyną swobodnie, wchodzimy w ten stan naturalnie. Czy ktoś z was pracuje z czakrami przy medytacji i widzi różnicę?
Wracając do pytania Lilianki - to przy aucie jest bardziej zmiana odczuwania czasu. Jakby chwile były gęstsze. Ale to chyba coś innego niż czakry, bardziej neurobiologicznie by to sensownie wytłumaczyć. Chociaż nie wiem, może to i nie ma znaczenia jak to nazywamy, jeśli efekt jest podobny?
Ja dopiero zaczynam z medytacją i mam pytanie może naiwne - jak w ogóle ćwiczyć to w codzienności? Znaczy, wiem że mam siedzieć i oddychać, ale jak to przenieść na np. chodzenie do sklepu? Bo jakby... nie wiem od czego zacząć. Czy jest jakaś konkretna technika?
A ile to ma trwać zanim te efekty będą widoczne? Bo już kilka razy próbowałem tej uważności i za każdym razem po paru minutach myśli i tak przejmują kontrolę. Nie wiem czy to w ogóle dla mnie.
Przy tym co mówi Jaryla - mnie też to frustruje. Ale ostatnio zamiast siedzieć w ciszy zacząłem chodzić po pokoju i skupiać się na każdym kroku. I jakoś idzie mi lepiej. Może ruch pomaga? Sam nie wiem skąd mi to przyszło do głowy, ale coś w tym jest chyba.
Medytacja chodząca to naprawdę konkretna praktyka, nieprzypadkowa. Szczególnie dla tych, którym ciężko wysiedzieć. Ale chciałam wrócić do tego co pisała Liliana na początku - że regularne siedzenia otwierają furtkę do flow w innych momentach. Czy ktoś z was miał taki moment, gdzie nagle złapaliście ten stan w kompletnie nieoczekiwanym miejscu? Bo ja miałam to raz podczas gotowania i byłam zaskoczona jak bardzo inne to było od normalnego gotowania.
Ja miałam coś takiego podczas prasowania. Nudna czynność, a nagle czas przestał istnieć. Byłam przy żelazku i niczym innym. Nie wiem czy to flow, ale było przyjemnie.
Hej, czytam ten wątek i zastanawiam się - czy to wymaga regularnej medytacji żeby tego doświadczyć, czy może się zdarzyć u kogoś kto nigdy nie medytował? Bo mam wrażenie, że kiedyś przy malowaniu miałam coś takiego i to było zanim w ogóle wiedziałam co to mindfulness.
Ale Jaryla, czy to 'myślę o robocie' to jest myśl, z której sobie nie zdajesz sprawy, czy taka, którą zauważasz i wracasz do czynności? Bo to jest kluczowa różnica. Naprawdę.
To co mówi Hilek mnie uderzyło. Bo ja też zaczynam i mam wrażenie, że cały czas sprawdzam 'czy już medytuję dobrze' i to samo w sobie mnie wybija. To jak z zasypianiem, jak sprawdzasz czy śpisz to nie śpisz.
Ale jak zrezygnować z celu skoro po to się w ogóle to robi? Trochę nie rozumiem tej filozofii. Siadasz po to żeby coś osiągnąć i masz nie chcieć osiągnąć?
Ja to sobie tłumaczę przez intencję a nie przywiązanie do efektu. Ustawiasz intencję, puszczasz przywiązanie. W pracy z energią to podstawa. Choć przyznam, że mi samej ciężko to stosować w praktyce przy codziennych rzeczach.
Słucham tej rozmowy i mam pytanie do wszystkich - czy to flow o którym mówicie to jest coś co planujecie, czy ono po prostu... przychodzi? Bo jak byłam przy tym prasowaniu, to w ogóle nie myślałam 'teraz będę w flow'. Po prostu tak się stało.
A ja się zastanawiam - czy przy takich twórczych rzeczach jak malowanie które wcześniej wspominałam, ten stan przychodzi łatwiej niż przy naczyniach? Bo malowanie jakoś bardziej pociąga uwagę naturalnie, prawda?
Myślę, że przy twórczych rzeczach jest łatwiej właśnie dlatego, że czynność sama angażuje uwagę. Przy naczyniach trzeba tę uwagę celowo skierować, bo czynność nie przyciąga sama z siebie. I właśnie dlatego naczynia są ciekawym poligonem - jak tam się uda, to znaczy że praktyka naprawdę wchodzi głębiej.
Mnie jednak to rozdzielenie interesuje z jednego powodu - bo jeśli stan zależy od konkretnej czynności, to jesteś przywiązany do tej czynności. Jeśli zależy od jakości uwagi, to możesz to przenosić wszędzie. I tu wracamy do sedna całego tematu - Liliana pisała właśnie o tym przenoszeniu.
Dobra, słucham was i mam wrażenie że za bardzo skupiłem się na efekcie końcowym. Spróbuję podejść do tego inaczej. Ale powiedz Liliana - ile mniej więcej czasu zajęło zanim poczułaś, że te momenty przy codziennych czynnościach zaczęły wyglądać inaczej? Miesiąc? Rok?
Jaryla, nie dam ci dokładnej liczby, bo to by cię zmyliło. U mnie to były raczej momenty - najpierw jeden, przypadkowy, przy naczyniach właśnie. Potem długa przerwa. Potem kolejny. I dopiero po jakimś czasie zauważyłam, że te momenty są częstsze. Ale nie pamiętam żeby nastąpił jakiś wyraźny przełom w stylu 'od tego dnia wszystko inne'.
Czyli to nie jest tak, że po trzech miesiącach klik i umiesz? Trochę niebudująca odpowiedź, ale chyba uczciwa.
Mnie też ciekawi to co Liliana mówiła wcześniej o tych 'momentach'. Czy to znaczy, że na początku one są krótkie? Dosłownie chwila i przepada?
To jest właśnie ta pułapka o której już tu trochę mówiliśmy. Stan flow ma taką właściwość, że jest nieuchwytny w momencie gdy próbujesz go uchwycić. Neurobiologicznie zresztą też tak to działa - sieć domyślna mózgu i kora przedczołowa pracują jakby w trybie albo/albo.
Dobrze, ale skoro tak działa, to jak w ogóle można to ćwiczyć? Bo z jednej strony wszyscy mówimy 'regularność, praktyka', a z drugiej wynika, że sam wysiłek żeby to osiągnąć jest kontrskuteczny.
Myślę, że ćwiczy się nie sam stan, tylko warunki. Oddech, skupienie na ciele, uziemienie - to są rzeczy które można celowo robić. A stan jest efektem ubocznym, nie celem. Przynajmniej tak to rozumiem.
