Długość sesji jest naprawdę drugorzędna. Znałam osoby, które przez kwadrans robiły więcej niż inne przez godzinę, bo były naprawdę obecne. A innych widziałam jak przez godzinę siedzą i tak naprawdę śpią z otwartymi oczami. Nekromantko, od czego chciałabyś zacząć?
To co napisałaś na końcu - 'będę z tym sama' - jest ważniejsze niż pytanie o technikę. Czy masz kogoś, z kim możesz porozmawiać po trudniejszej sesji? Nie koniecznie terapeutę, chociaż to też opcja. Pytam serio, bo to zmienia to, jak bezpiecznie możesz wchodzić w taki materiał.
Ja przez długi czas robiłam to sama i nie polecam przy naprawdę starych, dużych rzeczach. Nie dlatego, że coś złego się stanie - po prostu jest się bardziej ostrożnym, ostrożność zamienia się w blokowanie, i koło się zamyka. Nekromantko, jest jakaś opcja w twoim życiu, nawet nieformalna?
Dodam do tego wątek techniczny, bo on też jest ważny przy pracy z przeszłością samodzielnie. Są sesje, które lepiej zaczynać od czegoś gruntującego - czyli krótkie uziemienie przed wejściem w trudniejszy materiał. To może być kilka minut skupienia na stopach, odczuwaniu ciężaru ciała. Nie po to żeby unikać emocji, ale żeby mieć punkt odniesienia jeśli zrobi się intensywnie.
Faktycznie tak. Kiedy się boję co znajdę, to body scan jest taki... napięty. Szukam problemu zamiast po prostu sprawdzać. To ma sens. Dziękuję za to rozróżnienie, bo sama bym tego nie nazwała.
Wracam do pytania Sigili sprzed kilku postów, bo też mnie dotyczy - ona pytała jak zawczasu rozpoznać, że idzie się za głęboko. Rodis odpowiedział o sygnałach ciała. Ale ja mam pytanie praktyczne: co konkretnie robimy w momencie, gdy te sygnały się pojawią? Mówisz, żeby zwolnić - ale jak? Czy po prostu otwieramy oczy i koniec, czy jest jakiś sposób na spokojne wyjście bez urywania sesji?
Dominiku, dobre pytanie - bo moment interwencji to osobna umiejętność od samego rozpoznania sygnałów. Kiedy ciało mówi 'za dużo' - co to znaczy w praktyce: otwierasz oczy, wracasz do fizyczności. Stopy na podłodze. Dotykasz czegoś twardego. Liczysz oddechy na głos albo w myślach od dziesięciu do zera. Nie kończysz sesji w głowie - wychodzisz z niej ciałem. Ale chcę się upewnić, że mówimy o tym samym - jakie sygnały konkretnie się u ciebie pojawiają?
To gorąco, o którym piszesz, Dominiku - to jest bardzo charakterystyczny sygnał. U mnie też tak bywa. Pytanie tylko czy to gorąco 'ucieczkowe' - ciało chce uciec od emocji - czy to po prostu intensywność, która jest częścią procesu. Czy jesteś w stanie odróżnić jedno od drugiego w trakcie, czy dopiero po?
Mnie to też zajęło dużo czasu, żeby to odróżniać. Mam wrażenie, że im więcej sesji, tym po prostu 'znasz smak' jednego i drugiego. Gorąco ucieczkowe u mnie jest bardziej nerwowe, takie płytkie. A intensywność procesu - głębsza, bardziej pulsująca. Ale nie wiem, czy to jest uniwersalne, czy tylko moje.
Wracam do pytania Nekromantki, bo mi się kręci po głowie. Pisałaś, że boisz się, że zostaniesz z tym sama. Czy to znaczy, że w ogóle nie chcesz tej sesji zaczynać, dopóki nie masz kogoś? Bo mogę rozumieć to jako absolutną blokadę albo jako rozsądną ostrożność. Co czujesz, gdy myślisz o tym, żeby po prostu usiąść i zacząć?
Chyba obie naraz. Jest część, która chce zacząć, i część, która mówi żeby nie ruszać. I nie wiem, którą słuchać.
IFS to zupełnie inna liga niż to, o czym rozmawialiśmy wcześniej. Nie mówię, że złe, ale to jest naprawdę głęboka praca i bez prowadzenia może być dezorientująca. Nekromantka napisała, że nie ma nikogo. To mi się nie klei z zalecaniem jej pracy z częściami samodzielnie.
To ważne co powiedziała Eremitka i dobrze, że Nekromantka to słyszy. Ale mam pytanie do reszty - bo chyba nie rozmawialiśmy o tym wcześniej - jak odróżniasz to, co 'nadaje się' do samodzielnej pracy medytacyjnej w kontekście puszczania przeszłości, od tego, co naprawdę wymaga kogoś z zewnątrz? Czy jest jakaś granica, którą można opisać?
Mnie ktoś powiedział kiedyś tak: jeśli wchodzisz w temat i jesteś w stanie być obserwatorem choćby przez chwilę - to jest jeszcze bezpieczna strefa. Jeśli od razu jesteś 'w środku' i nie ma żadnego tchu do obserwacji - to jest sygnał, że potrzebujesz kogoś. Nie wiem, czy to idealne kryterium, ale mi pomogło.
Czy to znaczy, że budowanie tej pozycji obserwatora powinno być ćwiczone oddzielnie, nie tylko przy okazji trudnych sesji? Bo mam wrażenie, że ja też traktuję obserwatora jako coś, co po prostu 'jest albo go nie ma', a nie coś, co można wzmacniać.
Mam wrażenie, że ta rozmowa poszła w bardzo konkretne miejsce i dobrze. Ale chcę wrócić do czegoś, o czym nie rozmawialiśmy od dawna - do samego puszczania. Bo mówimy dużo o tym, jak nie wchodzić za głęboko, jak mieć obserwatora, jak się uziemiać. A co właściwie czujemy, kiedy coś naprawdę puszczamy? Jak to jest? Bo ja mam z tym różne doświadczenia i nie zawsze wiem, czy to co czuję, to jest 'puszczenie' czy po prostu zmęczenie tematem.
Pytam konkretnie: co to właściwie znaczy 'puścić'? Bo słyszę to słowo wszędzie i sama go używam, ale gdy siedzę na poduszce i próbuję to robić, to nie wiem, co robię. Czy puszczanie to decyzja? Czy to coś, co się dzieje samo? Czy to po prostu przestawanie wracania myślą do czegoś?
To jest naprawdę dobre pytanie i nie ma na nie jednej odpowiedzi. Słyszałam kilka różnych rozumień. Jedno mówi, że puszczanie to zaprzestanie walki z tym, co jest - nie usuwasz wspomnienia, tylko przestajesz ciągnąć linę. Drugie mówi, że to zmiana relacji z treścią - nadal ją widzisz, ale już nie jesteś przez nią definiowana. A trzecie - że to po prostu akt woli, decyzja, że nie dasz temu więcej energii.
To co opisujesz, Eremitko, to jest właśnie paradoks puszczania. Kiedy próbujesz puścić, trzymasz. Bo samo 'próbowanie puszczenia' to napięcie, a napięcie to trzymanie. To dlatego wiele podejść kontemplacyjnych nie mówi 'puść', tylko 'obserwuj bez interweniowania'. I to obserwowanie bez interweniowania jest mechanizmem - nie instrukcją moralną.
Ja mam wrażenie, że u mnie puszczanie zawsze wymagało najpierw jakiegoś zrozumienia. Jakby musiałem najpierw zobaczyć, dlaczego coś trzymam, żeby to odpuścić. Samo siedzenie i obserwowanie mi nie wystarczyło. Czy to jest jakiś inny typ? Albo coś, co przeszkadza?
To co mówi Wiezowa o pułapce rozumienia - to mi się trafia. Ja mam podobny mechanizm, tyle że u mnie to nie jest analiza, tylko pisanie. Piszę o czymś i myślę, że to przetworzyłam. A potem za jakiś czas okazuje się, że to samo wraca. Znaczy że pisanie to nie było puszczanie, tylko opisywanie?
Sigilia, a jak to pisanie wygląda u ciebie - piszesz do siebie, do kogoś, w jakimś konkretnym celu? Bo mam wrażenie, że to może mieć znaczenie. Pisanie jako relacjonowanie jest inne niż pisanie jako list, który się potem niszczy, albo jako pisanie do tej osoby bez wysyłania.
Jest metoda, którą znam z kontekstu terapii narracyjnej, ale stosuje się ją też w pracy medytacyjnej - piszesz list do tej osoby lub do siebie z przeszłości, mówisz to, co nigdy nie zostało powiedziane, a potem fizycznie niszczysz ten list. Palenie, darcie, cokolwiek. I ta czynność fizyczna ma znaczenie. Nie wiem, czy to jest 'prawdziwe puszczanie', ale coś w tym rytuale działa inaczej niż samo opisywanie.
Wróćmy na chwilę do tego spalania listów - czy to nie jest trochę bardziej rytualne niż medytacyjne? Bo mam wrażenie, że odchodzimy od pracy z oddechem i uważnością w stronę czegoś, co bardziej wygląda jak rytuał magiczny. Nie mówię, że źle, ale pytam, czy to nadal mieści się w tym, o czym zaczęłyśmy mówić.
Chcę dorzucić jedną technikę, bo widzę, że szukamy konkretów. Jest coś, co się czasem nazywa 'noting' albo 'etykietowanie' - podczas medytacji, kiedy pojawia się myśl lub wspomnienie, nie wchodzisz w nie, ale cicho nadajesz mu nazwę: 'pamiętanie', 'ocenianie', 'żal'. I wracasz do oddechu. To nie jest puszczanie przez siłę - to jest puszczanie przez nienadawanie znaczenia. Z czasem te treści tracą moc, bo przestajesz je karmić uwagą.
Dobra, to może ktoś mi wytłumaczyć gdzie popełniałem błąd z tym notingiem? Bo nie chodzi mi o to, że byłem niecierpliwy - siedziałem z tym naprawdę długo. Ale miałem wrażenie, że etykieta staje się murem, za którym chowam się przed samym uczuciem. 'Żal' - i już nie muszę tego czuć?
To jest coś, co widzę u siebie w wielu praktykach - technika staje się celem samym w sobie. I wtedy jesteś zajęty techniką, zamiast tym, po co ta technika w ogóle jest. Noting, pisanie, oddech - wszystko może się w to zmienić.
