To co Mikolajek opisuje to jest coś, co w literaturze psychologicznej nazywa się tolerancją niepewności, ale nie chcę wchodzić w teorię. Bardziej interesuje mnie praktyczny aspekt, jak siedzisz z tą bezradnością i nie uciekasz, to co potem? Czy jest jakiś moment przełomu, czy to raczej wolny proces?
Słucham tej rozmowy i zastanawiam się, czy w ogóle wiemy kiedy proces wybaczania sobie jest zakończony. Przy wybaczaniu innym można przynajmniej spotkać tę osobę i sprawdzić, co czujemy. Przy sobie nie ma takiego zewnętrznego testu. Czy ktoś miał poczucie że po prostu wie, że to się zamknęło?
Ale chwila, bo tu znowu wchodzi ten problem z odcięciem który Anastazja05 wcześniej opisywała. Brak impulsu może być przepracowaniem albo może być właśnie tym zamrożeniem, prawda? Jak je odróżnić?
Mam może naiwne pytanie, ale jak wy w ogóle wiecie co macie przepracowywać? Znaczy, czy siadacie z konkretną intencją przed medytacją, czy raczej pozwalacie żeby temat się pojawił sam? Bo ja nie wiem jak zacząć, gdy chciałbym popracować z wybaczeniem sobie czegoś konkretnego.
Dziękuję za tę szczerość, naprawdę. Myślałem że to mój problem że nie mam metody, a tu wychodzi że nawet osoby z większym doświadczeniem szukają. To trochę ulga i trochę jeszcze bardziej mnie gubi 🙂 A wracając do intencji, czy ta intencja wpływa według ciebie jakoś na to jak ciężka jest potem sama sesja?
To co Modrzewka napisała o cięższych sesjach z intencją bardzo mi siedzi w głowie. Zastanawiam się czy to nie jest tak, że kiedy ciało się zaciska, to właśnie dlatego że tam jest coś do przepracowania, a nie dlatego że robimy coś źle? Chciałbym zapytać, czy ktoś celowo wchodzi w te trudniejsze sesje, znaczy świadomie ustawia intencję mimo że wie że będzie ciężko?
Ja tak robię i zrobiłabym zastrzeżenie, że to nie jest dla każdego i nie zawsze. Są momenty kiedy wiem że jestem gotowa i wchodzę z konkretną rzeczą świadomie. Ale bywają okresy gdy widzę że nie mam zasobów i wtedy odpuszczam, siadam bez celu. To nie jest kwestia odwagi tylko uczciwości wobec siebie o tym samym dniu. Mirek84, a ty jak do tej pory wychodziłeś z takich cięższych sesji, bo to też jest ważna część tego procesu?
Ale skoro już tu jesteśmy, to czy nie ma tu ryzyka że będziemy tłumaczyć sobie każdy zły stan po medytacji jako 'znaczące dotknięcie tematu'? Kiedy smutek po sesji jest informacją a kiedy po prostu za mocno się nam dołowało i nic dobrego z tego nie wyszło?
Wracając do tego co mówiłem wcześniej o bezradności, teraz myślę że może być między tym a smutkiem Mirka jakiś związek. Bezradność i smutek po sesji z wybaczeniem sobie mogą być po prostu uczuciami, które wybaczenie w ogóle ze sobą niesie. Znaczy, żeby wybaczyć sobie coś, trzeba najpierw poczuć że to naprawdę się stało i że ma to ciężar. A to boli. Zastanawiam się czy próbowanie żeby to nie bolało nie jest przypadkiem ucieczką od samego procesu.
Mikolajek, to jest coś co mnie ostatnio też krąży. Że my wszyscy tu rozmawiamy o wybaczeniu sobie jakby to był stan który chcemy osiągnąć i który będzie przyjemny. A może to nie jest przyjemne, przynajmniej nie w trakcie? Może właśnie to wyróżnia wybaczenie sobie od wybaczenia innym, że przy innym możemy mieć jakieś poczucie moralnej wyższości albo ulgi po stronie 'zrobiłam coś dobrego', a przy sobie nie ma takiej furtki?
To co Modrzewka powiedziała o braku furtki jest dla mnie bardzo trafne. Przy wybaczeniu innemu jest taki element gdzie możesz sobie powiedzieć że byłaś wspaniałomyślna. Przy sobie nie ma kogo pochwalić. Zostaje tylko ty z tym co zrobiłaś albo czego nie zrobiłaś i żadne moralne punkty za to nie przychodzą. Właśnie dlatego uważam że to trudniejsza praktyka, niezależnie od tego co ludzie mówią o empatii dla innych.
Słucham tego co Modrzewka i Anastazja piszą i mam wrażenie że chyba dlatego tak trudno mi w ogóle zacząć. Podświadomie szukam jakiejś nagrody za ten wysiłek i jeśli jej nie ma, to coś w środku mówi 'po co'. Ale nie wiem jak to przepracować. Czy wy też mieliście taką wewnętrzną blokadę na starcie?
Bardzo dziękuję za tę rozmowę, naprawdę. Chciałam tylko zapytać, bo nie bardzo wiem jak to u siebie rozpoznać, czy ta blokada na starcie to jest coś co czujecie fizycznie, w ciele? Bo ja jak próbuję usiąść z trudnym tematem to mam dosłownie ochotę wstać i zacząć coś sprzątać albo sprawdzić telefon.
To jest trochę przerażające co Mikolajek pisze, że można uciekać wyglądając jakby się medytowało. Ale właściwie skąd wiesz że uciekałeś? Jak to rozpoznałeś w tamtym momencie, czy raczej dopiero po czasie?
Ten 'smak sesji' który Mikolajek opisuje, to mnie ciekawi. Bo ja po tych dwóch dniach smutku o których mówiłam wcześniej, miałam właśnie takie poczucie że coś się inaczej ułożyło. Nie że jest lepiej, tylko inaczej. Zastanawiam się czy to jest ten rodzaj wybaczenia sobie o który chodzi w tym wątku, czy może coś zupełnie innego.
To rozróżnienie które Modrzewka robi między 'lżej' a 'inaczej' jest chyba kluczowe dla całej tej rozmowy. Bo wybaczenie sobie przez lata kojarzyłam z ulgą i dlatego przez lata czekałam na ulgę i nie przychodziła. A to może po prostu nie o to chodzi.
To co Anastazja pisze o traceniu władzy nad uwagą, to jest chyba pierwsza definicja w tej rozmowie która naprawdę do mnie trafia. Ja zawsze myślałam że wybaczenie sobie to jest takie uczucie że 'okej, już jest dobrze'. A tu wychodzi że może chodzić o coś zupełnie innego. Czy ktoś kiedyś próbował medytować konkretnie z intencją żeby wspomnienie straciło tę władzę, a nie żeby przestało boleć?
Ale to co Mirek opisuje, to jest trochę paradoksalne, bo żeby sprawdzić czy coś gryzie mniej, musisz to ugryźć. Czyli przywołujesz właśnie to od czego próbujesz odejść. Czy to nie sabotuje samej sesji?
Mikolajek, to jest coś co mi długo zajęło żeby przyjąć. Że nie można 'odejść od tematu' bo tematem jestem ja. I każde sprawdzenie to kolejne spotkanie z tym samym. Nie wiem czy to jest łatwiejsze czy trudniejsze od wybaczenia komuś innemu. Po prostu inne.
Czytam tę rozmowę od jakiegoś czasu i mam jedno pytanie bo nie wiem jak to u siebie rozróżnić. Piszecie o tym że medytacja z wybaczeniem sobie to jest coś innego niż zwykła praca z emocjami. Ale jak zacząć w ogóle taką sesję? Jak ustawić intencję na początku żeby nie skończyć po prostu na rozmyślaniu o tym co mnie boli?
Ten opór w ciele o którym Anusia pisze, to ja też znam. I właściwie wróciłam teraz do początku tej rozmowy, do tego co Modrzewka pisała na samym początku o różnicy między wybaczeniem sobie a przebaczeniem innemu. Może ten opór jest właśnie dowodem tej różnicy? Przy wybaczeniu innemu możesz mieć opór mentalny, ale przy sobie opór jest też fizyczny bo musisz zostać z sobą.
Ale chwilę, bo mam wrażenie że wchodzimy w takie myślenie gdzie wszystko co nieprzyjemne jest 'informacją' i 'częścią procesu'. Opór to opór. Czasem ciało po prostu nie chce bo jest zmęczone albo bo to nie jest dobry moment. Czy naprawdę każdy opór w trakcie medytacji trzeba tak głęboko interpretować?
To rozróżnienie które Mikolajek próbuje opisać, to jest chyba trudne do przekazania słowami. Bo 'zaciskanie' kontra 'zmęczenie' to są naprawdę różne odczucia, ale jak ktoś nie miał tego drugiego to nie wie jak je odróżnić. Czy jest jakiś sposób żeby to wytrenować, żeby rozpoznawać co jest czym?
Mnie ta Klaryski wątpliwość trochę uwiera, bo rozumiem skąd się bierze, ale wydaje mi się że ona przesuwa rozmowę z powrotem na teren 'jak medytować' zamiast 'co się dzieje przy wybaczeniu sobie'. A to są chyba różne pytania. Opór przy wybaczeniu sobie jest specyficzny właśnie dlatego że nie możesz uciec od obiektu pracy, o czym Mikolajek pisał wcześniej.
Klarysa stawia coś ważnego. Sama nie mam na to pewnej odpowiedzi. Pracowałam z różnymi trudnymi tematami w medytacji i rzeczywiście nie jestem pewna czy opór przy wybaczeniu sobie jest jakościowo inny, czy tylko tak go interpretuję bo wiem nad czym pracuję. To jest problem metodologiczny, nie?
Dokładnie, to jest kwestia tego czy sama świadomość tematu zmienia odbiór bodźców z ciała. Mogłabyś spróbować kiedyś nie ustawiać intencji na początku i zobaczyć czy ciało i tak reaguje podobnie, czy tylko kiedy 'wie' nad czym pracujesz?
Wróćmy na chwilę do tego co Anastazja mówiła wcześniej, że wspomnienia traciły władzę nad uwagą. Bo ja chcę to lepiej zrozumieć. Czy to znaczy że w pewnym momencie myśl przychodzi, ale ty decydujesz co z nią zrobisz, zamiast żeby ona decydowała za ciebie? Czy to jest właśnie ten punkt?
