to chyba najlepsza odpowiedź, którą mogłaś w tej chwili dać. Psycholog będzie wiedział lepiej niż psychiatra, który skupia się na farmakologii. Czy twój psycholog w ogóle stosuje jakieś techniki pracy z ciałem albo oddechem? Bo jeśli tak, to znak, że temat nie będzie mu obcy.
Mam pytanie z innej strony. Czy jak ktoś jest na lekach antydepresyjnych, to te leki jakoś wpływają na samą medytację? Pytam, bo zastanawiam się, czy przykładowo wyciszony farmakologicznie umysł inaczej reaguje na takie praktyki.
Ja mogę powiedzieć z własnego doświadczenia, bo zaczynałam medytację będąc już po kilku tygodniach na lekach. U mnie nie było problemu ze skupieniem jako takim, ale czasem byłam tak wyciszona przez lek, że trudno mi było w ogóle cokolwiek poczuć. Jakby emocje były za szybą. Nie wiem, czy to był wpływ na medytację, czy po prostu efekt uboczny leku niezwiązany z medytacją.
Chodzenie uważne to coś, o czym za mało się tu mówi. Ja sam to praktykuję i myślę, że dla osób z depresją to może być lepszy start niż siedzenie. Ciało w ruchu inaczej przetwarza energię, jest jakiś przepływ, który przy depresji jest zablokowany. Czy ktoś jeszcze próbował tej formy?
Tego w ogóle nie brałam pod uwagę, że to może być ruch. Mam skojarzenie z medytacją wyłącznie przez siedzenie ze skrzyżowanymi nogami i zamkniętymi oczami. A to jest chyba właśnie ten stereotyp, który mi blokuje. Czy ta forma chodzenia wymaga jakiegoś przygotowania, czy można to zacząć samemu?
Melania, jest mnóstwo prowadzonych nagrań do chodzenia uważnego, można znaleźć na YouTubie po polsku. Nie potrzebujesz żadnego przygotowania, żadnego sprzętu, możesz to zrobić nawet w domu w pokoju. Ja zaczęłam właśnie tak i myślę, że to jest bardziej dostępne niż formalna medytacja. Choć do tego też warto z czasem dojść.
Myślę, że to jest bardzo dobry krok. I chciałam dodać jedno, nie jako zakończenie tematu, bo myślę, że wiele osób tu jeszcze może się podzielić doświadczeniami. Ale Melania, sama zmiana podejścia, którą widać w tej rozmowie, od 'boję się zapytać' do 'zapytam na najbliższym spotkaniu', to już jest coś. Serio.
Mam jeszcze jedno pytanie, bo mnie ciekawi. Mówiliście o MBSR i MBCT, ale czy te dwa programy są skierowane do różnych osób? Bo skoro MBCT powstało właśnie z myślą o depresji, to czy MBSR jest w ogóle odpowiedni przy takich stanach, czy lepiej od razu celować w MBCT?
Moim zdaniem oba programy zakładają pewien poziom stabilności. Nie znam nikogo, kto byłby kierowany na MBSR czy MBCT w środku głębokiego epizodu. To bardziej sposób profilaktyczne albo na etapie wychodzenia.
Właśnie się zastanawiam, czy to w ogóle jest dostępne w mniejszych miastach. Mam wrażenie, że wszystko co jest grupowe i ustrukturyzowane, to Warszawa, Kraków, może Wrocław. Czy ktoś wie, jak to wygląda poza dużymi miastami?
Melania, to jest realne ograniczenie i nie będę udawać, że nie. Programy MBCT grupowe są głównie w większych ośrodkach albo przy klinikach psychiatrycznych. Ale coraz więcej psychologów prowadzi to online i tu się dużo zmieniło przez ostatnie lata. Twój psycholog może prowadzić coś podobnego albo wiedzieć, do kogo skierować.
Online działa naprawdę dobrze w przypadku mindfulness, bo to nie jest coś, gdzie potrzebujesz kontaktu fizycznego z prowadzącym. Wiem, że niektórzy twierdzą, że energia grupy jest ważna, ale szczerze, przy depresji bariera wyjścia z domu potrafi być większa niż jakakolwiek korzyść z fizycznego spotkania.
Myślę, że siostrze Nadzieja warto powiedzieć, że to nie musi być wybór albo-albo. Można robić MBCT w grupie i równolegle pracować z psychologiem. W praktyce często tak właśnie jest, bo MBCT nie zastępuje terapii, to jest bardziej trening umysłu niż leczenie przyczyn.
Moim zdaniem odczujesz to sam. Jeśli wiesz, że twoje myśli wracają w kółko do tych samych schematów i chcesz to przerwać, to mindfulness może tu wiele dać. Jeśli jest jakaś głębsza rana, trauma, to sama medytacja nie wystarczy.
Melania, rozumiem to poczucie, ale myślę, że to nie jest hamowanie, tylko próba żebyś nie zrobiła czegoś, co zamiast pomóc, utrudni. Sama to czułam i wiem, że to frustrujące. Tylko że naprawdę rozmowa z psychologiem o tym, co tu omawiamy, to jest też działanie, tylko mądrzejsze.
Wchodzę tu pierwszy raz w ten wątek i trochę się pogubiłam. Czy ktoś może powiedzieć wprost, czy zwykła medytacja bez żadnego programu, taka z aplikacji albo YouTuba, jest bezpieczna przy depresji, czy jednak nie? Bo czytam od dłuższego czasu i cały czas jest 'to zależy'.
Okej, dzięki Gustlik za tę odpowiedź, bo przynajmniej wiem, na czym stoję. Ale mam jeszcze jedno pytanie, bo to mnie nurtuje od jakiegoś czasu. Jeśli ktoś ma łagodniejszy stan i robi te medytacje z aplikacji, to po czym rozpozna, że coś idzie nie tak? Bo mi się wydaje, że to nie jest tak oczywiste w środku.
Powiem szczerze, że ten wątek zaczyna mnie trochę niepokoić w inną stronę. Rozmawiamy o sygnałach ostrzegawczych, o tym kiedy przestać, o destabilizacji. Czy nie robimy z medytacji czegoś straszniejszego niż jest? Większość ludzi, którzy siadają z aplikacją i oddychają przez dziesięć minut, nie wpada w żaden kryzys.
Słuchajcie, chcę się wtrącić, bo to jest mój temat. Irisa ma rację w tym sensie, że po tej rozmowie naprawdę zaczęłam się zastanawiać, czy w ogóle warto próbować. A zaczęłam ten wątek właśnie dlatego, że chciałam wiedzieć, czy to może mi pomóc, nie żeby się przestraszyć.
Melania, to jest chyba naturalne napięcie w takiej rozmowie. Kiedy ktoś pyta o bezpieczeństwo, to wychodzą wszystkie zastrzeżenia, i nagle lista wyjątków jest dłuższa niż lista korzyści. Tylko że te wyjątki dotyczą konkretnych sytuacji, a nie każdego, kto próbuje medytować.
To może w ogóle warto by rozróżnić, o czym rozmawiamy. Bo przez chwilę wydawało mi się, że mówimy o osobach z rozpoznaną depresją, a potem mam wrażenie, że jednak mówimy ogólniej o złym samopoczuciu. To są naprawdę dwie różne sytuacje.
Zastanawiam się, czy to rozróżnienie, które Bronek zaproponował, nie powinno było paść dużo wcześniej w tym wątku. Bo faktycznie część dyskusji jakby się mijała, bo jedni mówili o jednej sytuacji, a drudzy o innej.
Powiem wam, że sama nie jestem do końca pewna, w której kategorii jestem. Nie mam diagnozy, ale mam okresy, które są naprawdę ciężkie. I właśnie dlatego pytałam, bo nie wiem, czy to 'gorszy czas', czy coś więcej. I tu jest chyba sedno tego, z czym przyszłam.
Melania, jeśli sama nie wiesz, to właśnie to jest powód, żeby porozmawiać z kimś, kto może to ocenić. Nie mówię tego, żeby cię zatrzymać przed medytacją, mówię to dlatego, że ta niepewność sama w sobie jest informacją. Nie musisz mieć etykietki, żeby szukać pomocy.
To co Irisa mówi do Melanii, brzmi dla mnie jak najważniejsza rzecz w tym wątku. Bardziej niż wszystkie programy i nazwy, które tu padały. Nie musisz mieć diagnozy, żeby zapytać kogoś, co się z tobą dzieje.
To co Lirka powiedziała na koniec brzmi prosto, ale chyba naprawdę jest clou całej tej dyskusji. Tylko mam pytanie do Melaniii i do reszty właściwie: jak to 'zapytać kogoś' wygląda w praktyce? Iść do psychiatry? Psychologa? GP? Bo dla kogoś, kto nie wie, czy ma depresję, czy gorszy okres, ten pierwszy krok wcale nie jest oczywisty.
Emilka, no właśnie, to jest trudne do oceny. Mam wrażenie, że te gorsze okresy trwają różnie, czasem kilka dni, czasem dłużej. Nie jest tak, że cały czas jest źle, ale jak jest źle, to jest naprawdę źle. I nie wiem, czy to jest jeszcze w normie, czy nie.
