Zacząłem ostatnio czytać trochę o neurobiologii medytacji i wciągnęło mnie to mocniej niż się spodziewałem. Chodzi mi konkretnie o to, co dzieje się z impulsami neuronalnymi podczas głębokiej medytacji - podobno fale mózgowe przechodzą z beta przez alfę aż do theta, a w bardzo głębokich stanach nawet delta. Ale co to oznacza w praktyce dla osoby, która medytuje? Czy ktoś z was śledził kiedyś swoje stany medytacyjne i rozpoznawał, w którym z tych zakresów przebywa?
Czytałam o tym jakiś czas temu i rzeczywiście coś w tym jest. Mnie osobiście najbardziej ciekawi stan theta, bo właśnie wtedy pojawiają mi się obrazy - takie półsenne wizje. Pytanie czy to jest efekt 'wyciszenia' korowych obszarów mózgu, czy może aktywacji czegoś głębszego. Neurologicznie jedno, a doświadczeniowo coś zupełnie innego.
A skąd wiadomo, że jesteś w stanie theta a nie po prostu zasypiasz? Bo u mnie podczas medytacji leżącej ten problem jest nagminny i nie wiem jak to odróżnić.
Zastanawia mnie tutaj jedna rzecz. Mówimy o impulsach neuronalnych jakby to był tylko mechanizm, ale przecież różne tradycje opisują te same stany zupełnie innym językiem - wejście w kanał suszumny, aktywacja pinealną, rozszerzenie pola świadomości. Czy te opisy są tylko metaforą tego, co widzimy na EEG, czy może mówią o czymś, czego pomiar elektrod nie obejmuje?
Szyszynka jest tutaj kluczowa, bo to ona produkuje DMT podczas głębokiej medytacji i właśnie dlatego pojawiają się te stany rozszerzonej świadomości. To nie są tylko fale mózgowe, to jest konkretna chemia.
Zostawmy na chwilę DMT, bo to osobna dyskusja. Mnie bardziej interesuje to, co Perzyna napisała - czy fale EEG to jest pełny obraz, czy tylko jeden z poziomów opisu. Z mojego doświadczenia - a medytuję kilka lat - są stany, w których coś wyraźnie 'się otwiera' i to nie jest sen, nie jest relaks, to jest coś jakościowo innego. Jak wy to opisujecie, jak już wejdziecie głębiej?
Mam kilka notatek z moich sesji i zauważyłam, że ten stan, o którym piszesz Jacek, pojawia się u mnie po mniej więcej 20 minutach ciągłej praktyki. Wcześniej zapisywałam kiedy i jak, żeby sprawdzić czy jest regularność. I jest. Ale zastanawia mnie co dokładnie go wyzwala - czy to kwestia czasu, oddechu, pozycji ciała?
To trochę brzmi jakby medytacja po prostu wysycała układ nerwowy tlenem, a reszta to interpretacja. Czy nie jest tak, że te wszystkie 'stany' to tylko hiperwentylacja albo efekt bezruchu na krążenie?
Wracając do pytania Jacka z początku - mnie zastanawia, czy różne techniki medytacyjne dają różne wzorce neuronalne. Bo medytacja skupienia na oddechu to chyba coś innego niż medytacja otwartej obecności, a to znów coś innego niż medytacja kochającej dobroci. Czytałam, że badania nad mnichami zen i mnichami buddyjskimi z tradycji theravady pokazują różne aktywacje. Czy ktoś to śledził głębiej?
O rany, tyle tu ważnych rzeczy w jednym wątku, dziękuję wszystkim za tę dyskusję, naprawdę otwiera oczy. Chciałam zapytać - czy to znaczy, że sposób w jaki medytujemy dosłownie rzeźbi nasz mózg inaczej w zależności od techniki? Bo jeśli tak to wybór techniki ma większe znaczenie niż myślałam.
Słucham tej rozmowy i mam mieszane uczucia. Z jednej strony brzmi to naukowo, z drugiej - czy to nie jest pójście za daleko, żeby medytację opisywać przez impulsy neuronalne? Dla mnie medytacja to po prostu siedzenie w ciszy i próba nieuciekania myślami. Czy naprawdę potrzebuję wiedzieć co robi mój mózg, żeby to robić dobrze?
Chodzi mi o to, że jak zaczniemy rozkładać wszystko na impulsy i fale, to czy nie tracimy czegoś z samej istoty praktyki? Bo jeśli ktoś mi powie, że moje poczucie spokoju to tylko wzrost aktywności w korze przedczołowej, to mnie to jakoś nie satysfakcjonuje jako wyjaśnienie.
To, co celestyna napisała, dotknęło mnie osobiście. Sam zauważam, że od kiedy zacząłem czytać o EEG i falach, mam gdzieś z tyłu głowy taką kontrolkę 'a jestem już w theta, czy nie?' i to mi kompletnie rozbija skupienie. Może wiedza o mechanizmach nie zawsze jest pomocna w praktyce.
Ja miałam podobnie na początku z tarota - za dużo teorii, za mało intuicji. Musiałam na jakiś czas odłożyć książki i po prostu siedzieć z kartami. Tu pewnie jest analogicznie. Wiedza jest dobra, ale nie może wchodzić do poduszki razem z nami.
Wracając do pytania, które zadałam wcześniej, a które trochę zginęło - czy różne techniki medytacyjne naprawdę dają różne wzorce neuronalne? Bo jeśli tak, to ma to konkretne implikacje dla tego, co chcemy osiągnąć. Ktoś szuka spokoju, ktoś inny wglądu, ktoś jeszcze współczucia - i każdy może potrzebować innej techniki nie tylko filozoficznie, ale dosłownie biologicznie.
No ale jeśli sieć domyślna w medytacji działa inaczej niż na co dzień, to jak mózg 'wie', że ma teraz działać inaczej? To brzmi jakby była tam jakaś osobna instancja, która daje polecenia.
To niesamowite, że ta rozmowa doszła do czegoś tak głębokiego. Mam pytanie może naiwne - czy to znaczy, że różne religie i tradycje, które rozwinęły te techniki przez tysiące lat, niejako 'odkryły' to, co teraz nauka dopiero opisuje? Bo to by zmieniało postrzeganie tych tradycji.
Chcę wrócić do kwestii szyszynki, bo Hubert co prawda miał rację co do braku bezpośrednich dowodów, ale pominął kontekst. Strassman nie tylko badał zewnętrzne DMT - on też spekulował na temat endogennego, właśnie na podstawie raportów z głębokiej medytacji. Czy to nie jest przynajmniej hipoteza warta uwzględnienia?
Słucham tej dyskusji i mam jedno praktyczne pytanie do wszystkich - czy ktokolwiek z was faktycznie zmienił technikę medytacji po przeczytaniu czegoś o neurobiologii? Nie czy zmieniło to waszą wiedzę, ale czy zmieniło praktykę. Bo mam wrażenie, że to może być ważna weryfikacja tego, czy ta wiedza w ogóle ma zastosowanie poza rozmową.
A ja po tej rozmowie zaczynam się zastanawiać, czy moje problemy z rozróżnieniem theta od zasypiania są właśnie dlatego, że medytuję w pozycji leżącej. Słyszałam, że pozycja siedząca daje inny wzorzec aktywności i mózg nie przełącza się tak łatwo w tryb snu. Czy ktoś to sprawdzał na sobie?
Joga nidra to dobry przykład, bo właśnie tam ta granica jest świadomie eksplorowana. Czytałem, że w EEG u doświadczonych praktykujących widać utrzymanie pewnej aktywności w korze przedczołowej nawet przy dominujących falach delta, co normalnie nie zdarza się przy zwykłym śnie. To sugeruje, że mózg się uczy jakoś podtrzymywać 'świadka' przy jednoczesnym odpuszczeniu.
Mam pytanie do was obojga, bo nie jestem pewna czy dobrze rozumiem. Jeśli fale delta to sen głęboki, a przy jodze nidrze są delta ale z aktywną korą przedczołową - to jak nazwać ten stan? Nauka ma na to jakieś określenie czy to jeszcze niezbadany obszar?
To znaczy, że mój problem z zasypianiem podczas medytacji leżącej może być po prostu tym, że nie mam jeszcze wyrobionego tego 'świadka'? Nie zepsutą techniką, tylko po prostu brakiem wprawy? Bo to zmienia trochę to, jak na siebie patrzę w tej kwestii.
Zastanawiam się, czy w tej dyskusji nie mieszamy trochę dwóch rzeczy: tego co mózg robi (co widać w EEG), i tego co praktykujący przeżywa. Bo te dwa opisy nie muszą do siebie pasować jeden do jednego. Neuron odpalający to nie to samo co doświadczenie bycia przytomnym. I tu właśnie leży chyba największa niejasność tej całej neurobiologii medytacji.
Świetna metafora z tym samochodem, ale nie jestem pewien czy mi pasuje. Bo jednak mechanika samochodu wpływa na to jak się nim jeździ - jak masz zepsute zawieszenie, to czujesz każdą dziurę inaczej. Może wiedza o mechanice mózgu jakoś podobnie zmienia jakość jazdy?
Ja chcę wrócić do czegoś, co Jacek pisał wcześniej o tym 'świadku'. To słowo mocno mnie uderzyło, bo w tradycjach, które znam z lektury, ten świadek jest centralny - to nie jest stan, tylko coś stałego, co obserwuje wszystkie stany. Czy nauka w ogóle ma pojęcie na to co próbuje opisywać tym słowem? Jakiś odpowiednik?
Ale zastanówcie się - jeśli nauka mierzy aktywność przyśrodkowej kory przedczołowej i opisuje to jako metapoznanie, a tradycje opisują świadka jako coś, co nie jest produktem umysłu tylko jego fundamentem - to te dwa opisy nie są komplementarne, one są sprzeczne. Jeden mówi że to wytwór, drugi że to podstawa. I to jest naprawdę ważna różnica.
