Słucham tej całej rozmowy i mam jedno pytanie do Huberta i innych którzy mają więcej wiedzy - czy te wszystkie różnice które tu opisujecie, DMN, sieci wykonawcze, alfa, theta, mają jakieś praktyczne przełożenie na to jak medytować? Czy to jest wiedza 'ładna do wiedzenia' czy można z niej coś faktycznie wyciągnąć dla codziennej praktyki?
Ale właśnie ta metafora z mapą jest moim zdaniem kluczowa. Mapa nie zastępuje wędrówki, ale dobry szlak trochę łatwiej przejść kiedy wiesz mniej więcej co cię czeka. Mnie ta wiedza o DMN i sieciach uwagi pomogła przestać się frustrować kiedy myśli wracają. Bo skoro to jest domyślny tryb mózgu, to walka z nim to walka z fizjologią.
Mam pytanie z innej strony - czy ktoś z was próbował kiedyś medytować z jakąś intencją i porównać to do medytacji 'bez intencji'? Bo mnie bardziej interesuje praktyczna różnica w odczuciu niż w EEG, i zastanawiam się czy neurologicznie to też jest coś innego.
To jest dobra hipoteza. Medytacja wysiłkowa, tam gdzie aktywnie utrzymujesz uwagę albo trzymasz intencję, angażuje obszary przedczołowe które są metabolicznie kosztowne. Zmęczenie po takich sesjach jest raportowane i ma sens fizjologicznie. Niewysiłkowa, kiedy stan jest bardziej autopoietyczny, jest mniej kosztowna. Ale nie znam badań które bezpośrednio mierzyłyby to zmęczenie jako zmienną.
Wracam do pytania Milosza o medytację analityczną, bo to mnie nie opuszcza. Jeśli refleksja i cisza angażują inne sieci, i obie są wartościowe, to co decyduje o tym którą uprawiamy? Czy to jest wybór świadomy, czy raczej temperament, albo nawet budowa mózgu?
Trochę się gubię w tej rozmowie o wysiłkowej i niewysiłkowej, bo nie wiem jak to odnosi się do mojej praktyki. Czy jest jakiś prosty sposób żeby samemu rozpoznać po sesji który tryb się ćwiczyło? Bez EEG, bo nie mam dostępu do takiego sprzętu 🙂
To co Strzaska opisała z tą lekkością po niewysiłkowej - mam to raz na jakiś czas i zawsze byłam zdziwiona, bo czułam że 'nic nie robiłam' i trochę się zastanawiałam czy w ogóle medytowałam. A więc może właśnie to był ten lepszy stan?
Ale to jest trochę circular reasoning, nie? Jak poczuję że 'nic nie robiłam' to znaczy że coś się udało, a jak poczuję że coś robiłam to znaczy że pracowałam za dużo. To jest niefalsowykowalne w zasadzie. Jak mam wiedzieć że nie okłamuję sama siebie?
Ja chciałam wrócić do czegoś co Hubert mówił parę postów temu - że uwaga otwarta to jakby nie pamiętasz żeby myślała o jednej rzeczy. Ale jak mogę to ćwiczyć świadomie, skoro żeby to ćwiczyć musiałabym coś robić, a sama aktywność ćwiczenia jest już wysiłkowa? To mi wygląda na błędne koło.
To jest klasyczny paradoks w literaturze kontemplacyjnej i też w badaniach nad medytacją. Jedną z hipotez jest że intencja startowa jest potrzebna, żeby wejść w sesję, ale potem ma 'odpuścić'. Neuronalnie mogłoby to odpowiadać temu że kora przedczołowa inicjuje stan a potem jej aktywność spada kiedy sieć trybu domyślnego przejmuje. Ale to jest hipoteza, nie ustalone fakty - nie wiem czy ktoś to dokładnie tak zbadał.
Wracając do tego co mówiłam o napięciu przy medytacji z intencją - mam wrażenie że to napięcie które opisywałam nie jest takie samo jak wysiłek intelektualny. To bardziej coś emocjonalnego, jakby oczekiwanie na efekt. Nie wiem czy to EEG w ogóle by to rozróżniło.
Tak, jest sporo pracy na temat roli oczekiwań w modulowaniu stanów medytacyjnych. Oczekiwanie angażuje rejony związane z przewidywaniem nagród - brzuszne prążkowie między innymi - i to może faktycznie zakłócać stany które mają być 'otwarte'. To trochę jak z efektem placebo ale odwróconym, oczekiwanie może uniemożliwiać stan który chcesz osiągnąć.
To rozróżnienie między intencją a oczekiwaniem które zrobiła Augurka wydaje mi się kluczowe. Ale nie wiem jak to zrobić praktycznie. Jak postawię intencję to naturalnie za chwilę sprawdzam czy już. To chyba wymaga jakiegoś treningu samego w sobie.
A mnie ciekawi coś innego - czy w ogóle możemy ufać własnej ocenie co dzieje się w naszym mózgu podczas medytacji? Bo rozmawiamy o subiektywnych odczuciach i próbujemy je mapować na aktywność neuronalną, ale przecież nasz mózg interpretuje własne stany przez pryzmat tego co już wie i oczekuje. To jest chyba problem fundamentalny dla całej tej dyskusji.
Nieco lepsze mapy nieznanych terenów - to mi się podoba jako podsumowanie, ale też trochę mnie niepokoi. Bo wynika z tego że nawet po latach praktyki nadal nie wiemy co robimy z naszym mózgiem. To jest trochę jak działać na oślep, tylko z lepszymi butami.
No i wracamy do podstawowego pytania tego wątku - co tak naprawdę dzieje się w mózgu. Bo jeśli mamy tylko 'nieco lepsze mapy' jak powiedział Hubert, to jak rozróżnić czy konkretna technika robi z moim mózgiem coś pożytecznego czy może... nie wiem, wzmacnia jakieś wzorce które wcale nie są korzystne?
Słucham tej rozmowy i mam wrażenie że trochę gubimy coś ważnego. Mówimy o mózgu, wzorcach, aktywności neuronalnej - a tymczasem dla mnie w medytacji kluczowe jest to co czuję w ciele, nie w głowie. Czy są jakieś badania które patrzą na to co się dzieje poniżej szyi?
Nerw błędny to bardzo ciekawy trop i mam wrażenie że w ostatnich latach stał się prawie modny - wszędzie czytam o 'stymulacji nerwu błędnego'. Hubert, czy to jest faktycznie tak centralny element jak się teraz mówi, czy trochę przesadzone?
Jest w tym sporo marketingu, nie ukrywam. Nerw błędny jest ważny - łączy mózg z większością narządów i jest kluczowy dla odpowiedzi relaksacyjnej. Ale samo hasło 'stymulacja nerwu błędnego' robi za dużo roboty reklamowej. W kontekście medytacji bardziej precyzyjne byłoby mówienie o regulacji układu autonomicznego jako całości. Czy to zmienia coś w twoich doświadczeniach celestyna?
Wchodzę w ten wątek z nerwem błędnym bo mam pytanie do Huberta albo Perzyny - czy jeśli ktoś ma generalnie wysoki poziom lęku, to medytacja może paradoksalnie trudniej działać właśnie przez to że układ autonomiczny jest jakby ustawiony na alarm? Pytam bo sama tak mam.
Też miałam coś takiego przez długi czas. U mnie to wyglądało tak że pierwsza minuta była okej, a potem nagle robiło się głośniej w głowie niż przed medytacją. Dopiero po dłuższym czasie zrozumiałam że może to te myśli były tam cały czas, tylko ich nie słyszałam.
Właśnie. Jak to rostrzygnąć? To nie jest chyba coś co sam medytujący może ocenić, skoro introspekcja jest zawodna jak mówił Hubert wcześniej.
Okej, ale to rodzi kolejny problem. Jeśli obserwuję myśli zamiast je tłumić - to kto obserwuje? To też musi być jakaś aktywność mózgu, prawda? Czyli cały czas coś pracuje.
No i tu mi się pojawia pytanie które mnie uwiera od kilku minut - jeśli obserwator to kombinacja aktywności wyspy i kory przedczołowej, to czy w ogóle ma sens mówienie o 'Ja' które medytuje? Bo to wychodzi na to że jeden fragment mózgu patrzy na inny fragment mózgu i żaden z nich nie jest tym 'prawdziwym' Ja.
Trochę głupio pytać po tym co napisał Hubert, ale co to znaczy że pytanie jest źle postawione? Bo dla mnie to brzmi jak wymigiwanie się od odpowiedzi.
Ale czy to nie oznacza że tradycje medytacyjne - szczególnie buddyjskie - miały rację mówiąc o braku stałego Ja, i to na tysiące lat przed skanerami? Bo jeśli neuronauka dochodzi do podobnych wniosków inną drogą, to jest coś na rzeczy.
Właśnie to chciałam powiedzieć. Anatta - brak stałego ja - to centralny element filozofii buddyjskiej. I zastanawiam się czy neuronaukowcy którzy to badają wiedzą że właściwie potwierdzają coś co mnisi wiedzą od dawna, czy raczej odkrywają to niezależnie.
