Medytuję już od jakiegoś czasu i ogólnie daję radę z wyciszeniem się, ale mam jeden problem, który mnie blokuje. Kiedy siadam i zaczynam skupiać się na oddechu, po chwili zaczynają wypływać emocje. Raz to smutek, raz jakaś stara złość, czasem coś, czego w ogóle nie umiem nazwać. I za każdym razem nie wiem, co z tym zrobić. Czy przerywać medytację? Czy siedzieć i 'patrzeć' na te emocje? Czy to w ogóle normalne, że się pojawiają? Chętnie posłucham, jak wy sobie z tym radzicie.
Też to mam i bardzo mnie to rozpraszało na początku. Czytałam gdzieś, że emocje w medytacji to coś normalnego, że umysł po prostu wypuszcza to, co tłumił. Ale sama nie wiem, czy powinnam je obserwować, czy jakoś odpuszczać. Mam nadzieję, że ktoś bardziej doświadczony to wyjaśni, bo sama się gubię.
Ja miałam dokładnie to samo i długo nie rozumiałam, co się dzieje. Ktoś mi kiedyś powiedział, żeby traktować emocje jak chmury na niebie, czyli po prostu patrzeć jak przepływają i nie wchodzić w nie za bardzo. Nie wiem, czy to najlepsza metoda, ale mi trochę pomogło. Rumianek79, a te emocje pojawiają się zawsze w podobnym momencie medytacji, czy losowo?
To bardzo powszechna sytuacja i to, co opisujesz, to nie jest błąd w medytacji, tylko właśnie dowód, że ona działa. Ciało i umysł trzymają emocje zamknięte dopóki jesteś zajęta bieganiem w kółko. Jak przestajesz, to one wychodzą. Pytanie jest inne: co rozumiesz przez 'wciąganie'? Bo między obserwowaniem emocji a utożsamianiem się z nią jest duża różnica i ta granica jest płynna, zwłaszcza na początku.
Czytam i mam pytanie, bo jestem zupełnie zielona w medytacji. Jak w praktyce wygląda 'obserwowanie emocji bez utożsamiania się'? Bo brzmi jak coś bardzo abstrakcyjnego. Jakbyś to wytłumaczyła w normalnych słowach, Czarownico?
A co jak emocja jest bardzo silna, np. płaczesz podczas medytacj? Mnie to przydarzyło się raz i w ogóle nie wiedziałam co zrobić, siedziałam i ryczałam bez sensu. Czy powinnam była przerwać? Bo czułam się potem trochę dziwnie, jakby za dużo wyszło naraz.
Z moich obserwacji wynika, że płacz w medytacji to jedno z lepszych rzeczy, jakie mogą się przytrafić, choć wiem, że brzmi to dziwnie. Pytanie do Pustelki: po tym płaczu medytowałaś dalej, czy skończyłaś? Bo to może mieć znaczenie dla tego, jak się potem czułaś.
Czytam ten wątek i mam wrażenie, że mieszacie tu dwie różne sprawy. Jedno to emocje, które naturalnie wypływają w ciszy, drugie to sytuacja, gdy medytacja dotyka czegoś głębokiego, do czego człowiek nie jest gotowy. W tym drugim przypadku naprawdę warto mieć kogoś, z kim można porozmawiać po sesji. Czy ktoś z was miał takie mocniejsze doświadczenia, gdzie czuł, że to za dużo na raz?
To co mówicie o gotowości mnie bardzo zastanawia. Czy można się jakoś 'przygotować' przed medytacją, żeby emocje nie wychodziły tak chaotycznie? Albo przynajmniej żeby wiedzieć czego się spodziewać? Bo czasem siadam zupełnie spokojna, a wychodzę z sesji roztrzęsiona i nie wiem, co się stało. Dziękuję wam za tę rozmowę, naprawdę dużo mi daje 🙂
To dobre pytanie, bo ja po trudniejszych sesjach staram się zapisać coś w notatniku, dosłownie kilka zdań, co czułam. Nie analizuję, tylko opisuję. I mam wrażenie, że to jakoś zamyka tę emocję, zamiast zostawiać ją latającą w powietrzu. Czy ktoś jeszcze tak robi?
Nie robiłam tego nigdy, ale brzmi sensownie. Tylko mam pytanie, czy przez pisanie nie wchodzisz znowu w tę narrację, o której mówiła Czarownica? Bo jak zaczynam opisywać emocję, to zaraz myślę, dlaczego ją mam i zaczynam szukać przyczyn, zamiast po prostu ją puścić.
Właśnie o to chodzi, żeby opisywać fizyczne odczucia, a nie fabułę. Jak piszesz 'ucisk w gardle, ciepło za mostkiem' to zostaje opis, nie narracja. Mam to w notatkach rozpisane kolumnami: odczucie ciała, emocja jako słowo, intensywność. Brzmi mechanicznie, ale po kilku sesjach widać wzorce.
To co mówi Damellaa o rozpoznawaniu jest kluczowe. Mnie też zdarzyło się, że pewna emocja wracała regularnie w medytacji, a potem zniknęła na dobre po kilku miesiącach. Jakby musiała być zauważona określoną ilość razy. Ale pytam szczerze, bo jestem ciekawa, czy u innych tak samo, czy może to tylko mój schemat?
To, o czym mówi Modest, to jest właśnie pułapka. Można sobie wmówić, że emocja została 'przepracowana', bo przestała się pojawiać, a tak naprawdę po prostu znalazła inny kanał. Mam znajomą, która latami medytowała i twierdziła, że jest spokojna, a potem rozpadła się na kawałki przy jednej trudnej rozmowie. Medytacja to nie jest prasa do emocji.
Czyli można testować siebie? Tak po prostu przywołać temat i sprawdzić, co się dzieje w ciele? To trochę przerażające, ale też logiczne. Czy to jest bezpieczne robić samodzielnie, bo teraz nie wiem, czy nie wywołam czegoś, na co nie będę gotowa.
Wróćmy może do podstawowego pytania, bo trochę nam się rozszerzyło. Ja pierwotnie pytałam właśnie o to, co robić w trakcie, kiedy emocja już wychodzi. I mam wrażenie, że po całej tej rozmowie mam kilka opcji: obserwować jak chmurę, opisywać ciałem, siedzieć dalej po płaczu, zapisać potem w notatniku. Czy ktoś ma jakieś inne, może prostsze sposoby na ten konkretny moment?
Właśnie szukałam czegoś takiego bo dopiero zaczynam. Czytam cały ten wątek i trochę się boje, że u mnie też zaczną wychodzić jakies emocje i nie będę wiedziała co robić. Czy można jakoś medytować 'bezpieczniej', tak żeby nie ruszać za dużo?
Ja kiedy czuję, że emocja zaczyna wychodzić, skupiam się na oddechu bardzo konkretnie, liczę wydechy, i to trochę działa jak kotwica. Nie blokuję emocji, ale daję sobie coś do trzymania. Nie wiem czy to jest 'prawidłowe', ale mi pomaga. Wahadlarka_Z, czy ty też coś takiego stosujesz, czy wolisz po prostu siedzieć z tym co wychodzi?
Słucham tej rozmowy i mam pytanie do Modest i Czarownicy, bo oboje mówili o sytuacjach, kiedy emocja jest za duża na samodzielną pracę. Ale jak w praktyce wygląda linia, kiedy mówisz sobie 'ok, potrzebuję kogoś do tego'? Co to jest ten sygnał, że to już nie jest zwykła sesja?
Mam jeszcze jedno pytanie do Rumianek79, bo wcześniej mówiłaś o notowaniu po sesji. Jak długo po skończeniu medytacji to robisz? Bo zastanawiam się, czy jest różnica między zapisaniem od razu a np. po godzinie, jak emocje już trochę opadną.
Rozumiem to rozróżnienie między pisaniem 'z' a pisaniem 'o'. Sama próbowałam raz nagrywać notatki głosowe zamiast pisać, i tam ta surowość była jeszcze bardziej widoczna. Ale wróćmy do pytania, bo mnie też interesuje, czy ta ocenzurowana wersja po czasie nie jest czasem lepsza właśnie dlatego, że już masz dystans i widzisz więcej? Rumianek, co ty na to?
Nigdy nie pomyślałam o nagrywaniu głosowym po medytacji, to jest naprawdę świetny pomysł! Ale mam pytanie, bo trochę się boję, że jak zaraz po sesji zacznę mówić do telefonu, to wybiję się z jakiegoś stanu, który jest jeszcze delikatny. Czy u ciebie tak nie było, Damellaa?
Mam pytanie, które mnie męczy od jakiegoś czasu w tej rozmowie. Wy wszyscy mówicie o emocjach, które 'wychodzą' w medytacji, ale ja nie wiem, jak odróżnić emocję od myśli o emocji. Bo jak siedzę, to pojawia mi się myśl 'chyba jestem smutna', ale nie wiem, czy to jest ta emocja, czy tylko komentarz umysłu. Ktoś miał tak?
To co mówi Czarownica jest dla mnie ciekawe, bo brzmi jak hipoteza, a nie pewnik. Skąd ten wniosek, że umysł nie komentuje tego, czego nie ma? Mnie się zdarza 'wymyślać' emocje w trakcie medytacji, jakby umysł szukał czegoś do przerobienia i tworzył sobie zadanie.
czy to 'papierowe' uczucie to nie jest akaż właśnie to, do czego sie dazy w medytacji? Ze mozna na cos patrzec bez oporu? Bo Modest mówi ze to znak, ze wymyslone, a ja miałam wrazenie ze to dobry znak.
Czytam to i zaczynam rozumieć, że ta cała praca z emocjami w medytacji to nie jest coś prostego i liniowego. Mam pytanie może naiwne, ale, czy jest jakiś etap, kiedy to po prostu przestaje być trudne? Bo teraz wydaje mi się, że to wymaga bardzo dużo uwagi i skupienia i nie wiem, czy dam radę.
Mlecznia, nie nazwałabym tego 'przestaje być trudne', bo moje doświadczenie jest takie, że raczej zmienia się to, co jest trudne. Kiedyś trudne było samo siedzenie i nieprawcanie się z myślami. Teraz trudniejsze bywa właśnie to, żeby nie uciekać od emocji. Ale 'poziom trudności' w sensie wysiłku, to tak, z czasem maleje.
