Właściwie to co Celestyna pisze trochę mnie uspokaja, bo cały czas czułem że medytacja to jakiś cel do osiągnięcia i że jak nie wiem kiedy go osiągnę to znaczy że coś robię nie tak. A tu się okazuje że może po prostu źle o tym myślę od początku.
Właśnie. I to jest odpowiedź na to dlaczego tyle osób rzuca po dwóch tygodniach. Wyobrażają sobie że po jakimś czasie coś wyraźnego się stanie i będą wiedzieć że to osiągnęli. A to nie działa jak kurs z egzaminem na końcu.
Potwierdzam to co Blanka mówi. Sama przez długi czas myślałam że moja praktyka jest do niczego bo nic wielkiego się nie dzieje podczas siedzenia. A potem ktoś mi powiedział że ostatnio jestem spokojniejsza i dopiero wtedy to złożyłam sobie w całość.
A ja mam trochę inne doświadczenie, bo u mnie pierwszy wyraźny sygnał był właśnie podczas medytacji. Ale nie coś mistycznego, po prostu raz mi nie zaczął boleć kark po kwadransie tak jak zwykle. Głupie, ale pomyślałem wtedy że coś się zminia.
Dobra, to wracam trochę do siebie, bo tu padło dużo rzeczy o postępach i celach, ale ja mam jeszcze jedno pytanie. Chodzi mi o wybór w sensie dosłownym, bo mam teraz dwie opcje, ogródek rano albo spacer wieczorem. Czy powinno być jedno, stałe miejsce i pora, czy to nie ma aż tak dużego znaczenia?
Jedno, stałe, przynajmniej na start. Twój mózg zacznie kojarzyć miejsce z praktyką i wejście w skupienie będzie łatwiejsze. To nie jest magia, to po prostu jak działają nawyki. Ogródek rano ma tę przewagę że jesteś świeższy, wieczorem możesz mieć za dużo w głowie z całego dnia.
Może zamiast debatować który termin lepszy, Jacenty powinien po prostu wybrać ten który realnie jest w stanie utrzymać przez miesiąc. Nieważne czy rano czy wieczór, ważne żeby było co powtórzyć następnego dnia.
Mnie bardziej ciekawi ten ogródek. Jacenty, mówisz że mały i spokojny, ale ile masz tam metrów do chodzenia? Bo zastanawiam się czy można w ogóle sensownie praktykować chodzenie na pięciu metrach, czy za dużo czasu zajmuje samo zawracanie.
Dziesięć metrów to zupełnie wystarczy. Turnus jest krótki, ale tu nie chodzi o trasę, tylko o rytm kroków. Robiłem kiedyś na pięciu metrach w pokoju i też działało, choć przez pierwsze kilka dni samo zawracanie mnie rozpraszało bardziej niż cokolwiek innego.
Zresztą w tradycyjnych ośrodkach Zen ścieżki do kinhin bywają bardzo krótkie. Zawracanie jest częścią praktyki, nie przeszkodą. Jacenty, pytanie czy masz jakiś plan co do tempa? Bo chodzenie medytacyjne to nie jest normalny spacer i wiele osób się tu zaskakuje.
Wolno i skupiony na stopach to naprawdę dobre wyjście na start. Nie musisz mieć planu na tempo, plan na tempo to rzecz na później, kiedy już wiesz jak w ogóle reaguje twój oddech jak zwolnisz.
A ile w ogóle wolniej niż normalnie? Bo jak czytam o chodzeniu medytacyjnym to wszędzie piszą 'wolno', ale to jest zupełnie nic niemówiące. Trzy razy wolniej? Dziesięć razy? Krok na oddech?
Ja na początku próbowałem liczyć kroki do oddechu i zamiast się skupić to cały czas liczyłem czy dobrze liczę. Potem rzuciłem liczenie i po prostu szłem tak żeby czuć kontakt z ziemią i jakoś samo się ułożyło.
To co Radek pisze o walczeniu z myślami to dosyć kluczowe i myślę że to jest właśnie miejsce gdzie dużo osób odbija się od praktyki. Przychodzą z założeniem że medytacja to znaczy brak myśli i potem są zaskoczeni że to nie działa tak mechanicznie.
Dobrze to ujął Celestyna. I tu widać przy okazji dlaczego wybór techniki na początku nie jest tak ważny jak podejście. Możesz mieć idealnie dobraną technikę i nadal utknąć na tym samym miejscu, bo to nie jest kwestia metody.
Dobra, bo teraz znowu mam poczucie że to co wybieram nie ma znaczenia i wystarczy siedzieć. Ale jednak na początku był problem że nie wiedziałem od czego zacząć, i myślę że to nie bez powodu. Jak miałem zero kotwic to nie zaczynałem w ogóle.
Jacenty ma rację i Malachitka też ma rację, tylko mówią o różnych etapach. Na początku technika daje ci cokolwiek do trzymania, żebyś w ogóle usiadł. Potem, jak już siadasz regularnie, to zaczyna mieć mniejsze znaczenie co konkretnie robisz.
Chyba ogródek, bo jest bliżej i nie muszę wychodzić na ulicę zanim głowa się w ogóle włączy. Dobra. Spróbuję jutro i dam znać jak było, bo się trochę wciągnąłem w tę dyskusję i sam nie wiem od kiedy przestałem myśleć o tym jako o problemie.
Jacenty, to brzmi jak dobry plan. Ogródek to dobry wybór na start, nie trzeba się nigdzie spieszyć. Ale jak wrócisz z relacją, to ciekawa jestem jednej rzeczy: czy będziesz liczyć czas czy po prostu skończysz jak skończysz?
Dobrze że wybrał ogródek, bo wyjście na ulicę rano potrafi być taką barierą że człowiek po prostu nie wychodzi. Szczególnie na początku, jak nie ma jeszcze nawyku.
Ten wątek z dźwiękami jest ciekawy, bo pokazuje że dobór techniki to nie tylko siedź tu albo tam, ale też kwestia tego jak konkretna osoba przetwarza bodźce. Czy ktoś miał tak, że przeszedł z jednego środowiska do drugiego i poczuł wyraźną różnicę?
To co Celestyna opisuje brzmi jak coś totalnie innego niż to, od czego zaczynał Jacenty. To jest chyba zupełnie inny etap praktyki, prawda? Bo on pyta o wybór techniki, a wy mówicie o momencie kiedy technika przestaje być potrzebna.
Myślałem o dziesięciu minutach. Ale po tej rozmowie nie jestem pewien czy to dużo czy mało. Wcześniej ktoś tu wspominał kwadrans jako minimum, nie pamiętam kto.
Dziesięć minut to absolutnie wystarczy na start, może nawet lepiej żeby nie było za długo. Jak pierwsze sesje są za ambitne to potem nie chce się wracać, bo pamięć ciała zapamiętuje to jako coś wymagającego.
Zgadzam się z Radkiem. Dziesięć minut i regularność bije pół godziny raz na tydzień. Ale Jacenty, powiedz mi czy masz jakieś stałe miejsce w tym ogródku, coś w rodzaju punktu startowego, czy będziesz improwizował?
Cztery metry to wystarczy, nie przejmuj się że to mało. Zawracanie co chwilę jest normalne i jak Malachitka pisała wcześniej, to jest część praktyki a nie usterka. Ale ta furtka i donice jako punkty to dobry pomysł, daje poczucie struktury bez sztywnego planu.
Słuchajcie, a ja mam pytanie które trochę cofnie do początku wątku. Jacenty zaczął od pytania jak wybrać technikę, i ta rozmowa poszła bardzo konkretnie w chodzenie. Ale czy ktoś tu w ogóle regularnie siedzi nieruchomo i jak się ma to do tego co tutaj omawiamy?
