No właśnie, bo siedzenie nieruchomo to zupełnie inny zestaw wyzwań. Dla mnie największy problem na początku był nie tyle ból nóg co właśnie to, że nie mam gdzie pójść z uwagą kiedy wszystko zaczyna wirować. W chodzeniu masz zawsze ciało w ruchu jako punkt odniesienia. Jacenty, mam pytanie do ciebie: czy masz jakieś doświadczenie z siedzącą medytacją, nawet taką krótką, czy zaczynasz kompletnie od zera?
Kompletnie od zera jeśli chodzi o coś świadomego. Próbowałem raz czy dwa razy czegoś z YouTube ale zawsze po paru minutach zacząłem myśleć o czymś innym i po prostu wstałem.
To jest bardzo typowe i to nie jest porażka tylko informacja. Że przerywałeś po paru minutach mówi ci tyle, że siedzenie bez prowadzenia to za duży krok na start. Mam pytanie, czy te filmy na YouTube miały prowadzony głos, czy to była tylko muzyka i timer?
To jest kluczowe co Lubon mówi. Jacenty, czy ktokolwiek ci powiedział przed tymi próbami, że chodzi właśnie o wracanie a nie o trwanie w czymś? Bo bez tej informacji to faktycznie wygląda jak siedzenie i czekanie aż coś się stanie.
O, to jest coś o czym słyszałam też od innych i zawsze mnie to zastanawia. Skąd w ogóle pochodzi ten mit o pustym umyśle? Bo to chyba jedna z głównych przyczyn dla których ludzie porzucają medytację zanim w ogóle zaczną.
Dokłądnie, ja przez jakiś czas też w to wierzyłem i to był chyba najbardziej demotywujący etap. Siedzisz, myślisz, dochodzisz do wniosku że jesteś zły w medytacji, wstajesz. Koło się zamyka i nic z tego nie wychodzi.
I tu wracamy do pytania Jacentego o technikę, bo to nie jest kwestia techniki samej w sobie tylko zrozumienia co ta technika ma robić. Bez tego można ćwiczyć oddech przez rok i ciągle się frustrować że myśli wracają.
Mam wrażenie że ta rozmowa zmierza w stronę ważnego wniosku, że dla Jacentego chodzenie może być lepszym wejściem nie dlatego że jest łatwiejsze, ale dlatego że daje naturalną kotwicę bez potrzeby rozumienia teorii. Ale ciekawi mnie jedno: Jacenty, czy masz wrażenie że po tych dziesięciu minutach w ogródku chciałbyś kontynuować, czy raczej ulga że skończyłeś?
To jest dobra samoobserwacja. Zrób po prostu te dziesięć minut w tym tygodniu i wróć tu z tym co poczułeś, bo teraz możemy spekulować w nieskończoność, a jedno podejście da więcej informacji niż cała ta dyskusja.
Zgadzam się z Malachitką, ale mam jeszcze jedno pytanie zanim Jacenty wyjdzie do tego ogródka. Mówiłeś o furtce i donicach jako punktach. Czy planujesz jakiś czas na zatrzymanie się w tych miejscach, czy to ma być ciągły spacer tam i z powrotem?
Zatrzymania moim zdaniem mają sens, bo zmiana kierunku to jednak drobne zdarzenie które mózg zauważa i wychodzi z rytmu. Jak chodzisz w jedną stronę przez chwilę, to wchodzisz w coś w rodzaju transu ruchu. Przy odwracaniu trzeba podjąć decyzję i to wybija.
Dziesięć kroków to całkiem okej. Możesz zrobić pełne przejście, zatrzymać się na końcu, zrobić jeden świadomy oddech i zawrócić. To zatrzymanie z oddechem staje się naturalną pauzą, a nie rozpraszaczem. Zrobiłam tak kiedyś na balkonie i to dosyć dobrze działa.
Słucham tej dyskusji o zatrzymaniach i zastanawiam się czy nie komplikujemy. Jacenty dopiero planuje pierwsze podejście. Może lepiej żeby wyszedł i po prostu chodził bez schematu, a schemat wypracuje sam po kilku próbach?
Słyszę dużo o kotwicach, o oddechu, o punktach uwagi. Ale cały czas mam z tyłu głowy pytanie które nikt nie zadał wprost, a mianowicie co Jacenty właściwie chce osiągnąć tą medytacją? Bo technika zależy też od celu, nie?
To jest ważna informacja. Jeśli celem jest spokojniejsza głowa w ciągu dnia, a nie żadne przebudzenie ani praca z czymś konkretnym, to chodzenie jest bardzo sensownym wyborem. Ale powiem wprost, kilka minut dziennie przez parę tygodni da minimalny efekt, jeśli w ogóle. Pytanie jak realistyczne są oczekiwania.
Stefcia ma rację w tym sensie, że najtrudniejszy moment to ten między drugim a czwartym tygodniem kiedy nowość mija a efekty jeszcze nie są wyraźne. Dużo osób rezygnuje właśnie wtedy, nie na początku.
Tak i jest dosyć subtelny. Zaczniesz zauważać że myślisz o tym że myślisz, czyli chwilowe otrzeźwienie w środku rozkręconej myśli. To nie jest spokój, to jest odrobina większa świadomość tego co się dzieje w głowie. Na początku zdarza się to raz na kilka dni i łatwo to przeoczyć.
To co Blanka opisuje to chyba jedna z ciekawszych rzeczy w tej praktyce, bo nie chodzi o to że myśli znikają tylko że inaczej się do nich odnosisz. Jacenty, jak skończyć herbatę rano i siedzisz chwilę, to czy zdarzają ci się takie momenty teraz, bez żadnej praktyki?
To co opisujesz przy oknie to nie jest rozkojarzenie, Jacenty. To jest dokładnie ten sam mechanizm, tylko niezamierzony. Umysł zwolnił sam z siebie, bez rozkazu. Medytacja to w dużej mierze uczenie się robienia tego celowo, a nie czekanie aż się zdarzy. Mam pytanie, jak długo trwa taki moment zwykle?
Właśnie. I dlatego twierdzę, że ludzie którzy mówią że nie umieją medytować, często już to robią przy kawie, przy oknie, pod prysznicem. Brakuje tylko intencji i nazwy.
Nie wiem ile trwa, Lubon. Kilkanaście sekund? Może minuta, trudno ocenić bo nie patrzę wtedy na zegarek. Po prostu w pewnym momencie wracam i myślę, o, byłem gdzieś.
A jak to jest z tymi osobami co nie mają takich momentów przy oknie w ogóle? Bo ja szczerze to nie pamiętam żebym miała coś takiego. Zawsze jak siedzę to myślę o czymś.
Czekajcie, to rozmawiamy teraz o tym czy Irminka medytuje czy nie, a Jacenty ma jeszcze nie odpowiedziane pytanie które sam zadał wcześniej. Czy jest jakiś sygnał że to działa, bo Blanka nie skończyła zdania.
Z meigo doświadczenia to ten moment jest właśnie ważniejszy niż cała reszta sesji. Jak raz to poczujesz to wiesz o co chodzi. Przed tym to trochę chodzisz po omacku.
To zależy od regularności i od tego czy w ogóle szukasz tego momentu czy nie. Jak ćwiczysz bez żadnej uwagi na to co się dzieje w środku, to możesz chodzić miesiąc i nic nie zauważyć. Ale skoro już teraz masz to przy oknie, to raczej szybciej.
Wracając do pytania z początku tego wątku, czyli jak wybrać technikę dla siebie. Po tej całej rozmowie mam wrażenie, że dla Jacentego odpowiedź jest już dość jasna, chodzenie z prostą kotwicą, bez nadmiernej struktury. Ale gdyby ktoś inny przyszedł z zupełnie innym profilem, to co byście zaproponowali jako pierwsze pytanie diagnostyczne?
Dobra, ale wróćmy do tego pytania o wzrokowców i słuchowców, bo Malachitka tylko musnęła temat. Jeśli ktoś naprawdę ma problem ze skupieniem się na oddechu, to czy warto od razu próbować czegoś wizualnego, jak koncentracja na płomieniu świecy, czy to bardziej zaawansowana sprawa?
