Mam takie proste pytanie do Huberta albo Perzyny - czy badacze, którzy robią te wszystkie badania EEG na medytujących, sami medytują? Bo zastanawiam się, czy ktoś kto nie ma własnego doświadczenia jest w stanie zaprojektować sensowne pytania badawcze w tym obszarze.
Neurofenomenologia - tego nie znałam. To znaczy, że badani sami opisują co czują, a to jest traktowane jako dane naukowe, a nie tylko anegdota? Jak to się weryfikuje?
Czytam tę rozmowę od dłuższego czasu i mam jedno małe pytanie, może głupie. Czy te badania EEG robi się podczas normalnej medytacji w laboratorium, z elektrodami na głowie? Bo wyobrażam sobie, że dla wielu osób samo siedzenie z kablami na głowie w białym pokoju zupełnie by rozbiło medytację. Czy to nie wpływa na wyniki?
Wracając do tego co Turmalinka i Milosz poruszyli - problem obserwatora w fizyce kwantowej jest właśnie o tym, prawda? Że akt pomiaru zmienia mierzony obiekt. Ale w przypadku mózgu i medytacji to jeszcze bardziej skomplikowane, bo obserwator i obserwowany to ta sama rzecz. Jak EEG ma w ogóle uchwycić coś, co z natury wymyka się zewnętrznemu pomiarowi?
To akurat nie jest problem nie do rozwiązania. Badacze radzą sobie z tym przez habituację - osoby trenuje się do bycia w laboratorium tygodniami zanim zrobi się właściwy pomiar. Richard Davidson robił tak z mnichami. Ale masz rację, że to tylko częściowe rozwiązanie. Pytanie jest głębsze: czy medytacja w warunkach laboratoryjnych to ta sama medytacja co w klasztorze?
To pytanie od Huberta mnie zatrzymało. Bo ja na przykład zupełnie inaczej wchodzę w stany kiedy jestem sama w domu o świcie, a inaczej gdy próbuję podczas jakichś warsztatów grupowych. Środowisko naprawdę robi ogromną różnicę. Laboratorium z elektrodami i białymi ścianami brzmi jak przepis na to, żeby w ogóle nie wejść głębiej.
Zastanawiam się też nad czymś innym - te różnice środowiskowe, które celestyna opisuje, to czy one widać w mózgu? Znaczy czy EEG osoby medytującej w domu wyglądałoby inaczej niż tej samej osoby w laboratorium? Czy ktoś takie porównanie kiedyś robił?
Czekaj, więc im dłużej ktoś medytuje, tym mniej warunki mają znaczenie? To by tłumaczyło dlaczego mnisi z klasztorów dają się badać w laboratorium i wyniki są jakieś wyraźne, bo dla nich środowisko już nie rozbija praktyki. A dla zwykłego człowieka po pół roku medytowania elektrody by całkowicie zniszczyły doświadczenie. Czy dobrze rozumiem?
No właśnie i tu wychodzi chyba podstawowy problem z tymi badaniami - dobór próby jest bardzo specyficzny. Badają ekstremalnych ekspertów albo totalnych nowicjuszy, a środka prawie nie ma. A większość ludzi, którzy tu pewnie czytają i praktykują, jest gdzieś w tym środku. Co my z tych badań możemy wziąć dla siebie?
Właśnie się zastanawiałam nad tym samym co Milosz. I chciałam zapytać czy jest w ogóle jakaś granica godzin, od której zmiany w mózgu stają się mierzalne? Bo pamiętam że ktoś na początku tego wątku wspominał o minimalnej ilości praktyki - ale może to było w innym wątku. Albo może Hubert wie?
Ale właśnie - zmiany strukturalne po 8 tygodniach brzmi świetnie, ale pytanie co to znaczy praktycznie. Mózg zmienia strukturę, to fajnie, ale czy to przekłada się na to co czujesz podczas medytacji, czy to tylko statystyka dla naukowców? Bo dla mnie ważniejsze jest to co się dzieje w środku, a nie co widać na skanach.
To co Jacek napisał uderzyło mnie, bo pamiętam taki okres w swojej praktyce gdzie byłam przekonana, że nic się nie dzieje, medytacja nie działa, czas tracę. A potem bez żadnego wyraźnego momentu zorientowałam się, że reaguję inaczej na stres, że coś się zmieniło. Może właśnie wtedy zachodziły te zmiany, których jeszcze nie czułam?
Wracam do pytania Antaresaa, bo myślę że zostało trochę zbyte - co z tymi zmianami strukturalnymi naprawdę wiemy? Czy badania korelują je z subiektywnym poczuciem spokoju, koncentracji, dobrostanu? Czy to są po prostu osobne zestawy danych, które naukowcy łączą trochę na siłę?
Czyli mogłoby być odwrotnie? Że nie medytacja zmienia mózg, tylko pewien typ mózgu ciągnie do medytacji? To by trochę wywracało cały narrację o tym, że wystarczy usiąść i oddychać żeby zmienić swoją neurobiologię.
Mnie ten problem z kierunkiem przyczynowości przypomina podobną dyskusję o tym czy muzycy mają większy obszar słuchowy dlatego że grają, czy grają dlatego że mają większy obszar. Chyba ustalono, że to jednak praktyka zmienia mózg, a nie odwrotnie. Może z medytacją podobnie, tylko badania trwają krócej i są mniej precyzyjne?
Analogia z muzykami wydaje mi się tu naprawdę trafna. Mam to nawet gdzieś zapisane w notatkach - chyba z jakiegoś artykułu o neuroplastyczności - że u skrzypków obszary motoryczne i słuchowe rozrastają się proporcjonalnie do lat ćwiczeń. Jeśli mechanizm jest podobny dla medytacji, to argument o 'takim mózgu' odpada. Ale pytanie brzmi: czy ktoś naprawdę przeprowadził badanie podłużne, czyli skanował tych samych ludzi przez kilka lat? Bo większość badań, które widziałam, to przekrojowe - porównują dwóch różnych ludzi, a nie jedną osobę przed i po.
Słuchajcie, trochę się gubię w tych badaniach. Chcę zapytać o coś bardziej podstawowego - bo mówimy dużo o zmianach strukturalnych, o fali mózgowych, ale co tak naprawdę dzieje się w mózgu w tej jednej konkretnej chwili kiedy 'wchodzisz' w stan medytacyjny? Nie po tygodniach, nie po latach - tylko właśnie w tym momencie przejścia. Bo to zawsze mnie ciekawiło, jest taki moment jakby kliknięcia.
To co celestyna opisuje to ciekawa kwestia - rozbieżność między tym co czujesz a tym co faktycznie się dzieje. Mnie zawsze zastanawiało czy to nasze poczucie 'wejścia' jest precyzyjnym odczytem stanu mózgu, czy raczej interpretacją z opóźnieniem. Trochę jak z bólem, który mózg przetwarza zanim go poczujesz.
Ale jeśli mózg przetwarza to zanim poczujesz, to kto właściwie 'wchodzi' w ten stan? Pytam poważnie, nie filozoficznie. Bo jeśli świadomość jest o krok za faktyczną aktywnością neuronalną, to co my właściwie obserwujemy podczas medytacji kiedy obserwujemy własny umysł?
To co Hubert napisał o szybszym powrocie uwagi - czy to jest właśnie ta metauwaga o której czasem czytam? Że nie chodzi o to żeby nie odpływać myślami, tylko żeby szybciej zauważać że się odpłynęło? Bo jak tak to rozumiem, to nagle wszystko zaczyna mieć więcej sensu. Ale nie wiem czy dobrze to interpretuję, chętnie się dowiem czy jestem na dobrej drodze.
Dobra, ale wracając do pytania Aniela o to 'kliknięcie' - mam własną teorię którą chcę sprawdzić. Czy to może być moment kiedy sieć DMN, ta sieć trybu domyślnego o której gdzieś wcześniej było, faktycznie zaczyna zwalniać? Bo mam wrażenie że to kliknięcie zawsze przychodzi gdy przestaję planować i przypominać sobie rzeczy. A DMN podobno odpowiada właśnie za takie błądzenie myślami.
A czy w ogóle były badania gdzie używano jednocześnie EEG i fMRI? Brzmi technicznie skomplikowanie, metal w głowie przy magnesie i tak dalej. Czy to jest w ogóle wykonalne?
Słucham tej rozmowy i myślę sobie, że to wszystko jest ciekawe od strony naukowej, ale im więcej wiemy o mechanizmach tym bardziej chyba tracimy z oczu to po co ludzie w ogóle medytują. Zmiana struktur, sieci DMN, artefakty w fMRI - a co z tym że ktoś siada, zamyka oczy i po piętnastu minutach jest po prostu mniej nakręcony? Czy nauka kiedyś wyjaśni coś tak prostego?
Chcę wrócić na chwilę do tego co Strzaska57 pisała o sieci DMN i 'kliknięciu'. Hubert72 wyjaśnił różnicę między EEG i fMRI, ale mam jeszcze jedno pytanie - czy to kliknięcie, ten moment wejścia w stan, w ogóle pojawia się w wynikach badań jako jakaś wyraźna granica? Czy badacze widzą jakiś skok w danych, czy to jednak jest płynne przejście którego my subiektywnie doświadczamy jako nagłe?
Może właśnie dlatego to 'kliknięcie' tak dobrze pamiętam z własnej praktyki - bo subiektywnie jest zupełnie wyraźne, ale może to jest właśnie ten efekt o którym Jacek73 pisał wcześniej, że świadomość interpretuje z opóźnieniem i 'zaokrągla' płynne przejście do postrzeganego punktu. Jak nasz umysł lubi narracje z wyraźnym początkiem i końcem.
Mam podobnie i nie wiem co z tym zrobić. Czytam o DMN, o falach alfa, o metauwadze i podczas medytacji zamiast po prostu siedzieć zaczynam analizować czy to co czuję to właśnie ta sieć, czy to alfa. To trochę jak patrzeć jak rośnie trawa zamiast po prostu chodzić po łące.
Wracając do tego co Turmalinka opisała - mam pytanie praktyczne. Czy jest jakaś różnica neuronalna między medytacją kiedy 'po prostu siedzisz' a kiedy aktywnie monitorujesz swój stan? Bo jeśli tak, to może to są dwie różne praktyki nawet jeśli zewnętrznie wyglądają tak samo?
