Ostatnio wróciłam do praktyki medytacji z intencją puszczania - konkretnie chodzi mi o wspomnienia i emocje, które wracają mimo że minęło już sporo czasu. Zaczęłam od prostej techniki z obserwacją oddechu, ale szybko zauważyłam, że sam oddech to za mało. Umysł i tak wraca do tych samych obrazów. Czy ktoś miał podobnie i znalazł jakiś sposób, żeby medytacja naprawdę pomagała odpuścić, a nie tylko chwilowo wyciszała?
Miałam dokładnie to samo i przez długi czas myślałam, że robię coś źle. Okazało się, że problem nie leżał w technice, tylko w tym, że próbowałam uciec od wspomnień zamiast je w tej medytacji rzeczywiście zobaczyć. Zmieniłam podejście - zamiast skupiać się na oddechu jako ucieczce, zaczęłam traktować każde pojawiające się wspomnienie jak gościa, którego zapraszam, patrzę na niego i odprowadzam. Brzmi może banalnie, ale u mnie zadziałało. Ciekawa jestem, czy Twoje wspomnienia mają jakiś konkretny ładunek emocjonalny, bo od tego dużo zależy jaką technikę wybrać.
To co opisuje Anusia_H to klasyczna metoda z tradycji vipassana, tylko nikt tego głośno nie mówi na takich forach. Ale mam pytanie do Sigilia77 - ile mniej więcej trwają Twoje sesje? Bo w moim doświadczeniu przy puszczaniu przeszłości czas trwania medytacji ma naprawdę duże znaczenie. Krótkie sesje mogą dawać efekt chwilowej ulgi, ale nie schodzą wystarczająco głęboko.
Wtrącę się, bo to mnie też dotyczy. Prowadziłam przez kilka miesięcy notatki po każdej sesji i zauważyłam coś ciekawego - sesje, po których czułam prawdziwy ruch, prawie zawsze przekraczały 40 minut. Ale nie chodzi tylko o czas. Zauważyłam też, że jeśli wchodzę w medytację z konkretną intencją puszczenia czegoś określonego, efekty są inne niż gdy siadam bez celu. Sigilia77, czy Ty w ogóle ustawiasz sobie jakąś intencję przed sesją?
Bardzo dziękuję za ten temat, bo akurat staram się z tym sam zmierzyć. Mam pytanie do Judytki - co znaczy konkretna intencja? Czy chodzi o to, żeby przed medytacją powiedzieć sobie coś w stylu 'puszczam tamtą sytuację', czy to ma być coś bardziej rozbudowanego?
Pytanie, bo nie wiem czy dobrze rozumiem - czy to znaczy, że celowo myślimy o trudnej rzeczy na początku medytacji? Nie bałam się tego próbować, bo myślałam, że to może tylko pogłębić stres zamiast go zmniejszyć.
Wracając do pytania Sigilia77 o głębokość - nie chodzi mi tylko o czas. Chodzi mi o to czy wchodzisz w stan, w którym ciało naprawdę zwalnia. Puls, napięcie mięśni, tempo myśli. To nie jest coś co da się osiągnąć siłą woli przez 20 minut jeśli umysł jest bardzo aktywny. Niektórzy potrzebują na samą fazę wchodzenia dłużej niż 15 minut. Zastanawiam się też czy próbowałaś pracy z ciałem - skanowanie, świadome napinanie i rozluźnianie - bo przeszłość często siedzi właśnie w ciele, a nie tylko w głowie.
Dodam coś z boku - pracowałam z różnymi technikami przez lata i naprawdę odradzam szukanie jednej właściwej metody na puszczanie. To co dla jednej osoby jest przełomem, dla innej może w ogóle nie działać. Sigilia77, czy pomyślałaś o tym, że może te wspomnienia wracają dlatego, że jest w nich coś czego jeszcze nie domknęłaś? Medytacja może pomagać, ale czasem puszczanie wymaga też czegoś poza samą ciszą.
Klucz to zazwyczaj cierpliwość i gotowość na to, żeby się zaskoczyć. W mojej praktyce wielokrotnie zdarzało się, że przyszłam do medytacji z jednym wspomnieniem, a wychodziłam ze zrozumieniem czegoś zupełnie innego, starszego. To nie jest coś, co da się zaplanować. Mam pytanie do wszystkich - czy ktoś z Was próbował łączyć medytację na puszczanie z pisaniem? Nie dziennik jako taki, tylko pisanie bezpośrednio po sesji, zanim umysł wróci do trybu analitycznego.
To ciekawy wątek z pisaniem, ale chcę wrócić do czegoś co powiedziała Wiezowa - że puszczanie wymaga czegoś poza ciszą. Całkowicie się zgadzam, ale mam wrażenie, że ludzie często mylą pojęcia. Puszczanie w medytacji to nie to samo co rozwiązanie problemu. Medytacja może pomóc zobaczyć i poczuć, ale nie zastąpi tego co trzeba zrobić w relacji z samym sobą poza poduszką. Sigilia77, czy masz jakiś rytuał zamknięcia sesji? Czasem to jak kończysz ma większe znaczenie niż to co robisz w środku.
Ja stosuję coś prostego na koniec - kilka spokojnych oddechów z intencją dziękowania sobie za sesję, potem chwila z dłońmi na sercu i zanim wstanę, mówię po cichu jedno zdanie podsumowujące co czuję. Nie wiem czy to rytuał w pełnym sensie, ale bardzo zmienia jakość tego co zostaje po medytacji. Może to zbyt proste, żeby miało znaczenie?
Do Dominika - ten sceptycyzm jest zdrowy, ale powiem Ci coś z własnego doświadczenia. Rytuał zamknięcia nie musi mieć żadnego mistycznego uzasadnienia, żeby działać. To po prostu sygnał dla układu nerwowego, że sesja się skończyła. Mózg lubi wyraźne granice. Pytanie do Ciebie - jak teraz kończysz sesje? Po prostu wstajesz?
Dokładnie to samo robiłam, Dominiku. I mam wrażenie, że to jest jeden z tych małych szczegółów, które sprawiają, że medytacja 'nie działa', choć tak naprawdę to my ją urywamy w połowie procesu. Spróbuję tej techniki z Judytką. Ale mam pytanie do Eremitki - skoro ciało tak ważne, to jak długo ten rytuał zamknięcia powinien trwać? Czy to kwestia minut, czy sekund?
Nie ma jednej odpowiedzi. U mnie to od minuty do pięciu, zależy od sesji. Jeśli było coś poruszającego, potrzebuję więcej czasu na przejście. Jeśli sesja była spokojna, starczy kilka głębokich oddechów i spokojne otwarcie oczu. Ważniejsze niż czas jest to, żeby ten moment był świadomy, a nie automatyczny.
Przepraszam że wtrącę, ale zostałam z poprzedniego pytania bez odpowiedzi - pytałam Anusię o guided meditation i rodzaj prowadzenia. Może ktoś inny może mi powiedzieć od czego w ogóle zacząć? Chodzi mi konkretnie o sesje zorientowane na puszczanie, nie ogólnie na relaks.
To poczucie zmyślania to bardzo częsta blokada i myślę, że Nekromantka tu trafia w coś ważnego. Pytanie jest takie - a co jeśli 'zmyślanie' i 'doświadczanie' w medytacji nie są tak różne jak myślimy? Umysł produkuje obrazy z materiału, który ma dostępny. Skąd wiesz, że to co przychodzi to nie jest właśnie coś Twojego, tylko przykryte słowem 'wyobraźnia'?
Szczerość - nie zawsze da się to rozróżnić, przynajmniej nie na początku. I może nie zawsze trzeba. Czasem ważniejsze jest to, co za tym idzie - czy po sesji czujesz jakiś ruch, rozluźnienie, albo wręcz przeciwnie silne emocje. To jest sygnał że coś się poruszało. Natomiast przy sesji czysto relaksacyjnej zwykle jest tylko spokój, bez żadnego rezonansu emocjonalnego.
Słucham tej rozmowy i zastanawiam się - czy jest jakiś sposób, żeby zawczasu rozpoznać, że idziemy za głęboko? Bo mam wrażenie, że zawsze dowiaduję się po fakcie. Coś mi mówi, że powinnam wejść, wchodzę, a potem siedzę rozedrgana przez resztę dnia.
Jest kilka sygnałów, które pojawiają się podczas sesji, zanim jeszcze przejdziesz punkt bez powrotu. Przyspieszone bicie serca, napięcie w szczęce albo ramionach, uczucie jakbyś stała na krawędzi. To są ciałowe komunikaty, że emocja jest silna. W tym miejscu masz wybór - możesz zostać z tym bardzo ostrożnie i obserwować, albo świadomie cofnąć się do oddechu. Obie opcje są prawidłowe.
Niesamowite jak dużo informacji jest w ciele, a zupełnie tego nie czytam podczas sesji. Właściwie to w ogóle nie jestem świadomy swojego ciała kiedy medytuję, skupiam się wyłącznie na myślach i czy 'dobrze oddycham'. Chyba zaczynam rozumieć co miała na myśli Eremitka z tym skanowaniem ciała - to nie jest nuda, to właśnie jest ten klucz o którym Sigilia mówiła wcześniej.
Dziękuję za tę rozmowę, naprawdę. Właśnie sobie uświadomiłem, że przez całe miesiące medytowałam - to znaczy, ja medytowałem - jakby w oderwaniu od ciała. Jakbym siedział w głowie i stamtąd obserwował, czy myśli są dobre czy złe. Czy to w ogóle jest medytacja, czy tylko monitoring?
To jest jedno z najczęstszych nieporozumień na początku drogi. I szczerze? Wielu ludzi przez lata zostaje przy tym 'monitoringu', bo nikt im nie powiedział, że ciało też jest częścią praktyki. Ale powiedz mi, Dominiku - kiedy mówisz, że skupiasz się na myślach, to co dokładnie z nimi robisz? Obserwujesz, czy próbujesz je zatrzymać?
To jest dokładnie to rozróżnienie, które zmienia wszystko przy pracy z przeszłością. Puszczanie nie polega na odpychaniu. Odpychanie to właśnie zatrzymywanie, tylko energetyczne. Naprawdę ciekawe, że sam to nazwałeś, Dominiku, bez żadnej podpowiedzi.
Tu mam pytanie do Rodis - bo to brzmi logicznie, ale jak w praktyce wygląda nieodpychanie? Jak myśl o przeszłości przychodzi podczas sesji zorientowanej na puszczanie, to co właściwie robię zamiast odsyłać ją z powrotem?
Pozwalasz jej być. Nie zapraszasz, nie gościsz, nie analizujesz - ale też nie kładziesz przy drzwiach tabliczki 'zakaz wstępu'. Obserwujesz, że jest. I czekasz co zrobi. Czy coś przy tym czujesz w ciele? Gdzie to siedzi? Myśl o przeszłości rzadko jest tylko myślą.
To co mówi Rodis bardzo zgadza się z moim ostatnim doświadczeniem. Miałam sesję, gdzie pojawił się temat, który ciągnie się za mną od lat. Zamiast odpychać, zostałam z nim. I całe napięcie przeniosło się do klatki piersiowej - fizycznie. Potem pracowałam z tym napięciem, nie z myślą. Efekt był inny niż cokolwiek wcześniej.
Słucham tej rozmowy i myślę - to wszystko wymaga dużo czasu i regularności, tak? Czy da się zacząć od krótszych sesji i też mieć jakiś efekt przy puszczaniu przeszłości, czy to musi być przynajmniej 30-40 minut?
