Dobrze że to wyjaśniłaś, bo faktycznie jak czytam te wszystkie nazwy to trochę mi się kręci w głowie. Wolę na razie po prostu spróbować tych trzech oddechów i zobaczyć co się stanie. Ale mam jeszcze jedno pytanie, bo mnie nurtuje od dłuższego czasu - czy przy medytacji chodzenia zamyka się oczy? Bo w siedzeniu często się mówi o zamkniętych oczach.
Apolonko, chyba nie zamyka, bo jak byś zamknęła oczy to byś się wywróciła 🙂 ale to tylko moje domysły. Jurek, powiedz coś bo ja też nie wiem.
A mnie zastanawia co z dźwiękami. Bo jak idę na zewnątrz, zwłaszcza w mieście, to jest hałas, auta, muzyka z kawiarni. To przeszkadza w medytacji chodzenia czy da się to jakoś włączyć w praktykę?
ale czy to nie jest trudniejsze niz w ciszy? bo mi sie wydaje ze w lesie latwiej sie skupic. choc moze sie myle bo nigdy nie probowalam medytowac w miescie
No to może powinienem wychodzić na te nierovne ulice zamiast na ten deptak gdzie chodziłem. Bo faktycznie na deptyku to mi się dobrze myśli ale chyba w złym sensie - właśnie zaczynam kombinować o różnych rzeczach.
Dobra, słuchajcie, bo mi się z tej rozmowy wyłania coś ważnego. Czyli żeby zacząć medytować chodząc wcale nie potrzebuję idealnych warunków - ani lasu, ani ciszy, ani nawet dużo miejsca jak Malgosia mówiła o korytarzu. Dobrze rozumiem? Bo przedtem myślałam że potrzebuję najpierw znaleźć jakieś idealne miejsce.
Apolonko, dokładnie tak. I to jest chyba jedna z największych zalet tej formy medytacji - nie ma wymówki żeby nie zacząć. Siedząca wymaga trochę więcej: maty, spokojnego kąta, czasu. Tu możesz wyjść na klatkę schodową.
O, to odwrócenie mnie zastanawia. Czy ono 'przerywa' tę uważność, czy da się je też zrobić świadomie?
Apolonko, jest na to odpowiedź - odwrócenie robi się tak samo uważnie jak sam krok. Zatrzymanie, poczucie że stoisz, świadome przekierowanie ciała. Niektórzy rozkładają to na etapy: stój, obróć się, stój znowu, idź. Na początku brzmi dziwnie, ale po kilku razach staje się naturalne.
Dobra, to może jednak spróbuję w domu zanim wyjdę na te nierówne chodniki. Ale mam wrażenie że jak będę tak chodził po korytarzu tam i z powrotem to domownicy się porządnie przestraszą. Czy to nie wygląda dziwnie?
Właśnie, ta kwestia 'jak to wygląda' potrafi być naprawdę hamująca. Ale wracając do tego co mówiła Karolcia o odwracaniu się - czy to zatrzymywanie się i świadome odwracanie nie sprawia że traci się tę ciągłość skupienia? Mnie intuicja mówi że przerwa mogłaby wytrącić z rytmu.
czyli tak naprawde chodzi o to zeby ZAUWAZYC ze myslimy a nie o to zeby przestac? bo jak tak to rozumiem to mi sie to bardziej podoba niz siedzenie i probowanie nie myslec. tego nigdy nie umialam
To ciekawe co mówisz, Jurek, bo ja zawsze myślałam że im mniej bodźców tym łatwiej. A tu wychodzi że mały bodziec fizyczny może pomagać? Czy to nie jest sprzeczne?
Słuchajcie, a czy to znaczy że można przechodzić z jednej metody na drugą? Jak na przykład zaczynam od chodzenia bo mi łatwiej, a potem za jakiś czas próbuję siedzieć i wtedy jest prostsze? Czy to nie ma związku?
Apolonko, właśnie o to chciałam zapytać bo sama się zastanawiałam nad tym przejściem. Czy te dwie praktyki jakoś się uzupełniają czy jednak są osobne?
Uzupełniają się, i to całkiem wyraźnie. Chodzenie buduje tę samą zdolność co siedzenie - wracanie uwagi do wybranego punktu. Jak to ćwiczysz w ruchu, to ta zdolność zostaje i działa też w bezruchu. Nie musisz traktować jednego jako przygotowania do drugiego, ale często tak po prostu wychodzi naturalnie.
No dobra, to sprawdzę po kilku sesjach chodzenia czy coś się zmieni z tym siedzeniem. Ale mam inne pytanie - czy jak już siadam po chodzeniu to powinienem jakoś stopniowo zwalniać, czy po prostu usiąść? Bo wydaje mi się że to dość gwałtowne przejście.
A czy to znaczy że medytacja chodzenia i siedząca mogą być traktowane jako jedno długie ćwiczenie? Czyli zaczynam od chodzenia, potem przechodzę do siedzenia i to jest jedna sesja? Czy lepiej je jednak rozdzielać?
w tradycji zen to jest właśnie standardowe - kinhin, czyli chodzenie, jest wplecione między okresy siedzenia. Nie jako osobna praktyka, ale jako element tego samego. Więc odpowiedź brzmi: można tak i tak, i jedno nie wyklucza drugiego.
Kinhin - pierwszy raz słyszę tę nazwę. To znaczy że medytacja chodzenia pochodzi z buddyzmu? Bo jakoś myślałam że to taka bardziej nowoczesna technika mindfulness.
To mnie trochę zaskakuje. Czyli jak ćwiczę tę medytację chodzenia bez żadnego kontekstu buddyjskiego, to czy ta praktyka działa tak samo? Czy coś traci bez tego tła?
Nie do końca bym się zgodziła z tym 'działa tak samo'. Intencja i rozumienie tego co robimy ma ogromny wpływ na efekt. Robiąc coś mechanicznie bez zrozumienia skąd to pochodzi, można wiele stracić. To jak robić rytuał bez wiedzy o jego znaczeniu.
a ja mam bardziej podstawowe pytanie - czy ta medytacja chodzenia wymaga jakis specjalych butow albo boso? Bo czytalam gdzies ze boso lepiej ale u mnie w domu jest zimna posadzka przez pol roku
Wracając do tego co mówiła Naparstnica - ta kwestia intencji jest dla mnie interesująca, ale chciałabym ją odnieść konkretnie do chodzenia. Czy przed sesją chodzenia warto jakoś ustawić sobie intencję? Że idę żeby... nie wiem, uspokoić umysł? Czy to bez znaczenia?
A jak długo powinien trwać ten moment wejścia w praktykę? Bo jak zaczynam chodzić powoli to przez pierwsze minuty nadal mam w głowie całą resztę dnia i nie wiem czy to normalne że tak długo trwa zanim coś poczuję.
Mnie to samo dotyczy - ile w ogóle trwa taka sesja żeby miało sens? Bo jak mam pięć minut to nie wiem czy to cokolwiek da.
Pięć minut to nie jest za mało, szczególnie na początku. Lepiej regularnie po pięć minut niż raz na tydzień przez pół godziny. Ale żeby poczuć efekt w samej sesji, to pierwsze minuty zawsze są przejściowe - umysł potrzebuje chwili żeby zmienić tryb. To się skraca z praktyką.
