Minęły trzy tygodnie od śmierci mamy i kompletnie nie wiem jak wrócić do medytacji. Przed stratą medytowałam regularnie, głównie wieczorami, jakieś 20-30 minut. Teraz kiedy siadam i zamykam oczy, to albo zaraz płaczę, albo umysł galopuje i mam w głowie same obrazy z ostatnich dni jej choroby. Nie mogę się skupić na oddechu ani na niczym. Zastanawiam się czy w ogóle ma sens próbować teraz, czy może lepiej poczekać aż emocje trochę opadną? Czy ktoś przechodził przez coś podobnego i medytacja w tym czasie mu pomogła czy raczej przeszkadzała?
Przykro mi z powodu straty. Co do medytacji w żałobie - to jest naprawdę trudny temat i nie ma jednej odpowiedzi. Ale powiem ci jedno: to co opisujesz, ten płacz i te obrazy, to nie jest przeszkoda w medytacji. To jest właśnie medytacja, tylko innego rodzaju niż zwykle. Pytanie czy na pewno chcesz wrócić do tej samej formy, tej z oddechem i skupieniem? Bo może teraz potrzebujesz czegoś zupełnie innego.
Słucham tego i zastanawiam się - czy medytacja w żałobie to w ogóle nie jest za bardzo 'zachodnie' podejście do czegoś, co powinno mieć swój naturalny rytm? Mam wrażenie, że jak ktoś jest w prawdziwym bólu, to wpychanie go w jakąś technikę może być sztuczne. Albo źle rozumiem o czym mówicie?
To co piszecie jest dla mnie ważne. Ale mam takie poczucie winy że 'powinam' medytować i że skoro wcześniej to robiłam to teraz też powinnam dać radę. Jakby medytacja miała być sposobem żeby sobie poradzić, a jak nie daję rady to znaczy że coś ze mną nie tak. Nie wiem czy to ma sens.
To poczucie winy, które opisujesz, znam je dobrze. Ale powiedz mi - skąd w ogóle wziął się ten przymus? Bo mam wrażenie że to nie jest twoja naturalna myśl, tylko gdzieś to wchłonęłaś. Że 'duchowa osoba' powinna dawać radę z bólem lepiej niż inni?
Przepraszam że wchodzę, ale chcę dodać coś od siebie. Sama straciłam tatę i przez pierwsze dwa miesiące w ogóle nie medytowałam, bo po prostu nie mogłam. I nie czułam się z tego powodu gorsza. Wróciłam do praktyki kiedy poczułam że chcę, a nie że powinnam. I ta różnica była ogromna.
To co opisujesz z tym obudzeniem się i siedzeniem w ciszy - to brzmi jakby ciało samo wiedziało kiedy jest gotowe. Może ja też za bardzo myślę że muszę 'siadać do medytacji' formalnie, z poduszką i wszystkim, zamiast po prostu być w ciszy kiedy samo przychodzi.
To jest ważna obserwacja. Mam pytanie do wszystkich tu obecnych - czy w żałobie w ogóle polecacie konkretne rodzaje medytacji? Bo znam różne podejścia i nie wiem które byłoby tu sensowne. Skanowanie ciała? Obserwowanie myśli? Czy raczej coś innego?
Czytam ten wątek i chce zapytać bo mam podobną sytaucję u siostry - ona straciła mąża i w ogole odcięła się od wszystkego, medytacji, kart, wszystkiego. Martwię się o nią ale nie chcę naciskać. Czy to normalne żeby na jakiś czas po prostu odpuścić wszystkie praktyki?
Słucham tej rozmowy od początku i chcę się podzielić jedną rzeczą. Kiedy umarła moja babcia, przez długi czas nie mogłam medytować, ale odkryłam że pomagało mi chodzenie. Powolne, uważne chodzenie, szczególnie w lesie. Wiem że to nie jest klasyczna medytacja siedząca, ale byłam bardziej obecna podczas tego chodzenia niż kiedykolwiek wcześniej na poduszce.
kilka tygodni, może miesiąc. I co ciekawe, nie wróciłam do siedzenia dlatego że postanowiłam wrócić, tylko po prostu pewnego wieczoru usiadłam i było zupełnie inaczej niż wcześniej. Spokojniej. Jakby spacery coś przepracowały.
To co mówi Agatka83 jest dla mnie zgodne z tym co czytałam o żałobie i ciele. Żałoba siedzi w ciele, nie tylko w głowie. Dlatego praktyki ruchowe mogą docierać tam gdzie siedzenie w ciszy nie dociera, szczególnie na początku. Macie jakieś inne przykłady takich 'medytacji w ruchu' które komuś pomogły?
Słucham tego i pomyślałam - może przez cały ten czas szukałam czegoś 'właściwego', jakiejś techniki która mi powie że medytuję poprawnie, a tymczasem może to właśnie te chwile kiedy myję kubek i myślę tylko o tym kubku, to też jest to. Tylko że nie pozwalam sobie tego tak nazwać.
To jest coś ważnego. Ale mam pytanie do Dziewiecsil_70 - czy ten brak pozwolenia sobie wynika z jakiegoś przekonania o tym czym medytacja 'powinna' być? Bo brzmi jakby była jakaś wewnętrzna lista wymagań.
A ja mam pytanie trochę z boku - mówiliscie o powrocie do praktyki kiedy się jest gotowym. Ale jak się w ogole poznaje ze juz się jest gotowym? Bo moja siostra mówi że jeszcze nie, ale minęło już kilka miesięcy i zaczynam się martwic czy to 'jeszcze nie' nie zamienia się w 'nigdy'.
Słucham tego wątku o siostrze Perzyny i zastanawiam się - czy my tu na tym forum nie mamy trochę tendencji do patrzenia na żałobę przez pryzmat praktyki? Jakby człowiek bez praktyki był w gorszej sytuacji. A może normalny kontakt z ludźmi bez żadnej medytacji jest akurat tym czego ta kobieta potrzebuje?
Właśnie ta rozmowa mi trochę zdjęła ciężar. Naprawdę. Przez kilka tygodni czułam że zawodzę siebie jako 'osoba medytująca'. A teraz myślę że może zawężałam za bardzo co to znaczy. Mam jedno pytanie jeszcze - czy ktoś z was wracał do praktyki i odkrył że jest zupełnie inna po stracie? Że zmienił się sam charakter medytacji?
Tak, zdecydowanie. Wróciłam do praktyki i przez długi czas medytacja była głównie płakaniem. Siadałam, zamykałam oczy i po prostu płakałam. Wcześniej by mi to wyglądało jak porażka, a potem zrozumiałam że to było dokładnie to co potrzebowałam zrobić.
Zastanawiam się czy jest jakaś różnica między tym że medytacja zmienia się po stracie, a tym że my się zmieniamy. Może to nie praktyka jest inna, tylko my do niej przychodzimy z innym miejscem w sobie. Dziewiecsil_70 - jak to u ciebie czujesz, jakbyś wróciła dziś na poduszkę?
To co opisujesz - że w ciszy środek głośnieje - to jest bardzo dokładny opis tego co się dzieje w żałobie. I chcę powiedzieć wprost: nie musisz być na to gotowa. Możesz na razie zostawić poduszkę i pozwolić sobie na tę ciszę w małych dawkach, przy kubku herbaty, przy oknie. To jest uczciwe.
A ja mam jeszcze jedno pytanie które mnie nurtuje od początku tej rozmowy. Czy ktoś kiedyś w trakcie medytacji po stracie poczuł obecność tej osoby? Pytam bo wiem że to trochę inny temat ale wydaje mi się że dla wielu ludzi w żałobie to jest gdzieś z tyłu głowy - czy cisza medytacji może 'otworzyć' coś takiego.
Nie wiem. Jeszcze nie siadałam w ciszy wystarczająco długo żeby cokolwiek poczuć. Ale powiem szczerze - trochę się tego boję i trochę na to liczę jednocześnie. Nie wiem nawet czy wolno mi na to liczyć, czy to jest jakieś... życzeniowe myślenie które mi tylko zaszkodzi.
To co mówisz o tym 'czy wolno' - to mnie zatrzymuje. Skąd pochodzi to że czegoś nie wolno czuć w żałobie? Bo mam wrażenie że przez całą rozmowę wraca ten wątek - że nakładasz sobie jakieś ograniczenia co do tego jak powinnaś przeżywać, medytować, odczuwać. I pytam serio, nie retorycznie.
