Nie jestem przywiązana, po prostu nie wiedziałam że są inne opcje. Ta medytacja na dźwięki brzmi mniej groźnie niż cokolwiek co dotyczy mojego ciała bezpośrednio. Ale mam pytanie - czy jak zaczynam słuchać dźwięków i nagle zamiast tego zaczynam czuć serce, to co wtedy? Wracam do dźwięków?
Tak, dokładnie tak. I to jest właśnie praca - nie to że serce nie zaistnieje w świadomości, tylko że masz gdzie wracać. Dźwięki to twoja lina ratunkowa. Zauważasz serce, nie wchodzisz w spiralę, wracasz do dźwięku za oknem. Jeden cykl to nie porażka, sto cykli to nie porażka. Ćwiczysz mięsień powrotu, nie mięsień nieodczuwania.
Mięsień powrotu - to jest fajne określenie. Ale szczerze to trochę nie wierzę że to takie proste, bo jeśli ktoś ma obsesję na punkcie zdrowia to chyba nie wystarczy powiedzieć sobie 'wróć do dźwięków' i to działa? Syriana, ty próbowałaś kiedyś podobnego przekierowania uwagi i zadziałało?
U mnie był taki moment, trudno powiedzieć kiedy dokładnie, że zauważyłem ze lęk jeszcze jest, ale jakoś mniej mnie porywa. Jakbym patrzył na to z troche wiekszego dystansu. To nie był dzień bez lęku, to był dzień kiedy lęk był ale ja go po prostu... obserwowałem bardziej niż przeżywałem.
Mam pytanie do Syriany bo gubie wątek - czy ten monitoring serca podczas medytacji to dzieje się od razu jak siadasz, czy po jakimś czasie siedzenia? Bo zastanawiam się czy to jest kwestia że wchodzisz w ciszę i ciało od razu 'mówi', czy raczej że gdzieś w połowie sesji coś 'złapiesz'.
To co Syriana opisuje jest dość klasyczne przy wyciszeniu - kiedy bodźce zewnętrzne opadają, sygnały z ciała stają się bardziej wyraźne. U osób bez hipochondrii to jest neutralne lub nawet przyjemne. Przy hipochondrii ten sam mechanizm staje się wejściem do spirali. Stąd moje pytanie: czy próbowałaś kiedyś medytacji z lekkim dźwiękowym tłem, niekoniecznie pełna cisza?
Nie ma powodu żeby się czuć głupio, naprawdę! Ja też długo myślałam że muszę mieć idealną ciszę i idealną pozycję, inaczej to się 'nie liczy'. A potem okazało się że te zasady to bardziej moje wyobrażenie niż rzeczywistość. Syriana, skąd w ogóle wzięłaś to przekonanie o ciszy?
Przy okazji tła dźwiękowego - czy ktoś próbował z białym szumem konkretnie? Zastanawiam się bo to jest specyficzny rodzaj dźwięku, ani melodia ani konkretne odgłosy, i nie wiem czy to pomaga skupieniu czy może właśnie rozdrażnia.
A ja mam głupie pytanie praktyczne - jak długo powinno trwać siedzenie z tymi dźwiękami żeby miało sens? Bo nie wiem czy to jest coś na 5 minut czy na pół godziny i boję się że zacznę za krótko i to nic nie da.
Wracając do Syriany bo mi się wydaje że my trochę rozmawiamy o technikach a nie o jej konkretnym problemie - Syriana, ta obsesja na punkcie zdrowia, to jest coś nowego u ciebie czy od dawna tak masz? Bo zastanawiam się czy medytacja to w ogóle właściwe podejście do tego albo czy to wymaga czegoś więcej.
To jest ważna informacja że jest terapeuta w tle. Dobrze. Czy on wie że medytacja aktualnie działa na ciebie w ten sposób, że nasila monitoring po sesji? Bo to brzmi jak coś co warto by na terapii omówić, nie tylko tutaj.
Miałam podobny etap - nie z hipochondrią, ale z lękiem ogólnie - gdzie medytacja przez jakiś czas wyraźnie pogarszała moje stany. Terapeuta powiedział żebym jej nie rzucała, ale żebyśmy razem przyglądali się co dokładnie się dzieje. I to podejście - że medytacja jest materiałem do terapii a nie tylko praktyką - dużo zmieniło. Nie wiem czy to pasuje do twojej sytuacji Syriana, ale może warto tak to potraktować.
To jest naprawdę kluczowe żebyś mu powiedziała. I nie 'medytacja mi nie pomaga', tylko dokładnie to - że po sesjach masz wzmożony monitoring ciała przez konkretny czas. To są inne informacje i prowadzą do innych wniosków.
Mam pytanie, które może być ważne dla terapeuty - ten monitoring po medytacji, czy to jest bardziej myślowy czy somatyczny? Znaczy: czy ty myślisz o objawach, czy czujesz coś w ciele i to wywołuje myśli? Bo to może być różnica.
To co Syriana mówi o tym że zajętość skraca monitoring - u mnie też tak działało. I to jest trochę przewrotne bo medytacja uczy być z sobą, a okazuje się że 'bycie z sobą' przez cały dzień po sesji nie jest tym czego potrzebujesz.
Ten watek z tym ze zajętość pomaga to mi przypomina cos z mojej pracy z lękiem w snach. Jak zaraz po przebudzeniu z koszmaru od razu cozmieniałem otoczenie - wstałem, napiłem się wody - to sen szybciej 'odchodził'. Może tutaj podobny mechanizm? Że chodzi o przerwanie pętli zanim się nakręci?
No właśnie, to jest moje pytanie od dawna do tych wszystkich podejść z uważnością - gdzie jest granica między 'siedzę z dyskomfortem' a 'katechowamuję się bez sensu'? Bo te dwie rzeczy wyglądają zewnętrznie tak samo.
Słuchajcie, ja mam pytanie które może zboczę z tematu ale mam wrażenie że jest powiązane - czy ktoś z was próbował zamiast medytacji w ciszy robić medytację z prowadzeniem głosowym? Zastanawiam się czy dla Syriany i osób z podobnym problemem to nie byłoby lepsze, bo prowadzący mówi cały czas i to może dawać mniej przestrzeni na własne dygresje o ciele.
A ja mam głupie pytanie - gdzie się w ogóle takie prowadzone medytacje po polsku znajduje? Bo wszystko co znajduję jest po angielsku i to trochę wyrywa z klimatu.
Wracając do tego co Geomantka powiedziała o prowadzeniu głosowym - próbowałam kiedyś i miałam mieszane uczucia. Z jednej strony cudzygłos rzeczywiście trochę nie dawał mi się wciągać w ciało. Z drugiej strony jak prowadzący mówił 'poczuj swój oddech w klatce piersiowej' to właśnie tam szłam i zaczynało się od nowa.
To jest bardzo konkretna informacja. Jeśli kierowanie uwagi na klatkę piersiową wyzwala spiralę, to czy próbowałaś praktyk gdzie uwaga idzie na zewnątrz - na dźwięki, na dotyk podłoża, cokolwiek poza ciałem? To nie jest unikanie, to jest zmiana zakotwiczenia.
Próbowałam wcześniej kiedy Pranava wspomniał o zakotwiczeniu na zewnątrz - siedziałam rano i starałam się słuchać dźwięków za oknem zamiast śledzić oddech. I faktycznie nie wciągnęłam się tak w ciało. Ale po jakichś dziesięciu minutach i tak zaczęłam analizować czy dobrze to robię, czy w ogóle to jest 'prawdziwa' medytacja skoro nie skupiam się na ciele. I tu utknęłam.
A to jest ciekawe - bo tu nie wciągnęłaś się w objawy, tylko w zupełnie inny rodzaj lęku, mianowicie 'czy dobrze medytuję'. Czy to też był fizyczny sygnał który poprzedził tę myśl, czy tym razem zaczęło się od razu od głowy?
To jest osobny mechanizm i warto go odróżnić od tego pierwszego. Tutaj mamy lęk przed złą praktyką, nie lęk przed chorobą. To się często nakłada u osób z hipochondrią bo generalny lęk szuka kolejnych obiektów. Czy to 'czy dobrze medytuję' pojawia się też poza medytacją, przy innych czynnościach?
O matko, to co Syriana opisuje z tym 'czy dobrze medytuję' - ja to mam przy chyba każdej praktyce. Myślałam że to tylko mój problem. Czy to znaczy że to nie jest specyficznie hipochondryczne, tylko po prostu lęk jako taki szuka czegokolwiek?
Mnie to rozbawia trochę bo ja też przez długi czas myślałam dokładnie tak jak Joasia.ka - że skoro po kilku miesiącach nadal mam problemy to znak że to nie dla mnie. A potem dopiero zrozumiałam że właśnie te problemy to jest część procesu, nie dowód na to że jestem beznadziejna w medytacji.
Ale tu jest chyba różnica między 'mam trudności bo to trudne' a 'mam trudności bo ta konkretna technika nasila mój konkretny problem'. Bo Syriana nie mówi że medytacja jest trudna - ona mówi że medytacja uruchamia u niej spiralę lęku. To trochę inny problem, nie?
