Ostatnio podczas dłuższej sesji zauważyłam coś, co trudno mi jednoznacznie nazwać. Po mniej więcej czterdziestu minutach skupienia na oddechu przeszłam w stan, w którym ciało jakby przestało istnieć - byłam w pełni przytomna, ale zupełnie poza codziennym trybem umysłu. Nie śniłam, nie zasypiałam, a jednak coś było wyraźnie inne. W literaturze kontemplacyjnej opisuje się to jako dhjana albo jhana w tradycji palijskiej - stan pochłonięcia, który różni się od zwykłego skupienia. Zastanawia mnie, czy inni praktykujący tu świadomie do tego dążą, czy raczej traktują to jako coś, co 'po prostu się zdarza' bez nazywania tego wprost.
Dokładnie to mnie interesuje, bo mi się to zdarzyło chyba dwa razy i nie wiedziałem co z tym zrobić. Raz po prostu siedziałem i nagle jakby czas się urwał, a jak 'wróciłem' to minęło z pół godziny. Ale nie wiem czy to było właśnie to, o czym piszesz, czy po prostu zasnąłem siedząc. Jak to w ogóle odróżnić? Bo przy zasypianiu chyba się traci świadomość, a tutaj niby jej nie traciłem, ale też jej jakoś... nie używałem?
Ja kiedyś miałam coś takiego ze świecą - nie medytowałam stricte, tylko patrzyłam na płomień i nagle poczułam że jestem bardzo daleko od siebie, jakby moje myśli były gdzieś indziej a ciało tu siedzi. Byłam przestraszona trochę. Czy to jest właśnie ten trans o którym piszecie? Bo jeśli tak to chciałabym wiedzieć czy to jest bezpinczne zanim bedę to specjalnie wywoływać.
Trans w medytacji to jest tak naprawdę stan alfa, a nawet theta mózgu. To naukowo udowodnione. W stanie theta właśnie mamy dostęp do podświadomości i dlatego te doświadczenia są tak intensywne. Jak ktoś ćwiczy regularnie binaural beats to wchodzi w theta w kilkanaście minut, bo te rytmy po prostu synchronizują fale mózgowe. Polecam każdemu kto chce przyspieszyć wejście w trans.
No ale jednak działa, mnóstwo ludzi to potwierdza. Irga, może po prostu nie każdy ma ten sam próg wejścia w stan? Jedni wchodzą łatwiej, inni trudniej.
Słucham tej rozmowy i mam jedno pytanie, bo sama praktykuję od jakiegoś czasu i nigdy nie doświadczyłam czegoś, co bym nazwała transem. Miewam momenty głębokiego spokoju, brak myśli przez chwilę, ale nic takiego dramatycznego. Czy to znaczy, że robię coś źle, czy po prostu trans to nie jest coś obowiązkowego w medytacji?
To mi daje do myślenia, bo ja właśnie zacząłem szukać tego stanu i może dlatego nie wychodzi regularnie. Ale wróćmy do mojego pytania - jak rozpoznać że to był trans a nie zwykłe odpłynięcie? Irga wymieniłaś to 'uczucie po', ale możesz coś więcej powiedzieć? U mnie było takie jakby odświeżenie, podobne do drzemki, ale bez poczucia niewyspania po niej.
Wchodzę do tematu, bo to mnie też dotyczy, tylko z trochę innej strony. Ja medytuję przy muzyce do kart i czasem wchodzę w coś co moim zdaniem jest właśnie tym o czym mówi Irga. Ale moje pytanie jest inne: czy w tym stanie można 'coś odbierać'? Tzn. czy to jest stan, w którym intuicja czy jakieś przeczucia są silniejsze? Pytam bo przy kilku sesjach miałam bardzo wyraźne obrazy, które potem jakoś się łączyły z tym, co wychodziło na kartach.
Mogę zapytać coś podstawowego? Bo czytam i trochę się gubię. Mówicie 'wejście w trans' jakby to była technika albo coś, co można zaplanować. Ale jak się w ogóle zaczyna? Tzn. od czego zależy czy to się w ogóle pojawi podczas medytacji? Czas siedzenia, sposób oddychania, miejsce? Chciałabym spróbować, ale nie wiem od czego zacząć jeśli chodzi konkretnie o ten głębszy stan.
Hmm, a czy to nie jest przypadkiem to samo co hipnoza? Pytam serio, bo jak słucham opisu - ciało jakby nie istnieje, czas płynie inaczej, obrazy - to brzmi jak opis hipnozy z YouTuba. Różnica jest w tym jak się tam dochodzi, czy to jest faktycznie inny stan?
No ale chyba jednak trans w medytacji jest głębszy niż hipnoza? Bo hipnoza to jednak sugestia z zewnątrz, a trans medytacyjny pochodzi z własnej pracy, więc logiczne że jest bardziej autentyczny i trwalszy w skutkach, nie? Przynajmniej tak mi się wydaje.
Okej, czyli regularność i czas sesji to podstawa. A co z pozycją? Bo ja medytuję leżąc i zastanawiam się, czy to nie blokuje wejścia w głębszy stan, bo często po prostu zasypiam.
No właśnie, ja też na początku zasypiałem siedząc. Dosłownie głowa mi opadała. To był trans czy zwykłe zmęczenie? Bo nigdy nie wiedziałem jak to rozróżnić.
Ale hipnagogia to właśnie jest granica między jawa a snem i tam podobno też można wchodzić celowo. Czytałem, że niektóre techniki szamanistyczne to wykorzystują. Więc może to wcale nie jest tak złe?
Wracając do tego co mówiłam wcześniej o obrazach podczas medytacji przy muzyce - zastanawiam się, czy te obrazy pojawiające się w transie są zawsze znaczące, czy mogą być po prostu szumem mózgu? Irga, masz jakieś zdanie na ten temat?
Przy pojedynczych przypadkach zawsze trzeba brać pod uwagę bias potwierdzenia - czyli że zapamiętujemy trafienia, a zapominamy o setkach obrazów które nic nie znaczyły. To nie jest zarzut wobec Seraphiny, to po prostu mechanizm, któremu wszyscy podlegamy. Gdybyś prowadziła dziennik wszystkich obrazów z medytacji i śledziła, ile z nich się potwierdziło - to byłoby ciekawe.
No ale Irga, czy to nie jest zbyt sceptyczne podejście do czegoś co jest z natury subiektywne? Jak mierzysz coś co jest wewnętrzne, to zawsze można powiedzieć że to bias.
Czyli rozumiem, że trans medytacyjny to stan, w którym mogą pojawiać się obrazy, ale niekoniecznie mają znaczenie. Ale po co w ogóle w niego wchodzić, skoro głównym celem medytacji jest spokój i obecność? Trochę mi to umknęło w tej dyskusji.
To po co w ogóle o nim rozmawiamy, skoro nie jest celem? Trochę czuję się jakbyśmy gonili za czymś, co mamy ignorować.
Mnie też to trochę dezorientuje. Czyli jak wchodzę w trans, to dobrze, ale nie powinam tego szukać? Jak to pogodzić w praktyce?
No dobra, ale jak konkretnie mam ćwiczyć w kierunku tego stanu, skoro nie mam go szukać? To brzmi jak żart. Siedzę, liczę oddechy, umysł ucieka, wracam - i to ma samo z siebie gdzieś doprowadzić?
a ja mam pytanie bo troche gubie wątek - ten trans medytacyjny to każdy może osiagnąć, czy to jest tylko dla kogoś kto ma jakiś specjalny talent do medytacji? bo mi się wydaje że niektórzy po prostu mają to łatwiej
Monisiu, to uczciwe pytanie. Są badania - między innymi Tellegen i Atkinson z lat 70. - które sugerują, że zdolność do absorpcji, czyli coś co potocznie nazywamy podatnością na trans, jest cechą osobowości i faktycznie różni się między ludźmi. Ale to nie znaczy, że ktoś jej nie ma wcale. Oznacza tylko, że jednym przyjdzie szybciej, innym wolniej.
To jest właściwie świetna uwaga. Ja przez długi czas myślałam, że nic mi się nie dzieje, bo nie miałam żadnych wizji ani szczególnych odczuć. A potem ktoś mi powiedział, żebym sprawdziła ile czasu minęło - i okazywało się, że 40 minut wydawało mi się kwadransem. Nie wiedziałam, że to już jest coś.
A czy to znaczy, że jak medytujesz i ciągle sprawdzasz czy jesteś w transie, to właśnie nie możesz w nim być? Bo samo sprawdzanie wyrywa cię ze stanu?
Dobra, ale to znowu brzmi jak 'staraj się nie starać'. Jak mam spokojnie obserwować bez oczekiwania, skoro jestem ciekawy co się stanie? Ciekawość to też oczekiwanie chyba?
Słuchajcie, a ja mam zupełnie inne doświadczenie. Ja celowo wchodzę w trans przy pomocy wizualizacji prowadzonej - puszczam sobie nagranie, które mnie prowadzi przez jakiś krajobraz i przy tym wchodzę bardzo głęboko. To jest chyba inny rodzaj transu niż ten, o którym mówi Irga? Bo tam jest wyraźny cel i wyraźna struktura.
