Ta 'intencja otwartości' - czy to nie jest trochę ryzykowne? Bo co jeśli przyjdzie coś, czego nie jesteś gotowa zobaczyć?
I tu jest ta granica, o której rozmawiałyśmy wcześniej - między tym, co można robić samodzielnie w medytacji, a tym, gdzie potrzebne jest wsparcie kogoś wykwalifikowanego. Głęboka praca z traumą to nie jest teren dla solowej medytacji. Regularne wspomnienia, żale, niedomknięte sprawy - to tak. Ale prawdziwie ciężki materiał wymaga kogoś obok.
To jest bardzo konkretne kryterium i bardzo mi pomaga. Dziękuję, Rodis. Mam jeszcze jedno pytanie do Sigili - mówiłaś, że ta zmiana ze wspomnieniem, kiedy ładunek przy nim przestał być taki sam - czy to znaczy, że wspomnienie zniknęło, czy po prostu jest inaczej?
Wspomnienie nie zniknęło - dalej jest. Mogę je przywołać, pamiętam szczegóły, wiem, co się stało. Ale gdy do niego sięgam, nie czuję już tego ściśnięcia w piersi. Jakby przedmiot na półce się nie zmienił, ale przestał ciążyć. Trudno to opisać inaczej.
To brzmi jak coś, na co naprawdę czekam w swojej pracy. Ale mam pytanie - czy to przyszło nagle, czy stopniowo zdawałaś sobie sprawę, że jest inaczej?
U mnie było podobnie i właśnie to mam na myśli, gdy piszę o dzienniku. Bez zapisków nie miałabym punktu odniesienia. Samo wspomnienie jest niby to samo, ale reakcja na nie - już nie. Czy Sigilia, ty też masz coś, do czego wracasz i porównujesz?
Wracam do pytania Anusi, bo ono jest ważne - ona pytała o sprzeczność między pracą wewnętrzną a potrzebą zewnętrznego oka. Mnie się wydaje, że to nie jest sprzeczność, tylko dwa poziomy tej samej pracy. Medytacja daje materiał, zewnętrzne spojrzenie pomaga go ocenić. Ale Anusia, co cię konkretnie zastanowiło w tym, co piszemy?
To przekonanie jest dość powszechne i myślę, że pochodzi z jakiegoś romantycznego obrazu medytacji jako pracy całkowicie solowej. Tymczasem w większości tradycji, z których te techniki pochodzą, nauczyciel był wbudowany w strukturę. Samodzielna praca była możliwa, ale na określonym etapie i z określonym materiałem.
Jest jeszcze jeden sygnał, który moim zdaniem jest niedoceniany - czy przy pracy z konkretnym tematem coraz łatwiej siedzisz z nim bez rozładowania emocjonalnego, ale jednocześnie coraz głębiej go rozumiesz? Jeśli obydwie te rzeczy idą razem, zazwyczaj jest ruch. Jeśli tylko jedno z nich - warto się zastanowić.
I tu wchodzi kwestia, której jeszcze nie poruszyliśmy wprost - co robimy między sesjami? Bo samo siedzenie raz na jakiś czas z trudnym wspomnieniem to jedno. Ale jak to się integruje w codzienność? Sigilia, ty pisałaś wcześniej o tym, że coś przestało wracać - czy to znaczy, że poza medytacją też było inaczej?
Właśnie to 'echo w środku' - czy ktoś ma jakiś sposób, żeby z tym pracować? Bo u mnie bywa tak, że w sesji siedzę spokojnie, ale konkretny wyzwalacz w ciągu dnia i cały ładunek wraca jakby nic. Mam wrażenie, że pracuję z jednym wspomnieniem w izolowanym środowisku, a życie testuje inaczej.
Trochę przerażające jest to czekanie na wyzwalacz, żeby sprawdzić, czy cokolwiek się zmieniło. Co jeśli wyzwalacz przyjdzie w złym momencie?
Myślę, że to, co opisuje Judytka, jest jednym z trudniejszych momentów tej pracy. Sesja i życie to nie jest jedno. I chyba właśnie dlatego ten temat - puszczania przeszłości - jest o wiele bardziej rozciągnięty w czasie, niż byśmy chciały. Ale co do pytania Nekromantki - ten zły moment może być też momentem, który pokazuje coś ważnego, choć wiem, że to brzmi jak słabe pocieszenie.
To, co napisała Sigilia o 'czekaniu na okazje' - mam z tym problem. Bo rozumiem, że nie da się tego wymusić, ale jednocześnie czuję, że właśnie te niezaplanowane spotkania z wyzwalaczem robią mi największy bałagan. I potem wracam do sesji jakby od zera. Czy ktoś znalazł jakiś sposób, żeby ta praca nie rozpadała się na kawałki po każdym takim zderzeniu z życiem?
Ten egzamin - to jest coś, co czuję za każdym razem. Że każdy wyzwalacz to test, który albo zdaję, albo oblewa całą moją pracę. Czy to jest w ogóle zdrowe podejście do medytacji? Bo sama zaczynam mieć wątpliwości.
Przepraszam, że wchodzę, bo to do mnie też trafia. Ja też robiłem z każdego nawrotu jakiś dowód na to, że nic nie działa. Dopiero jak ktoś mi powiedział, że nawrót to nie cofnięcie się, tylko kolejne przejście przez ten sam materiał - tylko z innego miejsca - to coś mi się w głowie przestawiło. Nie wiem, czy to prawda, ale pomogło.
Mnie też to dotyczyło - to myślenie o nawrotach jako porażkach. I wydaje mi się, że przynajmniej u mnie było połączone z tym, jak postrzegałam sam cel tej pracy. Jakby 'puszczenie przeszłości' miało być jednorazowym aktem, po którym temat znika na zawsze. A to nie tak działa. To raczej zmiana stosunku do czegoś, nie usunięcie. Tylko że ten opis brzmi mniej satysfakcjonująco, więc trudno go sobie naprawdę wbudować.
