Okej ale tu mam problem. Bo można to też odwrócić - może buddyści po prostu trafili w pewien wzorzec doświadczenia który neuronauka teraz opisuje innym językiem, a wcale nie muszą mieć racji co do tego co to 'znaczy'. Opis i interpretacja to dwie różne rzeczy.
I to jest sedno sporu który toczy się w neuronauce kontemplacyjnej od lat. Jedna strona mówi - zbieżność opisów to dowód że tradycje dotknęły czegoś prawdziwego. Druga mówi - zbieżność opisów to tylko zbieżność, bo doświadczenia są kształtowane przez oczekiwania i ramy interpretacyjne. Czyli medytujący buddysta i medytujący chrześcijanin będą raportować różne rzeczy, mimo że aktywność mózgu może być podobna.
Mam pytanie do Perzyny albo Huberta - czy to oznacza że technika medytacji którą stosujesz ma mniejsze znaczenie niż to co o niej myślisz? Pytam bo czytałam o kilku metodach i teraz nie wiem czy różnią się naprawdę czy tylko w narracji.
Mam wrażenie że trochę zejdziemy na manowce jeśli zostaniemy przy czystej filozofii. Wracając do konkretów mózgowych - czy są badania które pokazują jak długo trzeba medytować żeby te zmiany w aktywności stały się trwałe, a nie tylko chwilowe podczas sesji?
Jest kilka badań podłużnych, najbardziej cytowane to te z grupy Richarda Davidsona w Madison. Pokazały że przy intensywnej praktyce - mówię o setkach do tysięcy godzin - zmiany strukturalne są mierzalne. Ale nawet przy mniejszych ilościach widać zmiany funkcjonalne. Problem jest taki że 'trwałe' to słowo które w tym kontekście naprawdę trudno zdefiniować operacyjnie.
Setki do tysięcy godzin to brzmi jak coś nieosiągalnego dla przeciętnego człowieka który medytuje pół godziny dziennie. Czy cokolwiek dzieje się przy małych ilościach albo musi być jakaś minimalna dawka żeby w ogóle zachodziły zmiany neuronalne?
Mam zapisane z jednej konferencji online że ktoś mówił o 'biological responders' i 'non-responders' w kontekście medytacji - czyli że część ludzi biologicznie reaguje mocniej. Czy coś takiego istnieje w badaniach, Hubert? Bo jeśli tak, to rozumiem dlaczego jedni po miesiącu czują zmianę a inni po roku nic.
To znaczy że część wyników tych badań może być artefaktem? Że ludzie poprawiają się nie przez medytację samą w sobie, tylko dlatego że wierzą że im pomoże i już samo to zmienia aktywność mózgu?
Ale czy to nie sprawia że medytacja jest po prostu bardzo wyrafinowanym placebo? I że buddyści przez wieki nieświadomie budowali system który maksymalizuje ten efekt - rytuały, nauczyciela, wspólnotę, narrację - żeby placebo działało jak najmocniej?
Wracając chwilę do tego co Hubert pisał o badaniach Davidsona - mam w notatkach że coś się mówiło o zmianach w ciele migdałowatym u długoletnich meditujących. Że reaguje inaczej na stres, ale szybciej wraca do bazowej aktywności, nie że w ogóle nie reaguje. Czy dobrze zapamiętałam? Bo to by zmieniało sens - nie chodzi o wyciszenie emocji tylko o elastyczność?
