Mam taki problem, że jak zaczyna mnie ogarniać panika, to w ogóle nie mogę się skupić na żadnej medytacji. Próbowałam raz siedzieć z zamkniętymi oczami i skupiać się na oddechu, ale to tylko pogorszyło sprawę, bo zaczęłam obserwować jak szybko bije mi serce i zrobiło się jeszcze gorzej. Czy w ogóle da się medytować w środku ataku paniki? Czy to ma jakiś sens, czy może jest coś lepszego na ten moment?
To jest naprawdę ważne pytanie i mam wrażenie, że sporo osób się na tym wykłada. Sama przez długi czas myślałam, że jak idzie panika to trzeba natychmiast zamknąć oczy i liczyć oddechy, a potem się okazywało, że to rzeczywiście potrafi nakręcić spiralę. Masz jakiś konkretny moment, w którym zaczyna się ta panika? Chodzi mi o to, czy wiesz zazwyczaj co ją wyzwala, bo to może mieć znaczenie dla tego, jaką technikę wybrać.
Ja to miałam podobnie i mi pomogło coś czego się nie spodziewałam - zamiast skupiac się na oddechu w sensie obserwowania go, zaczełam oddychać bardzo świadomie jakby na siłe, tzn. wydech dłuższy niż wdech. Ale nie wiem czy to już jest medytacja czy coś innego? Działa na mnie ale zastanawiam się skąd to się bierze.
To co opisujesz, Runiarka, to technika nazywana oddychaniem przeponowym z przedłużonym wydechem i to akurat ma solidne podstawy jeśli chodzi o pracę z układem nerwowym. Ale wracając do pierwotnego pytania - myślę, że kluczowa różnica to to, czy próbujesz medytować w szczycie paniki, czy w momencie kiedy zaczyna się nakręcać. W szczycie klasyczna medytacja siedzącą to zazwyczaj zły pomysł, masz rację.
Przepraszam że wchodzę, ale czy to nie jest trochę tak, że medytacja po prostu nie nadaje się do takich ekstremalnych stanów? Pytam serio, bo mam wrażenie, że trochę na siłę próbujemy wcisnąć jedno sposób do każdej sytuacji. Nie lepiej mieć po prostu inne sposoby na panikę a medytację zostawić na spokojne momenty?
No właśnie, bo ja tez się zastanawiam - ile czasu trzeba medytować żeby to w ogóle pomagało przy panice? Bo jak ktoś nie ćwiczy na co dzień to chyba nic z tego?
Stella, to jest dobre pytanie ale trochę odwraca kolejność. Nawet bez długiej praktyki są techniki które działają niemal od razu, bo bazują na fizjologii, nie na wytrenowanym umyśle. Problem w tym że w środku ataku paniki człowiek zazwyczaj nie pamięta co miał robić. I tu właśnie regularna praktyka pomaga - nie tym że jesteś zen, tylko tym że masz wyrobiony odruch.
To co mówi Eliksira brzmi dla mnie logicznie, ale mam pytanie do osób które to przeżywały - czy w środku paniki w ogóle byłyście w stanie cokolwiek zastosować świadomie? Mnie ciekawi ten moment, bo z zewnątrz wszystko brzmi prosto, ale zakładam że w środku to jest zupełnie inna historia.
Czytam i mam takie przemyślenie - może problem polega na tym, że medytacji uczymy się w warunkach komfortowych i potem oczekujemy że zadziała w warunkach ekstremalnych. To trochę jak uczyć się boksować tylko w spokoju, bez sparingów. Znam podobny mechanizm z pracy z runami w stanach silnego pobudzenia - też nie działa to samo co na spokojnie.
Wracając do tego co mówiła Eliksira o kontakcie z ciałem - ja stosowałam coś podobnego i rzeczywiście to był pierwszy krok, zanim w ogóle zaczęłam myśleć o oddechu. Ale chciałam zapytać: czy ktoś próbował podczas paniki jakiejś bardzo krótkiej, dosłownie jednozdaniowej mantry albo afirmacji? Zastanawiam się czy to mogłoby zadziałać jako punkt skupienia.
Ja mam wrażenie że trochę mieszamy dwie rzeczy - medytację jako praktykę i techniki kryzysowe jako pierwszą pomoc. Czy ktoś z was wyraźnie to rozdziela w swojej praktyce? Bo może właśnie to jest klucz - że to co robimy w panice to nie jest medytacja w klasycznym sensie, tylko coś innego, a dopiero po tym można wejść w medytację?
Czyli rozumiem że mówimy o dwóch różnych problemach - co robić już teraz, w środku paniki, i co robić żeby z czasem panika była rzadsza albo słabsza? Bo jeśli tak, to ten wątek trochę miesza te dwie rzeczy i może dlatego jest tyle zamieszania.
A ja mam takie pytanie do Lunaki i do wszystkich którzy mają ataki - czy w momencie kiedy czujecie że zaraz przyjdzie panika, tzn jeszcze przed samym szczytem, daje się coś zrobić? Bo może właśnie to jest ten moment żeby użyć oddechu, a nie czekać aż już jest najgorzej?
Wracając do tego co mówiliśmy o zakotwiczeniu w ciele - mam wrażenie że to jest właśnie ta odpowiedź na pytanie Lunaki. Nie wymaga żadnego przygotowania, nie musisz pamiętać żadnej sekwencji kroków, po prostu chwytasz za coś zimnego albo mocno stąpasz stopami. Ale zastanawiam się czy to wystarczy jako punkt wyjścia czy trzeba potem coś dalej robić.
Czyli jakby mówimy o dwóch fazach - najpierw zatrzymanie spirali, a potem dopiero coś co można nazwać techniką. Czy ktoś tak to sobie świadomie rozpisał i stosuje w tej kolejności? Bo brzmi logicznie, ale zastanawiam się czy w praktyce to nie odpływa.
A jak długo to trwa zanim poczujesz że panika odpuszcza? Bo czytam i wszystko brzmi OK, ale zastanawiam się czy to jest kwestia minut czy trzeba siedzieć z tym dużo dłużej.
To co Rezeda mówi o fazie 'po' jest dla mnie nowe i ciekawe. Dotychczas myślałam tylko o tym jak przeżyć sam atak, ale może właśnie ta faza jest tą w której medytacja ma największy sens bo jesteś zmęczona, rozkręcona, ale już nie w środku ściany ognia.
Lunaki, to leżenie i spokojne oddychanie to już jest coś. Nie musisz tego nazywać medytacją żeby to był krok w dobrą stronę. Właśnie o to mi chodziło wcześniej z tym rozróżnieniem - może nie warto za dużo wymagać od siebie w trudnych momentach i po prostu pozwolić ciału wrócić do siebie.
Ale to znowu prowadzi mnie do pytania które miałam od początku - jeśli w ataku i po ataku używamy czegoś prostego i fizycznego, to kiedy medytacja właciwie wchodzi do gry? Tzn kiedy kończy sie ta 'pierwsza pomoc' a zaczyna coś co można nazwać praktyką?
Słucham tej rozmowy i mam wrażenie że wszyscy szukają jednej uniewersalnej metody, a może po prostu każdy musi znaleść swoją własną kolejność. Ja przez długi czas myślałam że robię coś źle bo nie pamiętałam żadnej techniki w środku ataku, a potem okazało się że moje instynktowne chodzenie w kółko po pokoju robiło dokładnie to samo co opisujecie - zakotwiczało mnie w ciele. Więc może warto zacząć od obserwowania co się robi instynktownie i potem to świadomie rozwinąć?
Właśnie o tym mówiłam - że każdy ma swoją kolejność i nie ma jednej recepty. Ale ciekawi mnie co Chryzoprazka_76 miała na myśli że 'okazało się że to wystarczyło' - bo urwało się zdanie i nie wiem co było tym wystarczającym.
Ups, popełniłam błąd pisząc do siebie 🙂 Chodziło mi o to że odkryłam iż samo skupienie na dźwiękach wokół mnie - cokolwiek słyszę w danej chwili - wystarczyło żeby nie odpłynąć w spiralę. Nie oddech, nie żadna technika, tylko słuchanie. I to mnie bardzo zaskoczyło bo szukałam czegoś bardziej skomplikowanego.
To co Chryzoprazka_76 opisuje z tym słyszeniem to jest właściwie technika znana jako uziemienie przez zmysły - tylko że zazwyczaj mówi się o niej w kontekście wzroku, słynne 5-4-3-2-1. Ale sama wersja słuchowa może być nawet skuteczniejsza bo nie wymaga patrzenia w żaden punkt, można mieć zamknięte oczy. Lunaki, próbowałaś kiedyś czegoś z tym związanego?
Słyszałam o metodzie 5-4-3-2-1 ale jakoś nigdy nie wzięłam jej do głowy poważnie, myślałam że to za proste żeby działało. A teraz żałuję że nie próbowałam. Tylko mam pytanie do Eliksiry - to jest w ogóle coś medytacyjnego czy raczej czysto psychologicznego? Bo zastanawiam się czy to pasuje do tego wątku czy jesteśmy już gdzieś indziej.
A właśnie, bo ja też to sobie zadawałem to pytanie czytając ostatnie posty. Gdzie jest granica między techniką psychologiczną a praktyką medytacyjną? Bo wydaje się że w kryzysie ta granica całkiem zanika i może nie ma sensu jej szukać.
No właśnie i może to jest klucz do tego całego wątku - że medytacja kryzysowa to nie jest siedzenie ze skrzyżowanymi nogami i kontrolowanie myśli tylko dosłownie cokolwiek co przerywa spiralę i angażuje tu i teraz. Zgadzacie się z tym? Bo mam wrażenie że przez wiele postów kręciliśmy wokół tej definicji nie nazywając jej wprost.
To jest właśnie ten moment kiedy mnie to trochę gubi. Dominik mówi że może za szeroko definiujemy, ale jednocześnie to co wąskie - siedzenie i oddychanie - w środku ataku nie działa. To gdzie jest środek? Czy ktoś w ogóle znalazł coś co jest jednocześnie praktyczną medytacją i działa w środku kryzysu?
