Przy tej rozmowie o notingu przypomniało mi się, że jest jeszcze jedna warstwa tego puszczania przeszłości, o której nie rozmawialiśmy - co z rzeczami, których naprawdę nie chcemy puścić? Nie dlatego, że nie potrafimy, ale dlatego że coś w nas nie chce. Czy ktoś to miał?
Tak, i to jest chyba najbardziej uczciwe pytanie w tym wątku. Miałam jeden okres, kiedy absolutnie nie chciałam puścić jednej konkretnej relacji, bo dopóki ją trzymałam - nawet w bólu - to ta osoba nadal była ze mną. A puszczenie oznaczało koniec. I żadna technika nie działała, bo nie chciałam, żeby działała.
To co napisałaś, Sigilia, brzmi bardzo znajomo. Mam teraz coś podobnego i zastanawiam się, czy w ogóle sens jest siadać do medytacji z intencją puszczenia, skoro podświadomie bronię tego, czego nie chcę oddać.
Dodam do tego, co mówi Wiezowa - w niektórych podejściach jest coś, co można by nazwać 'honorowaniem przywiązania'. Zamiast walczyć z tym, że trzymasz, możesz zapytać: co mi to daje? Co bym straciła, gdyby to odeszło? I to nie jest sabotaż procesu - to jest uczciwe rozpoznanie terenu.
Ale czy to nie jest trochę jak terapia, nie medytacja? Bo kiedy zadaję sobie takie pytania, to wchodzę w myślenie, analizę, a nie w wyciszenie. I mi się to kłóci z tym, co rozumiem przez siedzenie w ciszy.
Właśnie - to mi się podoba, to rozróżnienie. Siedzenie z pytaniem w ciele. Miałam raz sesję prowadzoną, gdzie prowadzący kazał nam postawić sobie pytanie i poczuć gdzie ono jest w ciele, nie szukać odpowiedzi słowami. I to było zupełnie inne niż zwykłe ruminowanie. Chociaż trudno było nie wpaść z powrotem w głowę.
Znam focusing z czytania i mam mieszane uczucia. Z jednej strony bardzo mi odpowiada filozofia - że ciało wie więcej niż umysł. Z drugiej, kiedy próbowałam sama, to nie byłam w stanie odróżnić, czy czuję coś prawdziwego, czy tylko produkuję odczucia, bo chcę żeby to działało.
To jest dokładnie pułapka w pracy z ciałem bez towarzyszenia kogoś doświadczonego. W focusingu ważna jest tak zwana 'wystarczająca odległość' - ani za blisko, ani za daleko od odczucia. I tego prawie nie da się wyczuć samemu na początku. To jest coś, czego naprawdę lepiej się uczyć z kimś, przynajmniej w fazie wstępnej.
Czyli wychodzi na to, że sporo tych technik puszczania potrzebuje albo nauczyciela, albo grupy, albo jakiegoś towarzyszenia? A co z osobami, które z różnych powodów pracują zupełnie same? Pytam serio, bo ja nie mam dostępu do żadnych grup ani nie szukam terapeuty.
To co Wiezowa opisuje - to rozkręcenie po medytacji - znam to. Siadałam z czymś trudnym i wychodziłam bardziej rozstrojona niż przed siedzeniem. I wtedy rezygnowałam, myśląc, że robię coś źle. A może to był właśnie ten sygnał i powinnam była po prostu skończyć wcześniej?
Wracam chwilę do tego, co Judytka napisała o pytaniu w ciele - próbowałam ostatnio czegoś podobnego, ale nie z focusingiem. Wzięłam jedno konkretne wspomnienie, które wracało, i zamiast je analizować, zapytałam siebie: gdzie to siedzę w ciele teraz, w tej chwili. I to było zaskakujące, bo nie tam, gdzie myślałam. Spodziewałam się klatki piersiowej, a było w żołądku. I to samo w sobie już coś przesunęło.
Właśnie to jest ten moment w focusingu, który Gendlin nazywał 'felt sense' - i tak, często ciało zaskakuje, bo wskazuje na coś, czego umysł nie zaindeksował. A to co piszesz, że coś się przesunęło - czy to było w trakcie siedzenia, czy dopiero po?
Właśnie - ta drobność mnie zastanawia. Cały czas oczekuję jakiegoś wyraźnego efektu, że poczuję, że puściłam. A może to jest właśnie tak jak piszesz, Sigilia - milimetr, który zostaje?
Problem z oczekiwaniem wyraźnego efektu jest taki, że samo oczekiwanie blokuje cokolwiek subtelniejszego. Byłam na intensywnym kilka lat temu i jeden z prowadzących powiedział coś, co mi bardzo zostało: 'Jeśli szukasz dowodów na to, że medytacja działa, twój umysł jest zajęty szukaniem, a nie medytowaniem'. I od tamtej pory staram się siedzieć bez oceniania co się wydarzyło.
Ale jak nie oceniasz, to skąd wiesz, że idziesz w dobrym kierunku? Szczególnie jeśli pracujesz sama i nie masz nauczyciela, który by to widział z zewnątrz?
To jest dużo bardziej sensowna miara niż to, czego szukałem. Ja właśnie po każdym siedzeniu próbowałem sobie dać ocenę - to było głupie. Ale teraz mam pytanie - czy zmiana w reakcjach może być tak powolna, że jej nie widać przez długi czas?
I do tego dochodzi coś, o czym mało się mówi - czasem przed tym, że coś puścisz, jest przez chwilę gorzej. Jakby rzecz musiała się ujawnić zanim odejdzie. Miałam tak kilka razy i za każdym razem myślałam, że idę w złą stronę. A potem okazywało się, że właśnie wtedy coś naprawdę się ruszało.
Szczerze? Nie zawsze rozpoznaję. Często jest to jasne dopiero z perspektywy czasu. Ale jedna rzecz mi pomaga - jeśli w tym gorszym momencie jest jakaś jakość ruchu, coś się dzieje, to inaczej niż kiedy jestem po prostu w dole bez ruchu. Stagnacja i proces wyglądają inaczej, choć obu towarzyszy dyskomfort.
To rozróżnienie Judytki między stagnacją a procesem - to jest coś, czego nigdy tak nie nazwałam, a dokładnie to widzę u siebie patrząc wstecz. W stagnacji jest taka ciężkość bez wyjścia. W procesie jest coś, nawet nieprzyjemnego, ale jakby z kierunkiem. Czy ktoś jeszcze to tak czuje?
Tak. I to jest jedna z nielicznych rzeczy, których naprawdę nie da się nikomu wytłumaczyć zanim tego nie doświadczy. Dlatego opisuję to ludziom, ale zawsze mówię - to rozróżnienie przyjdzie samo, kiedy masz za sobą obydwa stany. Nie szukaj go, zanim go znasz.
To co Eremitka napisała na końcu - że rozróżnienie przyjdzie samo - to jest jednocześnie uspokajające i frustrujące. Uspokajające, bo nie muszę tego teraz łapać. Frustrujące, bo ja właśnie jestem na tym etapie, gdzie chciałbym wiedzieć, czy to co czuję to proces czy stagnacja. I nie wiem.
Tak, i to był dość długi czas niepewności. Przez kilka tygodni siedziałam regularnie z pewnym wspomnieniem i nic szczególnego się nie działo. Potem, podczas jednej sesji - nie tej, gdzie coś czułam mocno, tylko tej zupełnie zwykłej - coś po prostu... nie wróciło. Wspomnienie było, ale ta ładunek przy nim przestał być taki sam. Nie wiedziałam, kiedy to się zmieniło.
To jest bardzo charakterystyczne - że zmiana jest zauważalna dopiero przez jej nieobecność. Coś przestało wracać, coś przestało boleć tak samo. Nie widzisz momentu zmiany, tylko efekt. Czy ktoś próbował prowadzić jakiś dziennik między sesjami właśnie po to, żeby to śledzić?
Ten obraz spirali jest dobry, ale uważam, że warto też dopuścić, że czasem jest po prostu koło. Nie wszystko, co wygląda jak powrót, jest spiralą. Czasem utknęliśmy i wracamy do tego samego miejsca, bo nie ma ruchu. I wtedy dziennik jest cenny, bo może pokazać, że jednak coś jest inne - albo potwierdzić, że naprawdę stoimy w miejscu i trzeba zmienić podejście.
To mnie zastanawia - bo właśnie myślałam, że medytacja z przeszłością to praca, którą robi się sama, wewnętrznie. A tutaj wychodzi, że ten element zewnętrzny może być kluczowy. Czy to nie jest trochę sprzeczne z tym, o czym rozmawiamy?
Nie wydaje mi się sprzeczne. Medytacja daje ci dostęp do tego, co jest w środku. Ale sama medytacja nie zawsze ci powie, czy utknęłaś, czy się ruszasz. Zewnętrzne spojrzenie - czy to terapeuty, nauczyciela, czy po prostu kogoś bliskiego - to nie jest zamiennik medytacji, to jest uzupełnienie.
Dobra, ale ja chcę wrócić do czegoś konkretnego - bo mówimy dużo o tym, co jest po medytacji, jak oceniać efekty, ale mam pytanie o samą technikę. Kiedy pracujesz ze wspomnieniem w trakcie siedzenia, to jak to wygląda? Wywołujesz je celowo? Pozwalasz mu przyjść? Coś innego?
