Mam taki problem, że od kiedy zaczęłam medytować regularnie, moja hipochondria jakby... nie wiem, czy zelżała, czy się pogłębiła. Z jednej strony jestem bardziej świadoma ciała, czuję każde napięcie, każde mrowienie, każde bicie serca. Z drugiej strony ta świadomość zamienia się w obsesję - zamiast spokojnie obserwować, zaczynam analizować i szukać chorób. Czy to możliwe, że uważność paradoksalnie nakręca hipochondrię zamiast ją łagodzić? Czy ktoś miał podobnie?
To jest naprawdę ważne pytanie i myślę, że dotykasz czegoś, o czym rzadko się mówi wprost. Sam przez jakiś czas miałem podobny problem - praca z oddechem zamiast uspokajać, potrafiła wciągać mnie w spiralę. Ale powiedz mi - jak wygląda twoja medytacja? Siedzisz w ciszy i skanjesz ciało, czy raczej skupiasz się na oddechu jako kotwicy?
Dokładnie to, co opisujesz, to klasyczny przypadek kiedy praktyka uważności zostaje 'przejęta' przez lękowy umysł. Pytanie do Pranavy - czy uważasz, że rodzaj medytacji tu coś zmienia? Bo ja bym powiedziała, że body scan dla kogoś z hipochondrią to może być wręcz najgorszy możliwy wybór na start.
A ja mam dokładnie odwrotne doświadczenie - miałam lęki zdrowotne i właśnie body scan mi pomógł, bo zaczęłam rozróżniać zwykłe napięcie mięśniowe od 'czegoś strasznego'. Ale przyznam, że na początku był jeden tydzień kiedy nachodziły mnie same katastroficzne myśli podczas medytacji. Czy to normalne że ta faza w ogóle istnieje?
Tu chodzi o coś głębszego moim zdaniem. Hipochondria to często lęk egzystencjalny - lęk przed śmiercią, przed utratą kontroli. Medytacja wydobywa te lęki na powierzchnię, bo wycisza cały szum który je zagłuszał. I to nie jest błąd w praktyce - to jest właśnie ta praca, tylko niekomfortowa. Ale Syriana - czy twoje myśli podczas medytacji to bardziej 'może jestem chora' czy raczej 'co się dzieje z moim ciałem'?
Och, czytam to i czuję że nie jestem sama! Ja też to przeżywam, serdeczne dzięki że ktoś w ogóle o tym napisał. Mam pytanie może naiwne - czy jest jakaś medytacja która kompletnie omija ciało? Bo jak tylko skupię się na ciele to zaraz mi głowa robi z igły widły.
A ja tu mam takie inne spojrzenie - może to nie chodzi o technikę medytacji, tylko o to że hipochondria to naprawdę poważna sprawa i sama medytacja tego nie rozwiąże? Moja znajoma chodziła do terapeutki i dopiero połączenie terapii z medytacją coś zmieniło. Czy ktoś próbował takiego podejścia?
Trochę się włącze bo śledze ten watek z uwagą. Miałem kiedyś faze kiedy każdy sen o chorobie interpretowałem jako coś znaczącego i to nakręcało leki na jawie. Nie wiem czy to dokładnie to samo co hipochondria, ale to połączenie nadmiernej uwagi i interpretowania wszystkiego jako zagrożenia - to chyba podobny mechanizm. Jak się wykopalem z tej spirali? Zaczałem medytować NA sny, nie NA ciało.
No właśnie nie podczas snu 🙂 Wieczorna medytacja gdzie zamiast skanowania ciała, po prostu 'oddawałem' dzień - wyobrażałem sobie że odkładam wszystkie myśli jak przedmioty na półkę. To przerwało ten nawyk ciągłej analizy. Nie mówię że zadziała na hipochondrie, ale może ta zasada - odłożenie a nie zbadanie - cos da.
Słucham was i musze powiedzieć że ta rozmova bardzo mi dużo daje. Ja ze swojej strony robiłam kiedyś rytuał uziemienia właśnie na leki zdrowotne i pomagało, ale nie wiem czy mozna to połączyć z medytacją bez zakłucania jednego i drugiego. Syriana, czy robiłaś kiedyś coś z uziemianiem się przed medytacją? Chodzi mi o dosłowne stanięcie boso na ziemi czy przytulenie się do drzewa przed sesją.
Wracając do sedna - myślę że kluczowe pytanie dla Syriany i każdego kto ma podobny problem to: czy po medytacji czujesz się bardziej spokojna czy bardziej nakręcona? Bo to jest najlepszy wskaźnik czy dana technika działa w twoim przypadku, niezależnie od teorii.
To co opisujesz - że cisza uruchamia czujność - to bardzo konkretna wskazówka. Oznacza że twój układ nerwowy interpretuje brak bodźców jako zagrożenie, a nie odpoczynek. Jakby cisza była dla niego sygnałem alarmowym. Mam pytanie: czy ta czujność pojawia się też poza medytacją, np. kiedy jesteś sama w domu i jest naprawdę spokojnie?
Tak, właściwie tak. Kiedy jest za cicho to od razu coś 'wypełnia' tę ciszę - najczęściej właśnie myśli o zdrowiu. W hałasie jest paradoksalnie lepiej. Ale nie wiedziałam że to może mówić coś konkretnego o mechanizmie.
Nie ma czegoś takiego jak 'prawidłowa' medytacja w sensie wymogów warunków zewnętrznych. To jest jeden z największych mitów który psuje ludziom praktykę. Medytacja to nie egzamin ze znoszenia ciszy - to praca z umysłem. A umysł można obserwować przy szumie deszczu równie dobrze co w absolutnej ciszy. Lepiej nawet, jeśli cisza działa jak wyzwalacz lęku.
Przepraszam że wchodzę, ale bardzo dziękuję za tę wymianę bo ja miałam dokładnie to samo przekonanie, że medytować to znaczy siedzieć w zupełnej ciszy i jak nie umiem, to znaczy że jestem do niczego. Czy szum deszczu to to samo co białe szumy które są na YouTube? Bo ja widziałam takie nagrania ale nie wiedziałam czy to 'prawdziwa' medytacja.
To co piszesz o ciszy jako wyzwalaczu leku - mialem identycznie z tym w okrasie kiedy mialem koszmary. W ciszy przed snem mózg zaczynał 'przygotowywać' się na złe sny. Wyszło mi troche losowo ale zacząłem słuchać bardzo cichej muzyki zanim zasnę i to przerwało cykl. Może tu działa podobny mechanizm?
Medytacja chodzona to chodzenie bardzo wolno z pełną uwagą na każdy krok - oczy otwarte. Skupiasz się na tym jak stopa dotyka ziemi, na oddechu, na ruchu. To jest właśnie ten element uziemienia o którym mówiłam wcześniej, tylko w ruchu. Może to byłby dobry pomost zanim spróbujesz znów usiąść w ciszy? Syriana, czy masz jakieś miejsce gdzie mogłabyś to spróbować, może jakiś spokojny pokój?
Może, ale jest mniejsze prawdopodobieństwo, bo uwaga ma naturalny obiekt do śledzenia - ruch. Przy ciele nieruchomym umysł szuka czegoś do obserwowania i często wybiera to co najbardziej go niepokoi. W ruchu ma konkretne zadanie co sekundę. Ale nie gwarantuję że to rozwiąże problem - może opóźnić spiralę, dać więcej czasu zanim lęk zdąży się uruchomić.
A ile właściwie czasu potrzeba żeby w ogóle zobaczyć jakiś efekt tej medytacji przy takich problemach? Bo czytam ten wątek i mam wrażenie że wszyscy mówią 'trochę czasu', 'kilka tygodni' ale nikt nie powie konkretnie. Ja bym po tygodniu już zwątpiła.
Wróćmy do pytania które zadałam Syrianie kilkanaście postów temu, bo to jest właśnie odpowiedź na to pytanie. Czy po medytacji jest ci nieznacznie lepiej czy wyraźnie gorzej? To jest jedyny wiarygodny wskaźnik w krótkim terminie. Nie chodzi o to żeby było idealnie, tylko o kierunek.
Szczerze? Na razie raczej gorzej, przynajmniej bezpośrednio po. Potem po jakichś 30 minutach lęk odpuszcza. Nie wiem czy to medytacja czy po prostu czas. Ale to pierwsze pół godziny po jest naprawdę trudne i chyba właśnie dlatego zaczynam unikać praktyki.
To co piszesz Syriana o tym półgodzinnym oknie po medytacji jest bardzo ważne i chcę się przy tym zatrzymać. To że lęk odpuszcza po 30 minutach nie jest przypadkowe. To znaczy że układ nerwowy jednak wraca do regulacji, tyle że potrzebuje czasu. Pytanie jest inne - czy wyobrażasz sobie zrobienie czegoś konkretnego w tej trudnej półgodzinie po, żeby ją przetrwać bez uciekania od praktyki?
Ale chwila - czy to nie jest trochę okrutne mówić komuś żeby siedziała z lękiem bez wychodzenia do telefonu? Przecież lęk jest nieprzyjemny z jakiegoś powodu. Może ten internet to normalne radzenie sobie?
Wstrzymywanie oddechu przy leku to jest cos z czym walczyłem długo. U mnie się zdarzało przy dźwiękach w nocy - słyszałem coś i dosłownie przestawałem oddychac czekajac na katastrofę. Pomógł mi takie proste ćwiczenie - wydech dłuzszy niż wdech. Trzy sekundy wdech, pięc wydech. Mozg jakoś to inaczej odbiera niz po prostu 'oddychaj głebiej'.
To monitoring właśnie jest problemem, nie sam lęk. I teraz mam pytanie do Piolunki, bo ona zna to lepiej ode mnie - czy jest w ogóle technika medytacyjna która celuje w ten nawyk monitorowania? Bo body scan wydaje się kontrproduktywny jeśli ktoś i tak monitoruje, może tylko daje temu formę.
Och, medytacja na dźwięki to brzmi dla mnie zupełnie nowo, nie wiedziałam że jest coś takiego. Czy to znaczy że po prostu siedzisz i słuchasz co jest dookoła? Przepraszam za może głupie pytanie ale naprawdę nie rozumiem jak to ma działać.
A przepraszam że wchodzę z boku, ale mam pytanie praktyczne - czy ta medytacja na dźwięki wymaga jakichś warunków? Bo ja mieszkam przy ruchliwej ulicy i zawsze myślałam że hałas to przeszkoda a nie temat do medytacji.
