Dobra, więc na początku te kilka minut rozgrzewki umysłu to norma. To mnie trochę uspokaja bo myślałem że jak nie jestem skupiony od razu to robię coś źle i przerywałem. Może dlatego mi nie szło.
o, to wazna informacja - przerywanie bo 'nie idzie' to chyba czesty blad? bo ja tez tak robiłam. myslalam ze jak nie czuje skupienia to nie ma sensu kontynuowac
Przerywanie sesji bo 'nie czuję skupienia' to jeden z częstszych błędów na początku. Właśnie te pierwsze minuty, kiedy umysł się wierci i nie chce współpracować, są częścią ćwiczenia, nie dowodem że coś jest nie tak. Jak przerywasz w tym momencie, to omijasz właśnie ten fragment, gdzie coś się zaczyna dziać.
To zmienia dość dużo w podejściu. Bo jak myślisz że 'jeszcze nie medytuję, tylko czekam żeby zacząć', to ta cała pierwsza część jest stresująca zamiast być praktyką. A jak to jest już praca, to można się po prostu temu poddać.
No właśnie, ale jak się 'poddać' to nie znaczy że umysł będzie robić co chce? Mam wrażenie że zawsze mi mówią żeby być łagodna dla siebie, ale jednocześnie mam wracać uwagą. Jak to pogodzić?
Właśnie dlatego warto rozumieć głębiej skąd ta praktyka pochodzi. Pojęcie ahimsy, czyli niedziałania przemocą wobec siebie, jest wbudowane w tradycję, z której pochodzi medytacja. Kiedy to wiesz, łagodność wobec siebie ma sens, a nie jest tylko miłym hasłem.
Trochę odejdę od tej dyskusji żeby zapytać o coś praktycznego - bo Ildefons napisał że przerywał jak nie czuł skupienia. Ja mam inny problem: chodzę, chodzę, i w pewnym momencie zamiast skupienia na krokach zaczynam planować obiad albo układać w głowie listę zadań. I to mi się zdarza nawet po kwadransie. To jest to samo zjawisko czy co innego?
a ja mam pytanie bo trochę zgubiłam wątek - jak macie te rozproszenia, to robicie jakis specjalny gest żeby wrócić? Czytałam że niektórzy liczy kroki albo powtarza jakis wyraz w myslach. Czy to pomaga czy przeszkadza?
Liczenie kroków albo cicha mantra w stylu 'lewa, prawa' to są techniki z różnych tradycji i mają swoje miejsce, szczególnie dla początkujących. Ale rzeczywiście jest ryzyko że liczenie staje się nową ucieczką umysłu - zamiast myśleć o obiedzie, liczysz kroki, ale nadal nie jesteś w ciele. To nie jest błąd fatalny, ale warto go zauważyć.
Czyli to jest kryterium czy się jednocześnie czuje ciało, a nie czy się liczy czy nie liczy. To ma sens. Bo sama wyobraźnia czy liczenie mogą być albo kotwicą albo odwracaczem uwagi, w zależności od tego co się z nimi robi.
Wróćmy może do tego co Jurek pisał wcześniej o kinhin - że jest przeplatane z siedzeniem. Mam pytanie z innej strony: czy jest jakiś powód żeby zaczynać od chodzenia a nie od siedzenia? Albo czy kolejność w ogóle ma znaczenie jeśli robi się jedno i drugie?
A skoro Piolun wspomniała o kilkugodzinnych sesjach - to brzmi dla mnie jak coś zupełnie z innej bajki. Znaczy, rozumiem że kinhin ma sens jako przerwa w intensywnym siedzeniu, ale czy ktoś tu w ogóle robi takie długie sesje? Bo ja patrzę na swoje dwadzieścia minut i zastanawiam się czy w ogóle mam prawo mówić że 'medytuję'.
Ja też tak myślałem. Że jak nie siedzę godzinami to nie liczy się naprawdę. A potem okazało się że moje długie sesje to w 80% błądzenie myślami i wracanie do myśli, więc długość była złudna.
To trochę jak z ćwiczeniami fizycznymi - ludzie myślą że jak nie ćwiczą godzinę to szkoda zaczynać. A krótsze, regularne jest zazwyczaj skuteczniejsze niż raz na tydzień heroicznie. Nie wiem czy z medytacją jest tak samo, ale instynktownie czuję że tak.
Ale właśnie o to chodzi - kiedy widać efekty? Bo czytam że regularność, regularność, a ile to regularności potrzeba żeby faktycznie coś poczuć? Bo chodzę już od trzech tygodni i poza tym że nogi mi trochę bardziej zmęczone nie widzę żadnej różnicy.
To jest bardzo uczciwe co napisałaś i dużo osób zaczyna z tym samym oczekiwaniem. Ale medytacja nie usuwa myśli - zmienia relację z nimi. Ten 'odstęp' o którym pisze Rena77 to jest właśnie ten mechanizm. Z czasem ten odstęp robi się szerszy.
Wróćmy może do samej techniki chodzenia bo mam kolejne pytanie. Czy macie jakiś ustalony czas trwania jednej sesji? Bo ja nie wiem czy robić dziesięć minut codziennie czy pół godziny co kilka dni i co jest lepsze jeśli w ogóle jest jakaś różnica.
a czy mozna chodzic na zewnątrz? bo ja mam maly salon i zawsze mam wrazenie ze 3 kroki i musze sie odwrocic i to wytraca mnie ze skupienia. jakby ktos chodził po parku albo gdzies to latwiej?
Ja próbowałem na zewnątrz i muszę przyznać że pies sąsiada skutecznie wytrącił mnie ze skupienia na dobre pięć minut. Więc chyba jednak zamknięta przestrzeń ma sens na początku, nawet jeśli jest mała.
Zastanawiam się czy to odwracanie w małej przestrzeni może być wręcz dobrą praktyką - bo moment zmiany kierunku wymusza świadomą decyzję, prawda? Można to potraktować jako dodatkowy punkt skupienia zamiast jako przeszkodę. Albo to za bardzo naciągane?
nie jest naciągane, w kinhin jest specyficzny moment zatrzymania i zwrotu który jest traktowany jako świadomy element praktyki, nie jako przerwa. Ale żeby to działało, musisz faktycznie to 'wykonać' świadomie, a nie tylko odwrócić się bo ściana.
okej no to sprobuje na zewnatrz, ale najpierw chce zrozumiec to co Apolonka napisala o odwracaniu - ze mozna to traktowac jako punkt skupienia. bo jak sie odwracam to wlasnie zaczynam myslec 'uff doszlam do sciany', a nie 'uwazny zwrot'. jak to przestawic w glowie?
I to jest właśnie ta umiejętność której uczymy się w medytacji chodzenia - zatrzymanie wybiegnięcia do przodu. Zaneta wcześniej pisała że chce żeby myśli nie przychodziły, a tu masz konkretny przykład jak mózg wybiega - najpierw do ściany, potem do odwrócenia, potem do kolejnego kroku. Wróć do tej jednej stopy, która teraz dotyka podłogi.
Ja próbowałem liczenia i powiem że u mnie po czwartym kroku zaczynałem się zastanawiać czy idę w rytmie czy nie, i to był kolejny temat do myślenia. Więc niekoniecznie dla każdego to działa tak samo.
nie wiem czy myślę obrazami czy słowami, szczerze nigdy o tym nie pomyślałem. ale mam pytanie trochę z innej strony - czy ktoś próbował medytacji chodzenia po lesie albo w terenie nieregularnym? bo wyobrażam sobie że jak ziemia jest nierówna to siłą rzeczy bardziej uważasz na kroki
To co Zielarz opisuje chyba nie jest 'źle' - uważanie żeby się nie wywrócić to też jest bycie tu i teraz, tyle że skupione na zewnętrznym zagrożeniu a nie na wewnętrznym odczuciu. Ciekawi mnie czy to jest inna forma uważności czy jednak to nie to samo co medytacja chodzenia.
To jest dobre rozróżnienie. Czujność zewnętrzna i uważność to nie to samo, choć granica jest płynna. W medytacji chodzenia kierunek jest do środka - co czuję, jak oddycham, co się dzieje w ciele. Czujność na korzenie jest skierowana na zewnątrz i aktywuje inny rodzaj skupienia. Można z tego skorzystać, ale to nie jest ta sama praktyka.
