To co Anastazja opisuje to jest chyba najważniejsze nierozwiązane pytanie w tej dyskusji. Czy wybaczenie sobie jest odrębną praktyką czy naturalnym produktem ubocznym dojrzewania w medytacji. Myślę że różne osoby mogą tu mieć różne odpowiedzi zależnie od tego jak do tego doszły.
Zastanawiam się czy to pytanie da się w ogóle rozstrzygnąć bez spojrzenia na to skąd wyszło. Dla mnie było konkretne: zrobiłem coś konkretnego i musiałem się z tym zmierzyć. Nie przyszło jako efekt uboczny praktyki. Przyszło bo musiało. Może odpowiedź na to pytanie Anastazji zależy od tego czy ktoś chodził do wybaczenia sobie z potrzeby czy znalazł to po drodze?
Mikolajek, to jest coś ważnego co teraz napisałeś. Bo ja chyba byłam w tej drugiej grupie, znalazłam to po drodze. I może właśnie dlatego nie byłam pewna czy to w ogóle jest wybaczenie sobie czy po prostu jakaś praca z emocjami. Może te dwie ścieżki do tego samego miejsca wyglądają zupełnie inaczej od środka?
Słucham tej rozmowy od dłuższego czasu i mam jedno pytanie, może naiwne. Czy ktoś próbował połączyć to o czym mówicie, czyli tę pracę z wybaczeniem sobie, z czymś zewnętrznym? Kamieniem, przedmiotem, czymś co trzymasz w ręku? Zastanawiam się czy coś fizycznego mogłoby pomóc utrzymać uwagę żeby nie sprawdzać co chwilę czy działa, tak jak Mirek opisywał.
To co Modrzewka napisała o kamieniu i uwadze która 'aktywnie ucieka' zamiast odpływać, to jest dokładnie ta różnica której szukam słów. Przy wybaczeniu sobie uwaga nie odpływa w nicość, ona się zatrzymuje i wraca do tego samego miejsca. To jest inne niż rozproszenie, bo rozproszenie jest trochę losowe. Tutaj jest jakiś magnetyzm.
Wracam do tego co Anastazja mówiła parę postów wcześniej, że nie wiadomo czy zmiana w postrzeganiu wspomnień to efekt wybaczenia sobie czy po prostu długiej praktyki. Mikolajek mówi że u niego było konkretne i konieczne. Wisnia że znalazła to po drodze. Mnie ciekawi co się różni w efekcie. Czy ci, którzy przyszli do tego z konkretnego miejsca, opisują to inaczej niż ci co natknęli się po drodze?
Powiem jak było u mnie. Nie przyszłam do tego z jednego konkretnego zdarzenia. Raczej był długi czas kiedy wiedziałam że jest coś czego nie przepracowałam, ale nie podchodziłam do tego wprost. Dopiero po jakimś czasie zaczęłam świadomie ustawiać intencję na wybaczenie sobie i wtedy okazało się że to jest inne niż praca z innymi trudnymi emocjami. Więc jestem pośrodku, nie mam jednego momentu, ale nie znalazłam tego też przypadkowo.
Ja słuchając tego wszystkiego zaczynam się zastanawiać nad czymś innym. Czy wybaczenie sobie w medytacji wymaga tego żebyś wiedziała co chcesz sobie wybaczyć, czy może to przyjść bez nazwania? Bo mam wrażenie że noszę coś ale nie umiem tego dokładnie określić.
Może to jest w ogóle cecha tej pracy, że rozumiesz ją dopiero po fakcie? Że w trakcie nie wiesz co robisz, ale potem widzisz że coś się zmieniło?
Modrzewka wspominała że przy wybaczeniu sobie uwaga aktywnie ucieka. Mnie się to kojarzy z czymś co czuję przy trzymaniu kamienia, kiedy temat jest naprawdę trudny. Jakby dłoń też miała swoje zdanie. Nie wiem czy to ma sens fizycznie, ale coś jest w tym fizycznym zakotwiczeniu. Czy ktoś próbował nie jako przedmiot do skupienia, ale jako punkt powrotu kiedy uwaga ucieka?
Wracam do pytania Anusi o to czy trzeba wiedzieć co się chce sobie wybaczyć. Anastazja mówiła o poczuciu przesunięcia w trakcie. Mikolajek o zaciskaniu. Modrzewka o uwadze która ucieka. Czy to są trzy opisy tego samego procesu czy trzech różnych procesów? Bo jeśli różnych, to może to też tłumaczy dlaczego jedni potrzebują konkretnego punktu wyjścia a inni nie.
Tak jak pisałem, mam wrażenie że te trzy opisy mogą być trzema różnymi rzeczami albo tym samym z różnych stron. Ale żeby to sprawdzić, chciałem zapytać o coś konkretniejszego. Kiedy mówicie o wybaczeniu sobie w medytacji, to mam pytanie do każdej z osób które to przeżyły, czy to było jednorazowe zdarzenie czy raczej coś co zachodziło stopniowo przez wiele sesji? Bo jeśli to jest proces rozłożony w czasie, to te opisy mogą być po prostu różnymi etapami tego samego.
To co Anastazja mówi o przesileniu przy dużych rzeczach, u mnie chyba było odwrotnie. Nie miałam jednego momentu, ale i temat nie był jakiś katastroficzny. Pytanie czy to w ogóle można tak porównywać, bo każdy ma inny próg tego co jest dla niego duże.
Anusia pisze że nie wie czy to co nosi jest duże czy małe i boi się że wyskoczy coś nieprzewidzianego. Mnie to przypomina mój własny opór zanim zaczęłam. Ale chcę zapytać, nie żeby zbagatelizować, czy ten lęk przed nieznanym nie jest czasem częścią tego samego co chcesz przepracować? Mnie przynajmniej tak było. Lęk przed sprawdzeniem był spokrewniony z tym czego nie chciałam zobaczyć.
Modrzewka, to jest celna obserwacja i trochę mnie ona denerwuje, bo pewnie masz rację. Ale to nie zmienia faktu że nie wiem jak bezpiecznie wejść w coś czego nie umiem nazwać. Czy ty wiedziałaś z góry jak to zrobić, czy po prostu weszłaś i zobaczyłaś co będzie?
Mnie to też niepokoi co Klarysa pisze, bo ja raz miałam właśnie taką sesję, płakałam i nie wiedziałam czemu, i potem było gorzej niż przed. Czy to jest normalne i mija, czy to znak że coś poszło nie tak?
Słucham Pelcii i myślę że wątek bezpieczeństwa wychodzi tu z cienia. Do tej pory mówiliśmy głównie o tym jak to działa kiedy działa. Ale co kiedy nie działa albo jest za dużo naraz. Modrzewka, czy przy swoim procesie miałaś momenty kiedy chciałaś przerwać?
To co Modrzewka opisuje, czyli słuchanie sygnałów kiedy nie ma zasobów, to jest chyba kluczowe rozróżnienie między wybaczaniem sobie a przymuszaniem siebie do wybaczenia. I ciekawe że w kontekście wybaczania innym rzadko mówi się o zasobach, bardziej o woli i decyzji. Czy ktoś ma jakieś przemyślenia dlaczego to jest inne przy wybaczaniu sobie?
To co Anastazja pisze o byciu jednocześnie sędzią i oskarżonym, to jest chyba najlepsze wyjaśnienie w całej tej rozmowie dlaczego wybaczenie sobie jest innym procesem niż wybaczenie komuś. Ale mam pytanie, czy w medytacji można to jakoś obejść? Czy jest technika która rozbija tę podwójną rolę?
Chodzi mi o to, czy w medytacji jest jakaś technika która pozwala wyjść z tej pułapki bycia jednocześnie sędzią i oskarżonym. Bo jeśli to jest strukturalny problem, to samo siedzenie z oddechem chyba nie wystarczy?
To jest dobre pytanie i nie mam na nie jednej odpowiedzi. Ale jedna rzecz która mi pomogła to zmiana perspektywy w trakcie samej medytacji. Nie 'ja wybaczam sobie', tylko wyobrażenie siebie jako kogoś obcego, kogo widzisz z zewnątrz. Brzmi sztucznie, ale coś to robi. Pytanie tylko, czy to nie jest ucieczka od konfrontacji, a nie faktyczne wybaczenie.
Mnie ta rozmowa o dystansie trochę zbija z tropu, bo ja zawsze myślałam że w medytacji chodzi o bycie bliżej siebie, nie dalej. A tu wychodzi że czasem potrzebny jest krok wstecz. Czy to nie zaprzecza samej idei uważności?
To pytanie Wisni jest chyba najważniejsze w całej tej dyskusji. Bo można sobie wmówić że 'wybieram teraz krok wstecz' i to będzie tylko ładniejsza wersja unikania. Mam wrażenie że nikt tu jeszcze nie powiedział jak to odróżnić w praktyce.
Słucham tej rozmowy i zaczynam rozumieć dlaczego moja tamta sesja skończyła się tak jak skończyła. Chyba w ogóle nie miałam żadnego sygnału że coś dotknęłam, tylko płakałam i tyle. Może dlatego że szłam bez żadnej intencji, po prostu usiadłam i puściłam. Czy to błąd, że nie miałam intencji?
Pelcia, nie powiedziałabym że to błąd, ale intencja pomaga mieć jakiś punkt odniesienia. Bez niej naprawdę trudno wiedzieć czy to co się wyłoniło jest tym co chciałaś przepracować, czy czymś zupełnie innym co akurat miało powierzchnię. Ale to nie znaczy że tamta sesja była bezwartościowa.
A mnie właśnie to niepokoi z tą intencją, bo nie wiem jak sformułować intencję wybaczenia sobie czegoś czego nie umiem nazwać wprost. Czy intencja może być ogólna, w stylu 'chcę spojrzeć na siebie łagodniej', czy to za mało żeby coś faktycznie ruszyło?
To co Anusia opisuje, ten wzorzec bycia surową dla siebie, chyba jest właśnie tym o czym Anastazja mówiła wcześniej, że nie możesz podjąć decyzji żeby to zmienić bo jesteś jednocześnie sędzią i oskarżonym. Mam wrażenie że tu wracamy do samego początku tej rozmowy.
