To co Syriana mówi o lupie jest bardzo trafne jako obraz. Słyszałam kiedyś określenie 'introcepcja jako pułapka' - że przy pewnych stanach lękowych właśnie ten kontakt z ciałem który ma być leczniczy staje się źródłem sygnałów które umysł interpretuje jako zagrożenie. To nie jest kwestia złej techniki, tylko złej kolejności.
Tylko że to brzmi jak bardzo długa droga - najpierw rozwiąż lęk, a potem możesz medytować. A Syriana chyba właśnie szuka czegoś co pomaga teraz, nie po zakończeniu terapii.
Mam pytanie bo może przeoczyłam - Syriana, czy ty jesteś w ogóle na jakiejś terapii równolegle do tej medytacji? Bo jak czytam ten wątek to mam wrażenie że próbujesz medytacją zrobić to co może wymagać też kogoś z zewnątrz.
To co Syriana napisała o powrocie do terapii - to brzmi dla mnie jak bardzo ważny moment w tym wątku. Czy to znaczy że doszłaś do wniosku że medytacja sama w sobie nie jest w stanie 'rozprawić się' z hipochondrią, tylko może co najwyżej towarzyszyć terapii?
To jest bardzo dojrzała obserwacja. Bo szukanie idealnej techniki to jest po prostu inny obiekt dla tego samego mechanizmu - lęk przed tym że coś jest nie tak i trzeba to naprawić. Tylko zamiast 'coś jest nie tak z moim ciałem' mamy 'coś jest nie tak z moją praktyką'.
O tym poczuciu 'mieć pewność' - to jest coś co mnie bardzo dotyczy i nie tylko w medytacji. Czy ktoś wie jak się nazywa ten mechanizm fachowo? Pytam bo jak mam nazwę to łatwiej mi to wychwycić w sobie.
No dobrze, ale czy my tu nie zaczynamy wchodzić za bardzo w psychologię zamiast rozmawiać o medytacji? Nie mówię że to złe, ale trochę się gubimy chyba.
Zgadzam się z Geomantką. Poza tym temat jest 'medytacja a hipochondria' - więc psychologia jest tu jak najbardziej na miejscu. Ja sama zaczęłam rozumieć własną praktykę dopiero jak zrozumiałam swoje wzorce myślenia, nie jak znalazłam lepszą technikę.
Właśnie chciałam zapytać Piolunkę o coś - mówiłaś wcześniej o 'oknie regulacji'. Czy to znaczy że jest coś co można robić podczas samego ataku lęku, żeby skrócić czas zanim wrócę do normy? Bo terapia to długodystansowe, a mnie ciekawi co z tym konkretnym momentem kiedy już jestem w środku spirali.
Dobre pytanie i ważne rozróżnienie. Krótkoterminowo - techniki które angażują zmysły zewnętrzne, nie wewnętrzne. Zimna woda na nadgarstki, kostki lodu w dłoni, bardzo intensywny zapach. To brzmi banalnie ale chodzi o to żeby dać układowi nerwowemu coś bardzo wyraźnego z zewnątrz, co 'przebije' sygnały z wewnątrz. Czy próbowałaś czegoś w tym stylu?
Ten zimny powietrz to nie przypadek, to własnie ten mechanizm o którym Piolunka mówi. Mnie kiedyś prowadząca na warsztacie mówiła że to ma związek z nerwem błędnym - że zimno i woda na twarz aktywuje jakiś odruch który spowalnia tętno. Nie pamiętam jak się to fachowo nazywa ale działało u mnie przy bardzo silnym lęku.
Tak, odruch nurkowy. I to ciekawe że Syriana odkryła to intuicyjnie nie wiedząc o mechanizmie. Zastanawia mnie czy przy kolejnym ataku łatwiej ci będzie po niego sięgnąć teraz że wiesz że to nie był przypadek.
A wracając do medytacji stricte - czy są techniki które celowo wykorzystuja ten zimny bodziec? Coś w stylu zimnych pryszniców u Wim Hoffa? Bo to by było ciekawe połączenie - medytacja z bodźcem który nie pozwala wpaść w spiralę.
Ja próbowałam metodę Wim Hoffa i dokładnie to co Otylka mówi - mrowienie w rękach podczas ćwiczenia oddechowego spowodowało że zaczęłam myśleć że jest coś nie tak z krążeniem. Skończyłam ćwiczenie po dwóch minutach i poszłam sprawdzać objawy w internecie. Więc tak, potwierdzam że może nakręcać.
To dobrze wiedzieć, bo miałam w głowie żeby spróbować Wim Hoffa właśnie. Teraz się zastanawiam czy te wszystkie bardziej 'intensywne' metody są dla mnie na tym etapie w ogóle wskazane - i czy może powinnam to skonsultować z terapeutą zanim zacznę cokolwiek nowego. Co o tym myślicie?
Szczerze - nie wiem jak to określić. Rozmawiamy dużo, pracujemy z przekonaniami, jest trochę elementów CBT chyba. Ale nie pytałam jej wprost o medytację. Trochę się bałam że powie 'nie rób tego' i zostanę bez niczego między sesjami.
Ten strach przed tym że terapeuta zabroni mi czegoś co pomaga - znam go bardzo dobrze. Ale z mojego doświadczenia wynika że raczej dobry terapeuta nie zabrania, tylko pyta po co i jak. Może warto po prostu sprawdzić jak ona zareaguje?
Ten wzorzec zakładania złej reakcji zanim się cokolwiek powie - to jest coś co sama robiłam przez długi czas nie tylko w terapii. W kółko filtrowałam co mogę powiedzieć a co nie, żeby nie usłyszeć czegoś trudnego. I paradoksalnie to mnie bardziej blokowało niż rzeczywiste odpowiedzi innych ludzi.
O, to co Emilka opisuje - sprawdzanie założeń - to chyba jest właśnie ta uważność w działaniu, nie tylko na poduszce. Nie wiem czy dobrze to rozumiem, ale wydaje mi się że to ten sam mięsień co podczas medytacji, tylko ćwiczony w codziennym życiu?
Wracając do tego co Syriana mówiła o intensywnych metodach - jest jeszcze jeden aspekt który warto rozważyć. Przy hipochondrii problemem często jest nie tylko lęk ale też skupienie uwagi na ciele. Każda technika która każe ci bardzo intensywnie obserwować odczucia fizyczne może być dwusieczennym mieczem. Syriana, czy zauważasz że standardowa medytacja skanowania ciała działa na ciebie uspokajająco czy raczej nakręcająco?
A nie próbowałaś iść od zewnątrz do wewnątrz zamiast od dołu do góry? Znaczy - zaczynasz od skóry, od kontaktu z ubraniem, z podłożem, z powietrzem na twarzy, i dopiero potem może wchodzisz głębiej - albo wcale nie wchodzisz. Jakoś tak mi kiedyś jedna osoba tłumaczyła i miało sens.
Dobra, ale czy jest jakaś prosta technika dla kogoś kto nie chce się bawić w analizowanie każdego ruchu uwagi? Pytam bez złośliwości - po prostu jak słucham tej rozmowy to wydaje mi się że medytacja dla osoby z hipochondrią to jest tak skomplikowane że aż odechciewa. Czy jest jakaś prosta droga?
Od zewnętrznej uwagi, nie wewnętrznej. Dźwięki w pokoju. Tekstura przedmiotu w dłoni. Temperatura powietrza przy nozdrzach - ale tylko przy wejściu do nosa, nie głębiej. Dwie minuty. Bez sprawdzania czy coś w środku jest okej. To jest wejście które nie wymaga analizowania wnętrza ciała.
Dwie minuty brzmi dla mnie wykonalnie. Próbowałam wcześniej trzydzieści minut i to był koszmar. Zastanawia mnie czy długość sesji ma w ogóle znaczenie na początku, czy lepiej krótko ale regularnie?
To co Piolunka powiedziała o regularności - to zmienia moje podejście. Bo ja właśnie robiłam odwrotnie - jak miałam gorszy dzień i się bałam, to siadałam na godzinę i próbowałam się 'wyleczyć' medytacją. A jak było dobrze, to omijałam. Czyli dokładnie odwrotnie niż powinnam?
O, to jest niesamowite bo ja robię dokładnie to samo co Oracle. Medytacja jako plaster na krwotok. A potem oczywiście 'nie działa', bo skąd ma działać przy takim poziomie pobudzenia. Ale jak to zmienić jeśli w spokojniejsze dni zwyczajnie nie pamiętam albo nie czuję potrzeby?
A co gdybyś wiązała to z jakimś rytuałem który już robisz codziennie? Kawa rano, mycie zębów, cokolwiek. Nie jako duchowość tylko jako zwykłe przypomnienie. U mnie tak działało z innymi nawykami, chociaż medytacji nie praktyguję regularnie to wiem że kotwiczenie do istniejącej czynności pomaga.
