Zaczęłam ostatnio regularnie ćwiczyć medytację loving-kindness, czyli tę na miłość i życzliwość do siebie, i chciałam podzielić się wrażeniami, bo może ktoś też szuka czegoś takiego. Przez długi czas miałam ogromny problem z samooceną i żadne afirmacje mi nie pomagały, bo po prostu w nie nie wierzyłam. Ktoś mi polecił, żeby zacząć od bardzo prostego ćwiczenia - siedzisz wygodnie, zamykasz oczy i wyobrażasz sobie siebie jako małe dziecko. Takie małe dziecko, które po prostu potrzebuje miłości, bez żadnych zasług ani oceniania. I do tego dziecka kierujesz myśl: 'niech będziesz szczęśliwa, niech będziesz bezpieczna'. Brzmi może banalnie, ale mnie to całkowicie rozłożyło emocjonalnie podczas pierwszej próby. Płakałam chyba ze dwadzieścia minut. Zastanawiam się, czy ktoś tutaj miał podobne doświadczenia albo czy zna inne wersje tego ćwiczenia?
Czytam i mam ciarki. Sama miałam ostatnio myśl, żeby spróbować czegoś takiego, bo ze swoją głową to ja naprawdę nie daję rady. Ale mam pytanie - to wyobrażenie siebie jako dziecka, to trzeba mieć jakieś konkretne wspomnienie z dzieciństwa? Bo u mnie dzieciństwo było... no, niezbyt kolorowe i trochę się boję, że zamiast ulgi dostanę tylko więcej bólu.
Loving-kindness to stara praktyka, wywodzi się z buddyjskiej medytacji metta. Tradycyjnie ćwiczenie ma kilka etapów i nie zaczyna się od siebie - najpierw kierujesz życzliwość do kogoś, kogo łatwo kochasz, potem do osoby neutralnej, potem do trudnej osoby w swoim życiu, a siebie masz na początku albo na końcu, zależnie od szkoły. Ciekawi mnie, czy ktoś tutaj próbował tego w pełnej sekwencji, czy raczej samą część 'dla siebie'?
Mam pytanie do Leszczynki - te dwadzieścia minut płaczu po pierwszej sesji, to nie odstraszało cię od kolejnych prób? Bo jak dla mnie brzmienie jak ćwiczenie, które wywołuje ból, byłoby sygnałem żeby się zatrzymać, a nie kontynuować. Jak wyglądało to u ciebie po tym pierwszym razie?
A czy to można jakoś wzmocnić czymś fizycznym? Kamień, świeca, cokolwiek? Bo sama medytacja to dla mnie trochę za mało, potrzebuję czegoś co czuję w rękach. Czytałam że różowy kwarc wspiera właśnie miłość do siebie, ale nie wiem jak go konkretnie użyć podczas takiej sesji.
Pięć minut to i tak całkiem dużo jak na początek, nie deprecjonuj tego. Sam zaczynałem od trzech minut i byłem z siebie dumny. Problem z miłością do siebie w medytacji jest taki, że nie możesz jej sobie nakazać - jak tylko zaczynasz oceniać czy 'dobrze ci idzie', to już jesteś poza ćwiczeniem. To trochę jak z zasypianiem, im bardziej się starasz, tym trudniej.
Przepraszam że wchodzę, ale ja w ogóle nie rozumiem jak to działa od strony technicznej. Siedzę, wyobrażam sobie siebie jako dziecko, mówię sobie jakieś słowa - i co to ma zmienić? Mózg jakoś to rejestruje? Czy to bardziej taka symbolika duchowa? Bo chcę spróbować, ale potrzebuję rozumieć po co.
Właśnie wróciłam po kilku minutach bo czytam wątek i chcę zapytać - a co z osobami, które mają naprawdę głęboki problem z samooceną? Nie taki codzienny, ale taki wynikający z trudnych doświadczeń. Czy ta medytacja jest dla wszystkich, czy może być za trudna albo wręcz szkodliwa? Trochę się boję że otworzę coś z czym nie będę umiała się potem zmierzyć sama.
Chcę dopytać Leszczynkę o te frazy, których używasz. 'Niech będziesz szczęśliwa, niech będziesz bezpieczna' - skąd masz ten konkretny zestaw? Bo gdzieś czytałam różne wersje i zastanawia mnie czy słowa mają znaczenie, czy sam kierunek intencji wystarczy.
Staram sie zrozumieć - te frazy to trzeba mówic na glos czy w myslach? Pytam bo probowalm kiedys cos podobnego i jak mowiłam na glos to czulam sie glupio, a w mysalch znow mi uciekaly.
A co jak szept tez nie dziala? Mam wrazenie ze jakkolwiek probuję, to i tak mysle o zupemlnie czyms innym po pol minucie. Czy to znaczy ze jestem nienadajaca sie do medytacji czy po prostu za malo probowalam?
Nikt nie jest nienadający się do medytacji, to mit. Umysł odpływa u każdego, nawet u ludzi którzy siedzą od lat. Cały sens polega właśnie na tym, żeby to zauważyć i wrócić - i to 'wracanie' jest samą praktyką, nie porażką.
Mam wrażenie że ta cała dyskusja o technikach trochę nam zjada sedno. Chciałam zapytać Leszczynkę - po ilu sesjach poczułaś że coś faktycznie się zmienia, nie w samej medytacji, ale w tym jak traktujesz siebie na co dzień? Bo to chyba jest właściwy test.
Szczere pytanie i odpowiem szczerze - trudno powiedzieć kiedy dokładnie, bo to nie był jakiś przełomowy moment. Raczej po kilku tygodniach regularnych sesji zorientowałam się, że mówię do siebie w głowie inaczej. Taki wewnętrzny komentarz stał się łagodniejszy. Ale to naprawdę subtelne na początku.
Dziennik po medytacji to świetny pomysł, sama zaczynam tak robić. Ale mam pytanie praktyczne - piszecie zaraz po, czy trochę później? Bo mam wrażenie że jak od razu siadam do pisania to tracę to co czułam, a jak czekam to zapominam.
A wracając do kamienia - czy różowy kwarc powinien być gdzieś przechowywany między sesjami? Bo mój leży teraz na parapecie i zastanawiam się czy to ma znaczenie gdzie go trzymam na co dzień.
Przepraszam że wchodzę z pytaniem, ale czytam wątek od początku i nie rozumiem jednej rzeczy - czy ta medytacja jest skierowana do osób, które już w jakimś stopniu lubią siebie, czy też można zaczynać od absolutnego zera, tzn. kiedy się siebie wręcz nie lubi?
Ja miałam coś takiego na początku. Nie zatrzymałam się, ale zwolniłam. Zamiast wyobrażać siebie jako konkretne dziecko, wyobraziłam sobie po prostu małą sylwetkę, bez twarzy, bez wspomnień. To trochę oddaliło to nieprzyjemne uczucie i pozwoliło skupić się na samym geście życzliwości.
To co mówi Leszczynka jest ciekawe - ta 'sylwetka bez twarzy' to jakiś swój sposób czy gdzieś na to trafiłaś? Bo brzmi jak coś co mogłoby pomóc wielu osobom.
Czytam ten watek od rana i zastanawiam sie czy faceci tez robia takie medytacje. Jakoś z doswiadczen tu opisanych wynika ze to bardziej domena kobiet? Albo moze po prostu kobiety czesciej piszą o tym publicznie.
A czy te frazy trzeba mówić głośno czy wystarczy w myślach? Bo jakoś nie wyobrażam sobie siedzieć i mówić to na głos, zwłaszcza jak ktoś jest w domu.
Ja zawsze w myślach, nigdy na głos. Nie wiem nawet czy na głos coś zmienia - może ktoś próbował porównać? Chociaż są techniki w których głos podobno wzmacnia intencję, ale to już inne rozmowy...
Właśnie chciałam zapytać - masz jakieś konkretne frazy, których używasz, czy to płynne, zmieniasz w zależności od dnia? Bo widziałam różne zestawy w internecie i nie wiem który wybrać na start.
Te klasyczne frazy które Leszczynka wymienia to zresztą trzon metta bhavany - medytacji życzliwości. Ciekawe jest to, że tradycyjnie zaczyna się od życzliwości do siebie właśnie dlatego, bo uważa się że nie można naprawdę życzyć dobrze innym, jeśli nie umiemy tego wobec siebie. Ale mam pytanie - czy ktoś próbował tej sekwencji? Czyli siebie, potem bliskiej osoby, potem neutralnej, potem trudnej?
Czy jak ktoś naprawdę nie lubi siebie, to ta medytacja może być bolesna? Pytam bo wcześniej opisałam że przy wizualizacji dziecka pojawia się nieprzyjemne uczucie, i zastanawiam się czy takie uczucia w trakcie to coś złego czy po prostu część procesu.
Wróćmy na chwilę do kamienia bo nikt mi nie odpowiedział dokładnie - Dorotka napisała żeby czyścić różowy kwarc, ale jak często? Raz w tygodniu? Przed każdą medytacją? I czy to wystarczy samo płukanie wodą czy coś więcej?
Mam pytanie troche z innej strony - czy jak ktos robi te medytacje regularnie, to czy jego otoczenie to zauważa? Moja zona juz sytuje ze cos sie ze mna dzieje bo jestem spokojniejszy, ale nie mowiem jej co robie bo troche glupai mi.
